czwartek, 26 kwietnia 2018

Nieco odnowiony tarasik. Francuska codziennosc: czesc 174


Przywiezli dzis w poludnie nowa wykladzine tarasowa zwana sztuczna trawa... tylko ja kupuje te bez plastikowych wystajacych koncowek. Moja jest dokladnie taka jak wykladzina w pokoju tyle, ze pod spodem ma takie kauczkowe mini-stozki, plus ma oczywiscie dziurki do odprowadzania wody... dlatego jest ogrodowa. Ostatnia wytrzymala 3 lata ale jak pokazywalam niedanow zdechla na amen, pokryla sie mchem, zmienila kolor itd... Za te 20 m2 zaplacilismy 96 euro wraz z dostawa, przycielismy, polozylismy.
Stol jest stary, krzesla tez, cala reszta jest stara zreszta. Brakuje dwoch zoltych lezakow, ale dzis nie jest az tak cieplo, zaledwie 17°C. I brakuje czarnego grilla, ale go tak rzadko uzywamy... nie wiem czy przez ostatnie 3 lata 3 razy zostal uzyty, nowiutki Weber... trzeba bedzie zainstalowac w tym roku. Moj brat juz sie dzis rano deklarowal, ze jak przyjada to on bedzie grilowal. 

a na koniec sekrecik zdradzam... wiecie co robie ja na tarasie? Skacze na skakance... jak jest cieplo to kazdego dnia tak po 15 minut. Az pewnego dnia Rebecca, moja amerykanska sasiadka dzwoni do moich drzwi i pyta co to za halas dziwny i czy w porzadku, czy ktos kogos nie bije tutaj bo hlast, hlast, hlast rytmicznie... smiechu miala co niemara jak jej skakanke moja pokazalam... 
Pozdrawiam wiosennie! 
ps. Magdo jeszcze muru artystycznie nie oszpecalam druciakiem, ale wezme sie i za to... bielic jak na przyjazd bisukupa nie bede! przyrzekam! 





Rozmowy pracowe. Francuska codziennosc: czesc 173.

Mialam wczoraj spotkanie, od dawna umowione i przeze mnie wyczekiwane z moja inspektorka przedmiotowa w kuratorium. Spotkanie sie odbylo. Bylo milo przyjemnie, smiesznie nawet momentami bo bylam calkiem rozluzniona. Zero spiecia czy napiecia raczej spora doza pewnosci siebie i tego, ze to co robie ma sens, ze jest wazne i profesjonalnie pozytywne.

Mam wrazenie, choc oczywiscie moge sie mylic, ze zostalo to dobrze przyjete przez druga strone. Moja pani inspektor w pewnym momencie byla wrecz bardzo, bardzo rozzalona, ze nie moze mi tak naprawde pomoc, ze moze niewiele a jak deklarowala bardzo by chciala.
Francuski system jest do dosc ciezki do rozgryzienia i rozlozenia na czynniki pierwsze.

Coz, powiedziala mi, ze zrobi co w jej mocy a jej moc siega tylko i wylacznie aspektow pedagogicznych a te w moim dossier licza sie tylko na 30% reszta to administracja slepa, glucha, nieczula, czasem anonimowa.
Zaproponowala mi zostanie szkoleniowcem dla innych nauczycieli przy kuratorium wlasnie i instytucie pedagogiki. Na co sie ochoczo zgodzilam.

Moja sytuacja zawodowa na dzien dzisiejszy wyglada tak, ze od poniedzialku czekam na telefon - gdzie, kiedy i na jakim poziomie mam pracowac. Narazie telefon nie dzwoni. Placa mi za siedzenie w domu i za czekanie.

Czekam tez na dostawe nowej wykladziny ogrodowej maja do 12h20 przywiezc... to czekam...

Na sobote zaprosilam gosci bedziemy swietowac sukces antkowy.

A przed chwila z braciszkiem mym rozmawialam warszawiakiem i zamierza do nas z zonka przyjechac jeszcze w maju albo w czerwcu! Ale mnie szczescie ogarnelo!!!

Znowu dumna mama: Koncert antkowego choru 1 czerwca.


