środa, 28 września 2016

Terroryzm i nasze szkoły. Francuska codziennosc. Czesc 34




 

Nie pamiętam jeszcze początku roku szkolnego, który byłby tak silnie zdominowany  problematyką terroryzmu. Zaczęlo się od pierwszej rady pedagogicznej, 31 sierpnia… na której problem ten był gorąco dyskutowany. Najpierw przedstawiono nam aktualny stan zagrożenia. Ostatni stopień. I podano do wiadomości informacje o tym, że szkoły jak i szpitale stanowią we Francji i w moim regionie uprzywilejowane cele terrorystów. Następnie poddano nas ćwiczeniom. Od wiosny miałam też ćwiczenia i próbne alarmy w szkołach, w których uczyłam z leżeniem w salach po godzinie włącznie ! Nie należy to do przyjemności. Uczniowie mają zachowywać całkowitą ciszę czego oczywiście nie czynią a my nauczyciele leżąc tak pokotem z nimi nie mamy możliwości i narzędzi by towarzystwo uspokoić.

 

Zagrożenie jest tak duże, że wydano i respektuje się gdzie niegdzie specjalne rozporządzenia co do otwierania i zamykania drzwi i bram oraz zgromadzeń przed budynkami szkolnymi. W Antka szkole rodzice nie mogą już zbierać się przed barmą i czekać na wyjście dzieci, musimy czekać na ulicach obok. Co oczywiście łatwo zrozumieć. Wszelkie skupiska większej ilości osób są zabronione i niebezpieczne. Dzieci nie mogą wejść do szkoły ot tak, panowie kontrolują każdego z osobna… Gorzej, kontrolują również przy wychodzeniu co jest przyczyną sporych opóźnień. Na przykład Antek kończy o 15h45 ale zdoła wyjść z budynku szkolnego o 16 albo i o 16h05, a ja czekam na ulicy obok… nie mogę iść czy podjechać pod szkołę. Nie wiem czy we wszystkich regionach jest podobnie, ale w Bordeaux tak właśnie jest.

 

W moim liceum brama wejściowa jest zamknięta, drzwi automatyczne do budynku szkolnego zamknięte. Dozorca ze swej loży, każdego ogląda z osobna na ekranie zanim nie zdecyduje się nacisnąć guzika by zwolnić zamek.

 

Nie muszę chyba zbyt wiele się wywnętrzać co do opisu atmosfery i tego jak się czuję czy czujemy. Napięcie jest wyczuwalne, wisi w powietrzu każdego dnia… A skoro wiadomo, że wszystko jest tylko kwestią czasu i miejsca to strach jest moim codziennym towarzyszem, strach o siebie, o uczniów, o syna. Niezbyt łatwo pracuje się w takiej atmosferze. I cała ta sytuacją zaczyna mi poważnie ciążyć. Człowiek ma oczy dookoła głowy, wytęża słuch, uważa non stop…

 

By tego było mało, dyrketor liceum, w którym uczę ostrzegł nas również, nie identyfikując nikogo, że są w liceum uczniowie posiadający dossier “S” czyli podejrzani, w procesie radykalizacji… tak jest podobno w każdej średniej francuskiej szkole w dniu dzisiejszym. Prosił więc o nieustanną uwagę i czujność, unikanie tematów trudnych i zapobieganie wszelkim polemicznym dyskusjom… Buuuu… łatwo powiedzieć! Uczenie jednak w klasach, w których może ktoś z tendencjami terrorystycznymi siedzi w pierwszej ławce i się miło uśmiecha jest dla mnie osobiście niezwykle trudne… Mam wrażenie, że zamiast głowy mam radar.

Zaczęlam nawet czytać i artykuły i ostatnie książki o terroryźmie we Francji itd… I jeszcze bardziej się bać. Nikt już wokół mnie nie banalizuje zagrożenia ani sobie z niego nie żartuje i chyba ta zmiana piętnuje naszą codzienność najbardziej.

poniedziałek, 26 września 2016

Hierarchia żywotów ludzkich




 

Z niepokojem obserwuję, już od pewnego czasu, dyskusje polskie wokół kolejnych pomysłów na zaostrzenie tudzież na złagodzenie ustaw i dekretów dotyczących aborcji.

