poniedziałek, 22 stycznia 2018

"Borne Sulinowo - miasto spoznionej niepodleglosci" czyli nowa ksiazka mojego Ojca.


Kilka tygodni temu ukazala sie na polskim rynku wydawniczym a zarazem naukowym praca poswiecona malemu miastu Borne Sulinowo. Ksiazke ten napisal moj tata, prowadzac badania naukowe ze swoimi studentami w Bornem w ciagu kilku ostatnich lat. Zdjecia do tej pracy wykonal moj brat. Recenzje naukowe napisali oczywiscie profesorowie uniwersytetcy. 
Ja natomiast, jako corka i pierwsza "fanka" wiedzy i inteligencji mojego kochanego taty mialam okazje przygladac sie z daleka powstawaniu tej ksiazki, dyskutowac o niej czasem, ale tez w ostatnich dniach mialam w koncu okazje zapoznac sie dokladnie z jej trescia. 

Nie bedzie to moze obiektywna opinia, trudno o taka gdy tak wiele emocji a przede wszystkim milosci nas laczy. Ale bedzie to moja opinia, kobiety z naukowa przeszloscia, dla ktorej temat ten jest wyjatkowo ciekawy i bogaty. 

Pierwsze 48 stron tej pracy to niezle kompedium wiedzy dla wszystkich studentow nauk humanistycznych. To tzw: czesc teoretyczna, w ktorej ojciec bardzo dokladnie i bardzo precyzyjnie wyjasnia podstawowe koncepty i terminy takie jak: Historia, Kultura, czas historyczny, pojecie tozsamosci i integracji, pojecie spolecznosci lokalnej. Nie ma tutaj miejsca na suche definicje wrecz przeciwnie to bardzo dialogalna i sproblematyzowana dyskusja wokol tych zasadniczych dla wspolczesnych nauk spolecznych terminow. Nie ma tutaj tez zrodel z lat 60 ubieglego wieku. Wszystkie pojecia sa uwspolczesnione, odwoluja sie do najnowszych tez i hipotez swiatowej nauki. 

Dalej ponad 60 stron jest poswieconych samemu miastu. Bo trzeba wyraznie tutaj napisac, ze Borne Sulinowo to miasto niezwykle!!! Niezwykle pod wieloma wzgledami. Pieknie polozne na Pomorzu zachodnim wsrod lasow i jezior - to niewatpliwie jego atut. Ale jego niezwyklosc stanowia jego historia i wspolczesnosc. Wyobrazcie sobie miasto, ktore do 1992 roku owszem lezalo na terenie Polski, ale nie bylo polskie! Otoczone drutem kolczastym, posterunkami kontrolnymi bylo miejscem zamieszkanym przez wojska sowieckie i ich rodziny. Podczas 2 wojny swiatowej byl tutaj Oflag IID... z wielka iloscia, ponad 3 tysiacami na przyklad francuskich oficerow.. Rozbrzmiewala wiec tutaj francuska mowa... byli tez Belgowie, Niemcy, Rosjanie, Polacy i inni. Stare ziemie piastowskie przechodzily na tych terenach z rak do rak; naznaczone dzidzictwem wielu kultur, narodow i jezykow...
 W 1993 roku pani Hanna Suchocka decyzja Rady Ministrow nadaje Bornemu status miasta. Rozpoczyna sie zasiedlanie...

Kogo, w jakich okolicznosciach, na jakich zasadach? Na te pytania odpowiada ksiazka mojego taty. 

A miasto dzisiaj? Miasto, zlepek skloconych spolecznosci? prawdziwa wspolnota? Kim sa Borniacy? Jak zyja? Co zrobili z domem oficera? A jaki los spotkal groby malenkich sowieckich dzieci i krzyze drewniane po oficerach uciekinierach? Kto byl wrogiem a kto przyjacielem? Jak zachowac pamiec... i jak wiele ma ona wspolnego z historia tego miejsca???

Na te wszystkie pytania znajdziecie odpowiedz w tej ksiazce, zilustrowana wykresami. A na koniec przeczytacie wiele wypowiedzi mieszkancow samego Bornego - to niezwykly obraz wspolczesnej Polski nie tylko tej w ujeciu lokalnym. 




niedziela, 21 stycznia 2018

Babcia TERENIA...