Zapowiedz koncertu Antkowego choru. Msza koronacyjna Mozarta, 1 czerwca w naszej katedrze... znowu dumna mama! Antek nawet na plakatach w miescie "wisi"...

środa, 25 kwietnia 2018

Antek Mistrzem REGIONU, zakwalifikowany do narodowych rozgrywek!!!!


I zrobil to... WYGRAL w badmintona oczywiscie! Caly region Nowa Akwitania, 7 departamentow i w jego grupie wiekowej 29 chlopcow zakwalifikowanych po rozgrywkach departamentalnych. Antek... ZLOTO!!!!!!
Spiewamy tutaj w domu na calego. Niech sie niesie szczescie w swiat! 

8, 9 i 10 czerwca Antek gra mistrzostwa narodowe w Janzé, w Bretanii, pod Rennes. Tutaj celem jest bycie w pierwszej 10-tce... bo trzeba jednak byc troche realista. Antek zaczal grac w badmintona w tym roku dopiero i to w szkole a nie w klubie. I idzie jak burza... ale domyslam sie, ze poziomu chlopcow z narodowej ligii to jeszcze nie ma. Choc moze miec. 

Dzisiejszy final wygral jednak 11 do 0! a polfinal 11 do 6 czyli przewage ma spora nad innymi chlopcami z jego grupy wiekowej 12-13 latkow. 

To jest DZIECKO SZCZESCIA ten nasz Antek. Wczoraj poszedl, pierwszy dzien po wakacjach do szkoly i wrocil z 19/20 z biologii gdy srednia klasy byla na 14 czyli ma 5 punktow przewagi  i z angielskiego 18,5/20 gdy srednia klasy dobija do 13... I tak jest praktycznie co drugi i trzeci dzien. Zdolniacha niesamowita i pracus wielki i ambitny i mental ma tak silny w tej chwili... ze ja sie nadziwic nie moge. Mysle, ze to za sprawa sportow i ta forma ciagla i ten mental za to 0 ekranow albo prawie i gier durnych wcale i TV prawie wcale i telefon tez w szczatkowym uzyciu. 

Gdy spogladam w przeszlosc... gdy pisalam systematycznie na dziennikach TS i dalej na swoich blogach o jego wychowaniu, edukacji jak bardzo i jak czesto bylam obrzucana blotem przez inne matki... rzekomo wszystko co robilam lub prawie bylo nie tak, nie po polskiemu z pewnoscia choc czesciowo jak najbardziej po polsku! he, he! Wciaz zreszta slysze, ze Antek ma za duzo zajec, ze ma za duzo ambicji, ze nie jest taki wedlug niektorych jaki powinien byc... czyli jaki? 
Gdy slysze, ze moja babcia a jego prababcia w Polsce "nie chce go widziec" i ubieglego lata bylam 150 metrow od jej domu, ale skoro nas nienawidzi i nie chce widziec to i nas nie widziala  to... nienawidzic moze dalej. 
Tak klebia sie we mnie te refleksje rozniste, ta milosc, aprobata i ta nienawisc i ta dezaprobata. Wniosek nasuwa mi sie tylko JEDEN... dalej robic swoje i po swojemu. Zyc, zyc pelnia zycia i cieszyc sie kazdego dnia z Antka... reszta jest w rekach Najwyzszego!

Dumna mama! strasznie dumna mama!

PS: Ogromne podziekowania dla nauczycielki WF! Alina sciskamy Cie!!!





Wakacje w Katalonii: Gdy Antek byl dziewczynka i zwiedzal muzeum Gaudiego. Czesc 4


Dla mojego syna, Antka, wakacje w Katalonii sa synonimem kompletnego wariactwa. A wszystko to za sprawa klubow i poznanych w nich dzieciakow teraz to juz mlodziezy prosze panstwa. Antos spedza w klubach cale dnie, nie chce nawet specjalnie z nami gdzies jezdzic czy czegos zwiedzac. Jak nie ma klubu to wtedy szaleje na terenach sportowych. I tak dzien w dzien od godziny 8:30 rano, zaraz po sniadaniu do ciemnej nocy. W ubiegly piatek tanczyl do polnocy przebrany za dziewczynke jak widac na zalaczonym zdjeciu. 
Mlodsze, starsze, umiejace grac czy tez nie, wystepy na scenie... nic Antka nie zraza. Ma moc moj chlopak i sile adaptacji godna podziwu. Banan mu z twarzy nie schodzi wiec jesy akceptowany nawet przez maturzystow i wszedzie lubiany. 