 

Nikogo nie dziwi dzisiaj fakt, że praktyka ta - aborcyjna, znana jest od straożytności i była dość często stosowana. Jednkaże i w tamtych, odległych czasach Hipokrates w swej przysiędze zawarł słowa « Żadnej kobiecie nie podam środka aborcyjnego » a w Kodeksie Hammurabiego zapisano « Ktokolwiek uderzy kobietę w ciąży, prowokując w ten sposób aborcję tejże, będzie musiał zapłacić 10 srebrnych monet za utracony płód a jeśli kobieta uderzona umrze, córka winnego zostanie skazana na śmierć »

Tę myśl potwierdza Stary Testament w księdze Wyjścia – za utraconą ciążę obowiązuje opłata pieniężna a za śmierć  dorosłej kobiety płaci się śmiercią  (21 : 22-23).

 

Zadziwiająca jest tutaj hierarchia Żyć… życie dorosłego kosztuje życie dorosłego a życie ledwo poczętego kosztuje kilka monet.

 

Chrześcijaństwo, jako pierwsze zmienia tę koncepcję choć w Nowym Testamencie nie znajdujemy słów poświęconych temu tematowi. W liście do Galatów sprawy ciała zostają przeciwstawione sprawom ducha, podobnie w Apokalipsie, gdzie potępia się wszelkie akty magiczne… Jaki związek z aborcją ? W tamtych, odległych czasach istniał on w rzeczywistości, dzisiaj… wydaje się być wspomnieniem. Dopiero późniejsze teksty chrześcijańskie będą naciskać na niedopuszczalność aborcji.

Ich fundamentem jest grecka filozofia z jej antropologiczną wizją : ciała i duszy. Zniszczenie ciała oznacza zniszczenie boskiej duszy… Dopiero od Średniowiecza jednak.

Święty Tomasz z Akwinu pisał, że dusza pojawia się w ciele w 40-stym dniu czyli po 8 tygodniach życia płodu. I w wielu krajach aborcja jest dopuszczalna do tego właśnie terminu.

 

Jan Paweł II w swojej encyklice “Evangelium Vitae” pisał jasno o niedopuszczalności aborcji, gdyż unicestwienie życia ludzkiego nie jest nigdy legitymne. Był on jednak jednym z pierwszych w kościele katolickim i polskim aktorów tworzących grupy wsparcia dla kobiet po aborcji…  Nie grupy kolonii karnych a grupy wsparcia, zrozumienia i pomocy!

 

 

Przy całej tej stanowczości i jasności, sam kościół katolicki uznaje jednak, że są sytuacje “graniczne”, sytuacje trudne. Nie zmienia to jego zdania co do aborcji. Nie zmienia to jego postawy i osądu ale  zmienia spojrzenia, które z nakazującego staje się pełne zrozumienia.

 

Aborcja terapeutyczna… dokonywana czasem i w 8-mym miesiącu ciążu wprowadza hierarchię żywotów ludzkich pozwalając przeżyć matce. To realny konflikt pomiędzy życiem matki a życiem płodu. Co zdecydować? Jak się zachować? Które życie jest ważniejsze? Cenniejsze? Wyżej stojące w hierarchii? Aborcja w wypadku leczenia matki nie jest abrocją celową tylko skutkiem tego leczenia. Aktem, którego lekarz czy matka nie chce, a który po prostu dzieje się prawem natury.

To jedyny przypadek, w którym aborcja jako skutek “uboczny” jest przez instytucję kościoła dopuszczalna. W każdym innym jest potępiana i traktowana na równi z zabójstwem (na spowiedzi też). Do lat 1970 była objęta ekskomuniką.

 

To kościół… a państwo?

Zabijanie kogokolwiek w tym wypadku bez jego “zgody” jest pozbawieniem go praw… które jako obywatel posiada. W moim kraju emigracyjnym problem ten rozwiązano następująco: aborcja dopuszczalna do 12 tygodnia ciąży, również na życzenie, i obowiązek deklaracji ciąży i za nią odpowiedzialnych do 12 tygodniu. Czyli jak jest zgłoszony zarodek jako obywatel to już go usunąć na życzenie nie można.