W Polsce obchodzony jest dzisiaj Dzien Babci. I ja mialam kiedys Babcie... ukochana, uwielbiana, piekna... Miala na imie Teresa i pochodzila z Wilna. 
Gdy urodzilam sie ja i dalej moi bracia ona byla zaledwie dwa lata ode mnie starsza...
Nazywala nas: Agciu, Igciu i Pawciu i kochala bez granic bo trzeba tutaj ucziciwe napisac, ze dzieci jako takich w ogole nie lubila. 

Gdy dorastalam byla dla mnie wzorem elegancji, gdy szyla sukienki u krawcowych, swego czasu nosila turbany na glowie i inne kapelusze a ja pardowalam bo wielkim mieszkaniu dziadkow w jej pozlacanych balowych trzewikach stukajac niemilosiernie w podlogowe deski. Babcia Terenia miala tez sypialnie, a w sypialni stala toaletka taka staroswiecka z lustrem i szufladkami... na tym staly kremy Pani Walewska. Byl to oczywiscie PRL-owski luksus. Taka ja zapamietalam bo niestety nie bylo mi dane znanie jej dlugo... Zmarla na raka, gdy mialam 16 lat i to jej odchodzenie dlugie, bolesne bylo moim pierwszym, wielkim traumatycznym przezyciem. Po pogrzebie zdarzalo mi sie widziec jej ksztalt na przyklad na lekcji matematyki w liceum i wydawalam wtedy z siebie dziwny krzyk. Pamietam, ze mame moja do szkoly wezwano i chyba nawet do jakiegos lekarza psychiatry mama mnie wtedy zaprowadzila. Potem doroslam nieco i do dnia dzisiejszego widze, czuje i rozmawiam z tymi, ktorzy odchodza, albo z tymi, ktorych juz nie ma. Taka moja uroda... zaakceptowalam ten fakt. 

Babcia Terenia... czym byla dla niej "pipidowka" walecka po dorastaniu w takim miescie jak Wilno? Spotkal ja ten sam los co wielu przesiedlonych z Kresow. Nie miala pieniedzy, bogactw, ale miala to cos co pozwalalo jej na kolekcjonowanie obrazow ( co prawda miala tez kuzyna malarza ha!), ubieranie sie u krawcowych, organizowanie przyjec w domu. Nie byla latwa osoba... bywala apodyktyczna, strasznie uparta. To tez zapamietalam. 
Nie gotowala bo gotowal dziadek. Babcia robila tylko kruche slodkie ciasteczka. Nablyszczala podlogi, ustawiala kwiaty, lubila robic ikebany, dekorowac stol. 
Dla mnie byla DAMA, ale to oczywiscie dzieciece postrzeganie i to zabarwione szarzyzna Polski ludowej.
Babcia Terenia... tak bardzo mi jej brakuje, jej slow, jej usmiechu, jej zapalu i pomyslow czasem calkiem "zwariowanych". Brakuje mi jej ogrodu, jej salonow, niebieskich foteli, jej srebrnej zastawy, filizanek, krysztalow i tych obrazow, ktore dom zdobily. I nawet wizyt u kosmetyczki mi brakuje... jak siedziala u jej boku a kosmetyczka robila jej brwi, paznokcie, maseczki. 

Jej ostatni Dzien Babci... naznaczony choroba ale tez tym momentem, ktory wciaz mam przed oczami, gdy wezwala mnie do siebie i wreczyla zloty pierscionek z koralem... mial byc na moja 18... dostalam go wczesniej bo babcia Terenia mowila " ze niestety juz nie doczeka". Ten gest, jej oczy... 

Nosze w sobie jej oczy. Przyszla do mnie wczoraj, poznym wieczorem... dlugo nie moglam zasnac bo dlugo rozmawialysmy. 
Kocham ja.
A skoro o babci Tereni mowa to i jej meza a mojego dziadka zabraknac nie moze... Nawet smierc ich nie rozdzielila. 


sobota, 20 stycznia 2018

3 tydzien 2018. Bilans. Francuska codziennosc: czesc 142.



Ten tydzien uplynal pod znakiem piatkowego egzaminu... i ostrego konfliktu z antkowa szkola...

