niedziela, 5 lutego 2017

Choroby, konflikty, brak biletow, brak samochodu i jeszcze te huragany. To był zły tydzień. Francuska codzienność. Część 63.

4 luty
Sufit w operze w Bordeaux.





 


I na szybką poprawę się nie zanosi… Jakoś mi źle, niedobrze. Wszystko się nawarstwia i w złym kierunku idzie.


 


Bardzo ciężki tydzień za mną. zaczęło się od wizyty u laryngologa i jej ultimatum: operacja albo sanatorium. Lekarz z kasy chorych nie zgadza się na moje sanatorium podczas roku szkolnego i na tydzień zwolnienia. Wyraził zgodę dopiero na mój wyjazd po maturach czyli po 12 lipca… Nie wiem czy wytrwam. Bo jak nie wytrwam to opercaja a jak opercaja to miesiąc zwolnienia… więcej niż na sanatorium ale lekarze nas jak widać myślą bardzo, bardzo logicznie i mają na uwadze dobro pacjenta i całego systemu ubezpieczeń. Koszty i cierpienie. A wykłócanie się przez telefon i rozmawianie z tymi urzędasami dobiło mnie do końca.


 


W pracy też miałam drobne starcie z dyrekcja bo pokazałam papier administracyjny – pusty jednej uczennicy, która nie powinna go widzieć i też się czarne chmury zebrały bo było mi po prostu nieprzyjemnie tym bardziej, że nic o tym nie wiedziałam.


 


Mielismy kupić dla mnie samochod we wtorek ale facet sprzedający go zapomniał o fakturach kontorli technicznej i naprawach… okazało się, że ściemniał. Faktur nie ma więc przesłał nam zeskanowane faktury nie na temat… prawie nieczytelne po czym przyznał się, że nie ma i że kłamał…. Szukamy więc dalej innego samochodu… a zostały już tylko 3 tygodnie i stresuję się… bo znam wydajność mojego męża…


 


On też próbował w ciągu 3 dni kupić bilety na Céline Dion… siedział godzinami na internecine na wszystkich maszynach… I nic… nie dostaliśmy 31 tysięcy biletów sprzedano w 1,5 godziny. O tym dowiedzieliśmy się później…


 


Jednym słowem jak się wali to chyba z każdej strony…


Antek mnie dziś doprowadził do szewskiej pasji aż opuściłam jego mecz tenisowy bo nie mogłam wytrzymać! Przegrywał i wkurzał się tak, walił, ryczał, darł gębę… nie do wytrzymania. Wiem, że mój mały sportowiec ma taki cholerny charakter, zajadłość i perfekcję w sobie, ale tych kryzysów nie mogę już znosić. Dziś mi się nie udało. Wróciłam do domu sama…


 


A rano było tak przyjemnie i myślałam, że coś się w końcu pozytywnego budzi… byliśmy na koncercie w Operze. Quator Hydna i Mozarta… cudnie było… ale cóż znów się popsuło.


Mam nadzieję, ż eta górka to tylko Giewont a nie Mont Blanc?








Antek na rozgrzewce przed meczem... dres od dziadkow, jego ulubiony, jest w uzyciu kazdego dnia w tygodniu... musze prac wieczorem i suszyc do rana!



2 komentarze:

  1. Jak się zaczyna walić to z każdej strony! Na pewno wszystko wróci do normy, potrzeba tylko trochę czasu. Współczuję problemów biurokratycznych, te są najgorsze!

    OdpowiedzUsuń