 

Państwo jednak,w dzisiejszym świecie bardzo rzadko bywa konfesjonalne. Zazwyczaj jest laickie, często demokratyczne a to oznacza, że akceptuje wszystkie wierzenia i religie bądź ich brak. Czy ma więc prawo narzucania katolickiej interpretacji? Czy ma prawo do odwoływania się do tzw: prawa naturalnego jeśli część jego obywateli go nie przyjmuje? Czy państwo jak instytucja ma prawo hierarchizować ważność żywotów ludzkich?

 

Pięknie by było, gdyby nikt nie musiał do aborcji się odwoływać, nigdy, w żadnym wypadku. Pięknie by było, gdyby zabójstw, kradzieży, zranień po prostu nie było.

Jest jednak inaczej…

I dlatego, uważam, że aborcja obwarowana warunkami prawnymi powinna być w państwie demokratycznym, niekonfesjonalnym DOPUSZCZALNA, prawnie dopuszczalna… a sprawa winy, winnych i sumienia pozostawiona sferze prwywatnej i indywidualnej.  

By jednak tej dopuszczalności było mało potrzeba edukacji, prewencji i wiedzy…

 

Trudno bowiem zabronić antykoncepcji i oczekiwać, że nie będzie aborcji. Będzie i to dużo więcej. Trudno wmawiać młodym i niedojrzałym, że pigułka zabija jak ona tylko wstrzymuje owulację i mówić, że jej stosowanie to “grzech” porównywalny z aborcją, podobnie rzecz ma się z innymi środkami…Dlatego pewnie kościół katolicki we Francji dopuszcza wszelkie środki antykoncepcyjne z wyjątkiem pigułki wczesnoporonnej?

Szkoda, że ostatnie dyskusje w Polsce związane z tym tematem ociekają krwią i głupotą, nienawiść wylewa się na ekrany i strony gazet a skoro chodzi o ochronę tych najsłabszych to raczej te dyskusje powinny tchnąć miłością, czułością i troską a nie szukaniem winnych i wymyślaniem dla nich kolejnych kar…

 

Ciekawe, kiedy zapłoną stosy dla nieprawidłowo myślących i nieprawidłowo wierzących? Bo chyba wkrótce zapłoną… I DOBRA ZMIANA uniesie się z dymem nad głowami prawomyślnych. Tylko co zostanie w niej z DOBRA?

niedziela, 25 września 2016

Wielka Brytania – Bath i Bradford on Avon. Część 14 i OSTATNIA.



UK 38




Po cudownym śniadanku w towarzystwie pani Joli wyruszyliśmy w stronę Bath. To angielskie miasto uważane dzisiaj za najpiękniejsze w Anglii zrodziło w nas dość mieszane uczucia. Bo jego, najobszerniejsza XVIII wieczna część tak wychwalana w przewodnikach turystycznych okazała się znacznie mniej atrakcyjna niż nasze rodzime miasto Bordeaux. I tak naprawdę, gdyby nie rzymskie łaźnie, zachowane w prawie idealnym stanie, to bylibyśmy rozczarowani i zniechęceni.








UK 39



A łaźnie są tuż obok przepięknej średniowiecznej katedry. Kolejka do nich długaśna nas nie zniechęciła ani cena! ponad 40 funtów wstęp na 3 osoby!


Muzeum to jednak warte jest każdej ceny! To miejsce wyjątkowe bo są zachowane źródła, sale łaźni, pozostałości bo tympanach, rzymskich rzeźbach, ołtarzach, tablicach z inskrypcjami… Spędziliśmy tutaj wiele przedpołudniowych godzin… Kilka migawek z tego miejsca na zdjęciach.