1. Praca zawodowa

Poszlo jak z platka gdy o lekcje w liceum chodzi. Napisze wiecej bylam tak pozytywnie zakrecona we wtorek, gdy z moimi uczniami klasy przedmaturalnej, 16 latkami, dopinalam nasza wystawe na ostatni guzik, ze chcialo mi sie krecic ze szczescia! Bardzo lubie te moja literacka klase. Sa genialni!
W listopadzie bylismy w Centurm Jean Moulin w Bordeaux. Tam dzieciaki porobily zdjecia przedmiotow z 2 wojny swiatowej. Nastepnie zabralismy sie za pisanie wierszy do tych zdjec i ostatnim etapem bylo znalezienie odpowiedniej formy graficznej. W koncu w ubiegly wtorek wieszalismy na oknach naszej szkolnej biblioteki te ich dziela. Poniewaz pracowalam z nimi nad konceptem "guerre totale" czyli wojny "totalnej" to wystawe zatytulowalismy "Wojna "totalna", okruchy wojny". Swietna rzecz! zrobiona!

A dalej to byl oczywiscie konkurs wczorajszy i zreszta tez wczoraj opisany. Czekam na wyniki. Dobrze sie z tym wszystkim czuje.
2. Praca domowa

Nic nowego... w tym tygodniu oprocz tego co zwykle wymylam i rozmrozilam lodowke... tak mam w tym swoim kalendarzu domowym, ze co tydzien wyznaczam sobie cos do zrealizowania... dlatego nie ma u mnie ani porzadkow przedswiatecznych wielodniowych ani niczego podobnego, bo ja co tydzien cos, systematycznie. Tym sposobem dom jest zawsze czysciutki i wypucowany i ulozony... z wyjatkiem garazu!

3. Dieta czyli zdrowe odzywianie
W tym tygodniu nie bylo najmniejszego problemu z utrzymaniem normalnego trybu jedzenia. Moj dodatkowy poswiateczny kilogram sie ulotnil. Znow waze wiec 58 kg. 
A moim ulubionym daniem w tym tygodniu... byla wczorajsza kolacyjna salatka z pieczonych batatow. Wrzucam przepis na bloga kulinarnego. Tutaj.
W ten weekend za to bedzie rozpusta: Tort Sacher na jutrzejsze imieniny moje i ruskie pierogi!  Tutaj.

4. Treningi
Tylko 3 w tym tygodniu, gdyz biegac sie nie da, non stop leje...
Poniedzialek przy zakwasach w nogach: goraca rozgrzewka, ramiona i brzuch, Natalii Gackiej.
Sroda: Skalpel Ewy Chodakowskiej
Sobota: Killer Ewy Chodakowskiej
Razem 2h04 minuty cwiczen.

5. Medytacje
Zapomnialam o nich wspomniec w ubieglym tygodniu... ale mam taki zwyczaj, ze w dzien, w ktory nie cwicze robie medytacje tzw: mindfulness czyli w pelnej swiadomosci... Medytowalam trzy razy:  dwa razy krotko raz dlugo bo z body scan.
Razem 1 h

6. Wydatki
Antek dostal model Epic Perplexusa... polecat go nam pani grafoterapeutka Antka. Stéph zamowil czyli 24 euro.

A dalej byla kupowana tylko zywnosc, ktorej koszt calkowity to: 224 euro.
7. Czytam w tym tygodniu
Oprocz ton tekstow prawniczych z BO na piatkowy egzamin, wciaz czytam Davies'a. Odnowilam moja prenumerate na "Tygodnik powszechny" wersja papierowa. 

8. Wydarzenia specjalne
Konflikt z antkowa szkola osiaga apogeum. Wezme chyba adwokata. A o co chodzi? Chodzi o to, ze Antek w dniu 22 grudnia, ostatnim dni przed Swietami opuscil 2 godziny lekcji od godziny 8 do godziny 10 poniewaz wylatywalismy wczesniej do Polski. Szkole poinformowalismy 10 dni wczesnije tlumaczac nasze powody tego wczesniejszego wyjazdu. Podczas wakacji dostalismy list z nagana dla Antka i wlepili mu 3 godziny odsiadki w szkole w srode popoludniu. Nie zgodzilismy sie na te kare uwazajac ja za niesprawiedliwa w stosunku do Antka. Bylo kilka rozmow telefoniczych, byl wyslany list z nasza pozycja i argumentami. Dzisiaj przyszedl kolejny list ze szkoly z kolejna nagana i pogrozkami, ze go wyrzuca ze szkoly jesli nie odbedzie kary. 

