sobota, 10 października 2015

Ciężkie życie polskiego nauczyciela we Francji




Oj tak coś mi się na narzekanie zebrało… i pomyślałam jak mogłabym opisać żywot polskiego belfra nad Sekwaną. Choć też nie powinnam pisać polskiego bo :

  • po pierwsze nigdy w Polsce nauczycielem nie byłam, więc chyba polskim belfrem do końca nie jestem…
  • po drugie, a wynikające z pierwszego, obywatelstwo mam podwójne a administracyjnie jako belfer należę tylko i wyłącznie do francuskiego systemu. Przypuszczam, że nigdzie indziej nie jest on uznawany ?
    No cóż, jakby nie było doskwiera mi moja praca… czasami. Szczególnie wczoraj gdy wracam po 11 godzinach jazdy i harówki i ledwo na oczy widzę. Na dodatek, mieliśmy bilety do filharmonii na wczorajszy wieczór, na 19h. Moi panowie skorzystali sami bo ja nie zdążyłam dojechać na czas z pracy szkolnej właśnie.
     
    I jakiś żal mnie ogarnął i smutek i wkurzenie na to wszystko…
     
  • w środę złapałam laczka… na przedniej prawej oponie… mając codziennie 120 kilometrów dojazdów nie jest to komfortowa sytuacja. Na szczęście znalazłam koleżankę, która mnie zawiozła i przywiozła w czwartek. A, że nie było po drodze to w czwartek oprócz 9,5 h pobytu w szkole zaliczyłam jeszcze 4 h drogi… ufffffff… w piątek o 7h rano byłam już w moim, naprawionym za jedyne 278 euro! Samochodzie! Czort!
     
  • Wczoraj, na lekcji z ostatnią klasą gimnazjum, gdy zapisywałam pracę do wykonania na tablicy usłyszałam spory huk. Szybko się odwróciłam i widzę… Leci cały piórnik z jednego rogu klasy w drugi.
    Zimna krew… całkiem spokojnie poprosiłam delikwenta o powstanie, gospodarza klasy o towarzyszenie mi… Koleżankę z klasy, naprzeciwko poprosiłam o przypilnowanie pozostałych uczniów. Poszłam do pedagoga a on od razu skierował nas do dyrektora szkoły. Wykluczenie ucznia, napisanie raportu… kolejne stracone, w nerwach minuty. Wróciłam do klasy a tam… burdel na kółkach. I cóż znów całkiem spokojnie poprowadziłam dalej lekcję choćby dla tych, którzy normalnie pracują i się zachowują.
     
  • Często zdarza mi się usłyszeć od moich uczniów:
    “Może  Madame powtórzyć, bo mówi Madame z takim akcentem, że my nic nie rozumiemy” albo “Madame jest pewna, że tak się to pisze, tam nie błędów” itp. Są to oczywiście PROWOKACJE… niczym nie legitymowane prowokacje. Nie mogę w tych momentach czegokolwiek po sobie pokazać. Ale muszę, za każdym razem stosować sankcje za takie słowa i zachowania. I powiem wam jedno… jest to cholernie męczące!
     
  • Dyrekcje szkół – koszmarne… nie wiem jak u was, ale we Francji zawsze mam jako dyrektorów nauczycieli wf (byłych) albo przedmiotów zawodowych, jakiś technologi czy czegoś podobnego… nie mówię, że są złymi belframi… ale są zazwyczaj bardzo złymi szefami. Ostatnio 10 dni czekałam na dokument od dyrektora – 2 zdania listu z pieczątką i podpisem.  Interweniowałam w tej sprawie 4 razy w ciągu 10 dni i wciąż było nie zrobione. Dopiero interwencja mojego dyrektora z liceum – od godzin dodatkowych – doprowadziła do szczęśliwego finału. Ale ja bardzo nie lubię nagabywać.
  • Jednym słowem nazbierało mi się powodów do narzekań. Płaci się nam minimalnie, wymaga maksymalnie, otacza chamskimi uczniami, niekompetentnymi kierownikami… dojazdy mnie dobijają skutecznie i zebrania wieczorne również. Na większości staram się być nieobecna. Dobrze, że za tydzień 2 tygodnie wakacji. To nadgonię zaległości! Ot, co!


PS: Taka byłam szczęśliwa, że Swetlana Aleksejewicz dostała literackiego Nobla. Ale też wywołało to mój smutek. Bo ja panią Aleksejewicz poznałam… w kwietniu 2004 roku na konferencji, na uniwersytecie w Lille. Był to cudowny dzień. Przeczytałam wszystkie jej książki, mam dedykacje… I pomyślałam sobie w ten czwartek… że kiedyś, w tym moim poprzednim życiu naukowca, paryskiej egzystencji, znałam takie właśnie osoby! Jakie to było ciekawe, inne! A teraz… użeram się z francuskimi smarkaczami… ej, coś mi chyba w tym życiu nie wyszło!



7 komentarzy:

  1. Oj, widzę, że Cię chandra jesienna dopadła... Witaj w klubie- ja tez mam powoli dosyć warunków, w jakich pracuję. Wymagania wielkie, a pensja taka sobie... ech życie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu chyba tak.... Ale przejdzie. Pozytywy tez przecież sa i to sporo! Ale czasem mam potrzebę napisać tez o negatywnych stronach zawodu, zycia....

      Usuń
  2. Przypominam komentującym, ze nie będę zamieszczać tutaj komentarzy nie podpisanych. Skoro wiecie z kim rozmawiacie i kogo komentujcie to podstawowe wychowanie wymagałoby przedstawienia sie i podpisania komentarza.

    OdpowiedzUsuń
  3. A na jakiej zasadzie zostaje sie nauczycielem, ktory jest zatrudniony na etat w jednej szkole we Francji? Czy masz szanse dostac kiedys etat w jednej szkole na stale? Magdalena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzeba mieć wystarczająca ilośc punktów. I tak w mieście takim jak Bordeaux, gdzie mieszkam, mozna mieć stały etat od jakis 800 punktów. Tyle, ze za męża masz 100 punktów, za każde dziecko 150 punktów plus za rok nauczania od 30 do 50 punktów w zależności od tego gdzie uczysz... Wiec trochę czasu to zajmuje a ja w zawodzie jako nauczyciel tytułowany bo tylko tacy maja stałe etaty jestem od 2 lat to krótko! Wczesniej byłam nauczycielem kontraktowym, pozniej stażysta... Ale ci nauczyciele nie maja stałych etatów u nas. Ja mam 371 punktów i z taka ilością jestem nauczycielem tytulowanym ale na pozycji zastępcy w departamencie Gironde. Wszyscy młodzi nauczyciele bez mężów, zon, dzieci, zaraz po konkursie ładują w podparyskich blokowiskach albo północnych portach... Na kilka lat. Wiec i tak jestem szczęśliwa, ze mam " lepiej" .

      Usuń
  4. To bardzo dużo za oponę czy aby nie byłaś oszukana? W Australii na kursach językowych dla nowych emigrantów przestrzegają przed ogromna liczba nieuczciwych mechaników samochodowych. Wręcz zalecają kobietom NIE jeździć do warsztatów samochodowych tylko prosić kogoś, mężczyznę i kogos kto się na tym zna. Doświadczyłem sam takich oszustów, może ktoś sprawdzi czy nie zapłaciłaś za duzo.

    OdpowiedzUsuń
  5. Poswieciłaś BARDZO duzo dla męża, syna i rodziny ....

    OdpowiedzUsuń