Późny obiad – lunch zjedliśmy w Prêt à manger i to w towarzystwie bo zajmując stolik zagadała do nas pewna angielska dama z córką. Córka była w wieku Antka, Emilie, lat 9. Jak się okazało uczyła się w szkole francuskiego to sobie dzieci porozmawiały i uprawiała te same sporty co nasz Antek: golf i tennis. To się nasi młodzi sobie spodobali i ciężko było im się rozstać! Za oknem pokapywał deszczyk. Zwiedzanie miasta zakończyliśmy obiadową porą dość szybko bo po prostu niezbyt nam się to miasto podobało. Ot, takie sobie.







Ale w jednym butiku kupiłam sobie tweedową torebkę i byłam bardzo i jestem z tego zakupu zadowolona!




Ruszyliśmy w drogę powrotną postanawiając zboczyć do Bradford on Avon… Tutaj bowiem znajduje się jeden z najstarszych o ile nie najstarszy salon herbaciany Wielkiej Brytanii. Cudeńko!!!!




W domu z 1502 roku prowadzony przez starszą aczkolwiek znakomicie mówiącą po francusku Angielkę salon utrzymany jest w iście wiktoriańskim stylu. Stroje kelnerek, meble, wystrój i nawet ciasto Wiktorii! Wszystko przypomina starą Anglię. Jednakże na moje pytanie o rodzaj pitej przez Anglików herbaty popołudniową porą… usłyszałam, że oni już jej prawie nie piją! Tradycja zanika...


UK40




Dostałam przepis na Victoria Cake… jeszcze nie wypróbowałam…


A my tymczasem rozkoszowaliśmy się tam:


Antek  - herbatą dla dzieci: kanapka z szynką i z ogórkiem, cytrynwy tort oraz czekoladowy Milk Shake…


Ja Carotte cake i herbata


Stéph: scones z konfiturą i herbata


Antek sobie jeszcze później też dzbanek herbaty zażyczył.


Zostawiliśmy więc trochę pieniędzy w tym miejscu ale jakże urocze było to opróżnianie portfela w przedzień wylotu!




I tak nasza podróż po Wielkiej Brytanii dobiegła końca. Ostatnia noc w hotelu pod Oxfordem, ostatnie śniadanie z panią Jolą, droga do Stansted i lot do Bordeaux


UK 41




Niedługo kolejna wyprawa…

środa, 21 września 2016

Wielka Brytania – Majestatyczny Oxford. Część 13.





UK 35
 


Spaliśmy wyjątkowo dobrze po tak długiej podróży z przygodami i niezwykłej kolacji.  Przy śniadaniu obsługiwała nas pewna brunetka, bardzo miła, która mówiła płynnie po angielsku lecz z pewnym akcentem. Dopiero pod koniec śniadania odważyłam się zapytać skąd jest. i się okazało, że jest Polką! Pani Jola… spotkaliśmy ją na kolejnych dwóch śniadaniach i zawsze było nam niezwykle miło. Mam nadzieję, że ma się dalej dobrze na obcej ziemii…


 


Objedzeni ruszyliśmy autobusem miejskim X2 do centrum Oxfordu. I oczywiście przegapiliśmy przystanek, na którym mieliśmy wysiąść! Ale to nic takiego! Kierowca autobusu zatrzymał go pośrodku drogi byśmy wysiedli i jeszcze wytłumaczył jak mamy się cofnąć. Jacy to mili ludzie chodzą po tym świecie!


A byliśmy dosłownie kilkaset metrów od wejścia do Christ Church College. Ten college oczywiście zwiedziliśmy bo jak pominąć jego słynny dzwon TOM Quad, który o godzinie 21:05 dzwoni 101 razy! A to na pamiątkę 101 studentów tego Collegu i godziny, o której powinni być już w łóżkach.




Tak jak w Cambridge i w Oxfordzie jest kilka College’s a ten akurat przyciąga swoim dostojeństwem, wielkością, historią i filmem “Harry Potter”, którego sceny były tutaj kręcone.


Łazimy, zwiedzamy aż trafiamy do jadalni… portrer króla Henryka VIII na centralnym miejscu, dalej sami słynni ludzie, naukowcy, politycy… I nakryte na lunch stoły dla studentów z kursów językowych. Że też człowiek nie jest już studentem!!!!