Moj man zgadza sie by dla tzw: "swietego spokoju" Antek kare odbyl. Ja ostro protestuje. Mobilizuje wiec prezydenta rady rodzicow i umawiam sie z dyrektorem naczelnym calej szkoly. Moj maz odmowil mi wsparcia. 
Ja jednak jestem strasznie uparta i wiecej wartosci i poczucie sprawiedliwsoci sa dla mnie najwazniejsze i Antek zadnej kary nie odbedzie bo to po prostu nie jego wina. Takze jestem gotowa na wszystko, nawet na to, ze go ze szkoly wywala... ale nie poddam sie ot tak. Jak bedzie trzeba to ta sprawa trafi przed sad. Takie jednostki jak ja tak maja... musza miec twarda dupe. 

Nastepny tydzien zapowiada sie dosc lekko... no chyba, ze cos nagle wyplynie...












piątek, 19 stycznia 2018

Cale zycie trzeba sie uczyc! Czyli po Egzaminie. Francuska codziennosc: czesc 141.

Mialam dzisiaj rano moj egzamin zawodowy by zdobyc dodatkowy dyplom uprawniajacy mnie do nauczania w sekcjach miedzynarodowych moich przedmiotow czyli historii, geografii i wos'u z jezykiem polskim.
Pisemne dossier przygotowałam i oddalam juz we wrzesniu, dzisiaj byla czesc ustna. Przygotowalam sie do niej na tyle starannie na ile moglam.

Sam egzamin odbyl sie w siedzibie lokalnego, regionalnego kuratorium. Pani mowiaca po polsku polaczyla sie z nami przez vidéo-konferencje a obok mnie siedziala pani inspektor od przedmiotu. Wyglosilam moje krotkie przemowienie i dalej szly pytania w obu jezykach. Mysle, ze dobrze mi poszlo choc oczywiscie nie perfekcyjnie. Wyniki pewnie poznam za jakis miesiac...

Tymczasem takie sytuacje czynia mnie bardzo, bardzo refleksyjna.

Po pierwsze mysle o drodze osobistej i zawodowej, ktora przebylam, o tych wszystkich bledach, wpadkach, sytuacjach, w ktorych nie mialam zadnej pracy albo sprzedawalam ser czy pilnowalam dzieci; Ile tego bylo? Sporo! Raz nawet zaplacilam za te sytuacje depresja, ktora musilam leczyc.

Ale nigdy sie nie poddalam! Wrecz przeciwnie. Bo tak wlasciwie niezaleznie od sytuacji w danym momencie ja wciaz pracuje: krotko, dlugo terminowo, ale pracuje. Wciaz w mojej glowie huczy od planow i projektow poczynajac od zrobienia torta Sacher na dzisiejsze popludnie i pierogow ruskich na jutro po kolejna ksiazke, ktora juz uklada sie jak ten puzzle w moim umysle.
Nie spoczac na laurach, nie zadowolic sie byle czym, wygodna stagnacja, te sama praca przez 30 czy 40 lat, tym samym rytmem. To absolutnie nie dla mnie!
Nie zadowalam sie jezykami wyuczonymi w szkole; kiedys tam, ani skonczonym kiedys tam fakultetem. Ucze sie nowosci kazdego dnia i nie tylko ucze dla siebie, ale jeszcze zdaje konkursy i egzaminy bo wciaz jestem glodna tego pojscia dalej.