Tak wiec kilka ostatnich zdjec antkowych wyczynow i dwa ostatnie z centrum Antonio gaudiego w Reus... zwiedzil z nami muzeum w tym roku i atelier Gaudiego. 









wtorek, 24 kwietnia 2018

Wakacje w Katalonii: Dokad ta droga prowadzi? czesc 3


Catherine i Mirek zaproponowali nam wspolna wycieczke w okolice Mont Roig del Camp w ubiegly czwartek. My co prawda nie przewidywalismy dlugich marszow wiec i butow do maszerowania nie spakowalismy, ale na poranny, 3-4 godzinny marsz, zwykle buty sportowe wystarczyly. 
Zaparkowalismy w Mont Roig i ruszylismy z mapa i z kompasem, ktory to w zaleznosci od potrzasniecia pokazywal inny kierunek. Zdalismy sie wiec na mape. I tak, taka oto droga wysadzana drzewami oliwnymi i otoczona z kazdej strony polami oliwnymi ruszylismy przed siebie. 
Dotarlismy na szczyt skaly, na ktorej znajdowala sie sredniowieczna pustelnia - dzisiaj zamieniona na kosciol, jakies pomieszczenia mieszkalne a latem to tam restauracja jest otwierana bo byly stoliki na zewnatrz. Szlo sie lekko, idealnie. Niebo bylo blekitne, temperatura siegala 24°C, ale slonce grzalo mocno. 
Na szczycie spotkalismy dwie francuskie rodziny tez spragnione marszow i przygod. Dalej poszlismy w skaly. Po kilkunastu minutach musielismy jednak zawrocic bo dzieci nasze trzeba bylo odebrac z ich klubow i dac im obiadek tez. 
Piekny poranek...














poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Wakacje w Katalonii: w klasztorze cystersow Poblet: czesc 2


Coz mozna napisac o CISZY? Chcialam spedzic 2 dni w klasztorze cystersow w Poblet. Dwa cale dni skoncentrowane na ciszy, medytacji, kontemplacji. Pierwszym z nich byl ubiegly wtorek. Dotarlam do klasztoru na 7:30 na druga modlitwe mnichow... pierwsza byla o 5:30. Dotrwalam do ostatniej modlitwy o 21 h tzw. Compiles. Caly dzien poprzetykany modlitwami, spacerami, jedzeniem z dominujaca cisza. Drugiego dnia, w srode moi panowi postanowili do mnie dolaczyc... i nawet obiad razem zjedlismy w klasztornej restauracji.

Poblet to bardzo stary, XII wieczny klasztor... od tego czasu utrzymany przez cystersow, ktorzy produkuja tutaj wino i oliwe z oliwek. Jest tez mozliwosc noclegow przy klasztorze z tzw: hostegeri. Najprostszy pokoj juz od 59 euros za noc poza sezonem letnim, kilka euro drozej w sezonie. 

Wracajac jednak do ciszy... nie wiedzialam, ze az tyle w ciszy jest dzwiekow, az tyle mysli... w ogole caly ten wakacyjny tydzien uplynal pod znakiem kompletnego wylaczenia sie... nie bylo telefonow, smsow, internetu, maili ani razu nie wlaczylismy radia ani telewizora. 7 dni bez niczego... i najchetniej trwalabym w tym stanie dlugo, znacznie dluzej. Bo cisza pozwala nam dostrzec jak bardzo zagluszamy nasze mysli, refleksje, potrzeby, jak bardzo jestesmy zasmieceni tym co z zewnatrz a co w 90% jest nam po prostu niepotrzebne. Wspolczesne zycie wymaga od nas bycia podlaczonym, widze to kazdego dnia sama po sobie... ciekawe dlaczego tak trudno sie odlaczy i zyc bez? 
Zapraszam do przejrzenia zdjec... w ciszy. 

































Misa recznie zrobiona i malowana przez mnicha Franceso... zakupialam na pamiatke.