 


Gawędzimy ze strażniczkami… koszt studiów tutaj to 14 500 funtów za 3 lata, do licencjatu. Do tego należy doliczyc 4500 funtów na pokój, plus jedzenie… plus ewentualnie policencjackie studia, ale tam łatwiej o stypendium i pracę. Sporo, ale nie tak horendalnie jak w Stanach Zjednoczonych, gdzie dwa razy tyle kosztuje 1 rok studiów na Harvardzie na przykład…


Trzeba zarabiać…


Uk 36






Włóczęga nasza będzie trwała dzionek cały, od college do college, od katedry uniwersyteckiej do kościoła, biblioteki itd…




Po pewnym czasie Antek ma serdecznie dość bo zgłodniał… I udajemy się do sieci Eat Itsu z japońskim jadłem, znakomitym a dużo tańszym niż we Francyji. Błądzimy po uliczkach, dostajemy od reklamodawców darmową Coca Colę. Super bo jest gorąco! Antek kupuje sobie kolejną bluzę uniwersytecką to nic, że za duża, i że będzie pasować za 2 lata…  są okazje i miejsca, których się nie pomija jak moje dziecko twierdzi.


 UK 37


Dochodzi 17… mam ochotę na English Tea… Kusi mnie kawiarnia założona w 1650 roku z francuską nazwą “Le Grand Café” na High street. Wchodzimy, jedyny wolny stolik w końcu Sali. Kawiarnia wypełniona jest azjackimi turystami, ani jednego Anglika. Ceny z kosmosu a obsługa wielce nieprzyjemna i nieprofesjonalna.  Po odsiedzeniu 10 mniut i obejrzeniu kart, rezygnujemy i wychodzimy ku wielkiemu zdziwieniu jednego z kelnerów. Chyba jeszcze mało widział.


Kilkadziesiąt metrów wyżej, na tej samej ulicy znajduje się 4* hotel Quod hotel, zaraz przy banku. Eleganckie wnętrze kusi prostotą a na tyłach jest podobno taras. Wchodzimy. Zostajemy bardzo miło przyjęci, stolik na tarasie, szum fontanny i popołudniowa herbata z 2 scones z konfiturą i ubitym masłem ( coś pomiędzy masłem a śmietaną) kosztuje tutaj tylko 7,95 funta od osoby. Rozkoszujemy się…


 


I tutaj odkrywam mojego syna! Uwielbia herbatę! Uwielbia ciastka do herbaty i potrafi sie zachować i obsłużyć srebrną zastawą, dzbaneczkami, filiżankami, cukrami. No kochany jest…


 


Przed powrotem do hotelu kupujemy w Tesco kanapki na kolację i 3 jogurty.  


Czas na odpoczynek…

poniedziałek, 19 września 2016

Wielka Brytania – Odwrót ! Na południe ! i u Szekspira. Część 12.


UK 32

 

Gdyby nie wieczór dzień ten, 25 sierpnia, można by uznać za całkowicie nieudany ! A to za sprawą brytyjskich dróg i korków. Wyjechaliśmy wcześnie rano z Glasgow w stronę Oxfordu. Podróż według map i mapps miała nam zająć 6 godzin. Zajęła jednak dużo więcej.

Koło Manchesteru na M6 zrobił się ogromny korek bo trwały roboty drogowe i autostradę zachowując tę samą ilość pasów nieco zwężono. To wystarczyło by postać tutaj dobrze ponad 2 godziny.

 

Rezultat był tak, że zgłodniali rzuciliśmy się w McDonaldzie na obiad… ohyda… i jechaliśmy dalej.

Planowaliśmy przybycie do miasta Szekspira Stratford Upon Avon na godzinę 15 byliśmy po godznie 17…Było to więc zwiedzanie ekspresowe i jakaś taka frustracja narastała we mnie bo widząc to urokliwe miasteczko chęnie spędziłabym tutaj i ze dwa dni. Będzie dokąd wracać !

 

Sredniowieczna szkola...