Podobnie z uczniami moimi... wciaz czytam ksiazki pedagogiczne, artykuly, poznaje badania z neuro... psycho... i wdrazam w zycie a wokol mnie tyle kolegow od lat wciaz robi to samo... te same lekcje, to samo podejscie. Fajnie im tak, moga o kurach w ogrodzie pogadac w pokoju nauczycielskim ( autentyczne) bo intelektualnie juz nic ich nie interesuje.
Ile takich ludzi wokol, w fabrykach, urzedach, salonach fryzjerskich, sklepach i nawet w gabinetach medycznych? Otulonych wygodna rutyna, nicnierobieniem ba bardzo z tego zadowolonych i powtarzajacych naokoło jak to "czasu nie maja"! Ciekawe na co? Na zycie im czasu zabraklo, na egzystencje, bezradnosc rutyny, lenistwa i przyzwyczajen.
Pewnie madrze sie teraz strasznie, ale jest to sedno tego co mysle i niestety takich ludzi jest porazajaca wiekszosc.

środa, 17 stycznia 2018

Moja naiwnosc...

Rece nad nia zalamuje... a z drugiej strony denerwuje sie. Pewnie niepotrzebnie, ale...

Wczoraj i dzisiaj w pracy odbylam kilka rozmow z roznymi osobami.
I tak calkiem szczerze... wiecie, ze ja naprawde myslalam, ze jak zapostuluje o miejsce pracy w sekcjach miedzynarodowych to ktos doceni moje kompetencje i moja kandydature i moze rzeczywiscie sie uda? Naprawde tak myslalam...
Bo choc odpowiedzi te oficjalne beda dopiero w marcu to wlasciwie znam je dzisiaj. Koledzy mnie uswiadomili i dyrektor liceum.

Po pierwsze powiedzieli mi, ze skoro opublikowali ogloszenie, ze jest wolne miejsce pracy w takiej a takiej sekcji to opublikowali je pro forma, bo kandydat juz jest... a opublikowac musza. W innym wypadku by niczego nie publikowali.
Po drugie kazdy inspektor przedmiotowy ma w rekawie jednego albo kilku kolegow po fachu do ustawienia w liceum miedzynarodowym wiec...

Jednym slowem o ty moja naiwnosci... taka stara a nic sie jeszcze nie nauczyla tylko siedziala godzinami i pisala dossier... po nic...
eh....

marzylo mi sie...

i jeszcze przykladow na dziesiatki mi zapodali... buuuu

niedziela, 14 stycznia 2018

"La Promesse de l'aube" - film o milosci matki do syna i syna do matki.



Bylismy wczoraj wieczorem w kinie na cudownym filmie. Polski tytul brzmi "Obietnica poranka". Chdzoi oczywiscie o zekranizowana powiesc Romain Gary z 1960 roku. Romain Gary tak naprawde nie nazywal sie romain Gary a Roman Kacew i byl synem rosyjskiej Zydowki, ktora wiele lat przedwojennego zycia spedzila w polskim Wilnie a dalej w Nicei.

Jej marzeniem bylo by syn stal sie znanym pisarzem i ambasadorem Francji. Skad ta milosc do Francji? Jeszcze nie wiem. Film przedstawia jednak przede wszystkim milosc matki do syna, milosc szalona, niespotykana, tak wielka, ze popycha ona do syna do realizacji marzen matki ale tez popycha matke do napisania tuz przed smiercia ponad 250 listow, ktore w ciagu 3 wojennych lat jej syn bedzie otrzymywal wierzac, ze matka zyje.

Jest tutaj bardzo wiele emocji, uczuc, lez, strachu, napiecia... Duzo jezyka polskiego i francuskiego co nam sprawilo wielka przyjemnosc!

Film jest dlugi, trwa 2h10 minut ale zupelnie sie tego nie czuje. Wciaga, trzyma nas w fotelu od pierwszej do ostatniej sekundy, do teraz zreszta o nim myslismy i o nim rozmawiamy... bo gdy przeczytac biografie Gary to wiele watkow pozostaje niewyjasnionych: jego samobojstwo, jego podwojny Goncourt jeden pod prawdziwym nazwiskiem, drugi pod pseudonimem, antysemityzm w wydaniu wilenskim i nicejskim.

Warto go zobaczyc ale warto tez siegnac po te cudowna ksiazke... znajdziecie w niej wiecej warstwy epickiej niz w filmie.

Kilka zdjec z 45 lecia slubu rodzicow. Cudne zdjecia mojego brata Igora!


Wybralam tylko kilka z tej uroczystosci: jedno grupowe i dalej nas reprezentujace zdjecia. 






A tych dwoch uwielbiam! Przyjaciele!