Zaparkowaliśmy w biegu, gdzie się dało. Parkomat był maksymalnie na 1,5 h… Szliśmy więc szybkim tempem od domu narodzin Szekspira poprzez uliczki jego dzieciństwa i szkołę aż do jego grobu w kościele Świętej Trójcy. Wstęp do kościoła płatny – 6 funtów. Kościół ten jednak ma w sobie coś tajemniczego… nie wiem czy to otaczający go stary cmentarz czy groby Szekspira, jego żony, córki i zięcia ku temu się przyczyniają ? Jest tutaj jednak coś co krzyczało wręcz by się zatrzymać na dużo dłużej…

UK 33




Uliczki starego Stratford pamiętają czasy średniowiecza z tą typową zabudową. Jest tutaj też szkoła gild z XIV wieku zachowana w bardzo, bardzo dobrym stanie.

Nasz ekspresowy spacer i zwiedzanie kończą się w samą porę… gdy dobiegamy do samochodu stoi już przy nim policjant. Udaje się nam jednak uniknąć mandatu. Przekroczyliśmy czas parkowania o niecałe 10 minut ! Uffff…

 

Opuszczamy Stratford z żalem w sercu. Kierunek Oxford… Stąd jest już blisko. Ale… angielska wieś w tym regionie kraju to piękno, które trudno opisać. Za oknami zapada noc a my wleczemy się i podziwiamy. W jakiejś wiosce gospoda Red Lion… rozswietlona, z muzyką…

UK 34


Parkujemy i pragniemy tutaj właśnie zjeść kolację. Jest sporo ludzi, część obsiaduje bar z psami – dla nas nowość! Zajmujemy stolik a tuż obok nas sympatyczna starsza para. Pan wyglądał jak Hemingway z brodą i okularami… Po kilku minutach zagadują nas, pytają o Francję, zamach w Nicei, muzułmanki na plażach… I tak nasza rozmowa potrwa caią kolację, którą zjemy razem. On jest wykładowcą na Oxfordzie, ona nie pracuje ale pisze i maluje… Bierzemy łososia gravlax, fisch and chips, wino i deser, który kosztuję tutaj już któryś raz… Toffee Ginger Pudding na gorąco… niebo w gębie!!!

 

Do hotelu, pod Oxfordem dojeżdżamy późno w nocy… dobrze żeśmy go w ogóle znaleźli po ciemnicy bo już trudno było…

Ostatnie 3 noce spędzimy tutaj… z panią Jolą przy śniadaniu… ciepłe wspomnienia!

niedziela, 18 września 2016

Wielka Brytania – Szkockie jeziora, w drodze do Glasgow. Część 11.





Uk 28
 


            Środa, 24 sierpnia okazała się być przepięknym, słonecznym dniem. Zaczęło się od tego, że hotel, w którym nocowaliśmy w Fort William oddał nam pieniądze za dwa noclegi z powodu naszych skarg na hałasy, głównie trzaskanie drzwiami sąsiadów. I tym sposobem spaliśmy za darmo. Śniadanie zjedliśmy w pokoju i ruszyliśmy w stronę Glencoe.


 Uk 29


To miejsce szczególne na historycznej mapie pamięci Szkotów, gdyż tutaj dokonała się 13 lutego 1692 roku masakra mieszkańców. Jej historia jest dość skomplikowana bo dotyczy zdrady, przekazania niepotwierdzonych wiadomości , ucieczki części ocalonych mieszkańców w dolinę Glen Coe i ich późniejszego zamarznięcia.


Miasteczko Glencoe jest malutkie i położone nad brzegiem jeziora, którego czysta woda odbija wszystko jak najpiękniejsze lustro. Dolina za to jest ogromna, dziś w jej centrum przechodzi asfaltowa droga…




 



Zatrzymujemy się po drodze wielokrotnie by się trochę powspinać, porobić nieco zdjęć. Dojeżdżamy w porze obiadu do miasteczka Luss, położonego na jeziorem Lemond.


Antek zaczyna śpiewać … o nim cudowną pieśń, która jego chór wykonuje i która jest nagrana na chóralnej płycie. Tego popołudnia będziemy ją jeszcze śpiewać wielokrotnie ku radości innych turystów.


 


Przy wjeździe do Luss jest 4* hotel Lodge on Loch Lomond i tam zajeżdżamy na obiad. Taras wychodzi bezpośrednio nas jezioro. Zajmujemy ostatni wolny stolik udekorowany kwitnącą lawendą, ale po kilku minutach okazuje się, że zjedzenie obiadu na tarasie jest niemożliwe bo non stop trzeba odganiać się od os.




Wchodzimy do środka. Wielkie, przeszklone ściany widoku nam nie odebrały a był spokój.


Antek rzuca się na dziecięce menu: melon z truskawkami na przystawkę, fish and chips i lody. Ja rozkoszuję się burgerem z jagnięcego mięsa i lokalnym serem… pyszności!


 



Około 14 h ruszamy w miasteczko i kupujemy bilety na stateczek i wycieczkę po Lomond, która będzie trwała półtora godziny. Antek śpiewa I śpiewa, ludzie go podziwiaą, klaszczą mu a on niczym się nie przejmując ciągnie dalej… ktoś nawet zaproponował, że mógłby trochę pieniędzy sobie uzbierać…


Luss jest śliczne, domki ukwiecone do bólu skrywają sympatycznych mieszkańców I ich czworonogi.


 Uk 30

Około 17 opuszczamy to miejsce by dojechać na nocleg do Glasgow. Premier Inn jest nowoczesny I bardzo komfortowy. Obok centra handlowe umożliwiają nam zakupy i kolacja będzie rozpustą wokół wędzonego, szkockiego łososia! Przy okazji w sklepie golfowym Antek dorobił się nowych spodni do gry w golfa!


 


Następnego dnia czeka nas 8 godzin jazdy aż do Oxfordu…
UK 31

sobota, 17 września 2016

Wielka Brytania – Mallaig czyli delfiny i pociąg Harry Pottera. Część 10.





 UK 24


 


Budzimy się później niż zwykle, śniadanie jemy w hotelowym pokoju i z wolna zbieramy się do podróży, do Mallaig. Między Fort William i Mallaig wije się droga, uważana za jedną z najpiękniejszych w Wielkiej Brytanii i w Szkocji. Zatrzymujemy się na niej wielokrotnie by sfotografować te cudne pejzaże i złapać słynną Jacobite czyli pociąg Harry Pottera!

UK 25
Więcej jest takich łapiących turystów jak my. Bo niestety zbyt późno chcieliśmy kupić bilety na Jacobite ale się nam to nie udało; bo trzeba je kupić wiele, wiele miesięcy przed planowaną podróżą, szczególnie ten na 1-szą klasę bo po obejrzeniu pociągu doszliśmy do wniosku, że tylko tam chcielibyśmy te 2 godziny podróżować popijając angielską herbatkę i zajadając ciasteczka… eh marzenie!


 


Na jednym ze wzgórz spotkaliśmy parę przesympatycznych Duńczyków z którymi czekaliśmy prawie godzinę na pociąg miło gawędząc. Pociąg miał jednak duże spóźnienie i Antek do jego przyjazdu nie doczekał.




Nie szkodzi, złapaliśmy Jacobite na dworcu w Mallaig, stała sobie na peronie…


 
Uk 26


Uk 27


Miasteczko Mallaig jest maciupeńkie, malownicze a uroku dodały mu… skaczące przy portowym brzegu delfiny. Coś niesamowitego. Staliśmy zafascynowani, ludzie krzyczeli wesoło, aparaty śmigały. Mój ma jednak za mały zoom, nic nie widać…


 


Po spacerze i emocjach ruszyliśmy do hotelu West Higland, położonego na wzgórzu z widokiem na wybrzeże… eh pięknie i smacznie było. Oczywiście menu rybne jak to w Szkocji: przystawka z plamiaka z burakami i fenkułem a na danie główne pieczona sola w kaparach i soczewicy…


Hotel ma piękne salony, sporą bibliotekę…


 





Późnym popołudniem wróciliśmy do Fort William zatrzymując się w fabryce whisky i kilku sklepach ze szkocką wełną. .


Wieczorem rozpadało się na dobre, do rana.