czwartek, 31 lipca 2014

Etap dziewiąty - wuj Edward i Brandon

Dotarliśmy wczoraj autobusem do Brandon. O autobusie to chyba jakis osobny wpis powinnam zrobic bo takiego okropienstwa to ja jeszcze nie widziałam i autobusem wracać do Winnipeg nie zamierzam, ale coz człowiek uczy sie na błędach. Trzeba bedzie coś wymyślić... Jeszcze nie wiemy co. Nie to jednak we wczorajszym dniu było najważniejsze.
Najważniejsze było spotkanie, po 14 latach.... Wujek stał sie staruszkiem. I ta zmiana w jego wyglądzie jest niesamowita. Dzisiaj to bardzo, bardzo starszy pan. Wysciskalismy sie za wszystkie czasy. I znaleźć sie znów w jego i cioci domu było bardzo wzruszające. Wszędzie zdjecia cioci. Mało zmian ale ten sam komfort, którego jeszcze w europejskich domach nigdzie nie widziałam. Popołudnie spędziliśmy spokojnie na rozmowach, jedzonku,  oglądaniu zdjeć.

Edward jest jeszcze niezwykle sprawny jak na swój wiek. Piecze ciastka, robi setki pierogów, zarządza całym domem, w którym jak za zycia cioci panuje nieskazitelny porządek. Nikt ńie przychodzi tutaj sprzątać ani gotować. Nikt nie przynosi zakupów. A jednak wszystko jest i to w ilościach i w jakości. Trochę męczące jest mówienie jednocześnie w 3 językach i przechodzenie z jednego na drugi. Mysle, ze go to meczy.
Wczoraj przed spaniem, około 21, gdy Antos i Steph juz spali, ja poszłam z wujem na spacer po okolicy. Chodziliśmy prawie godzinę. Spotkaliśmy jego sąsiadów 93 letnia pare staruszków w pełni sił, mieszkających kilka domów dalej. Tez wszystko robia sami.

Trochę sama zaczęłam mu tutaj gotować. To nakryje do stołu, to do zmywarki powkladam rzeczy. To taka drobna pomoc choc nie potrafię sie ich maszynerią tutaj posługiwać, jest różna od naszej.


Antos ma z wujem idealny kontakt. Zajmuje sypialńie na gorze, tuż obok wujkowej i dziś rano usłyszeliśmy jak starszy i młody pan robili sobie razem sńiadanie. Razem jedli, we dwójkę i rozmawiali po polsku i po angielsku. Edward chce Antka angielskiego nauczyć i trzeba przyznać, ze dobrze im idzie.
Za chwile jedziemy na cmentarz, na grób cioci i na spektakl jazdy konnej. A pozniej sie okaże.

środa, 30 lipca 2014

Etap ósmy - z lotniska w Winnipeg

Niecała godzinę temu dotarliśmy na lotnisko Richardson w Winnipeg. Siedzimy tutaj sobie, gra muzyczka, pijemy kawę i czekamy na nasz autobus do Brandon. A ja wspominam... 14 lat temu czekali tu na nas wuj i ciocia, na dole ruchomych schodów. Pamietam nawet jak byli ubrani. Dziś cioci juz nie ma a wuj skończył wlasnie 88 lat i nie prowadzi juz samochodu poza miasteczkiem Brandon.
Winnipeg to spokój, duzo mniejsze miasto, 800 000 mieszkańców, duzo mniejsze lotnisko, duzo niższe ceny. Jest "cool" jakby powiedzieli anglojezyczni.
Wstalismy dziś o 4 rano.... Cieżko było ale daliśmy radę. Nieco bladzi tylko jesteśmy. Przed hotelem czekał na nas wóz - taki hotelowy schuttle - dowiózł nas na lotnisko Pearson w Toronto. Kolejne miejsce very very BIG. Ale znakomicie zorganizowane, a ze podróżujemy z dzieckiem to wszędzie mamy pierwszeństwo. I do bagażu, do kontroli i do wchodzenia na pokład samolotu wiec jest przyjemnie. W busiku hotelowym rodzina z Holandii: mama, tata i 4 dzieci. Najstarszy w wieku Antosia, najmłodsze 3 latka. Mieli chyba z 10 walizek. Okazało sie, ze podróżują cały rok. Wzięli sobie rok wolnego i objeżdżają świat. Dzieci maja szkole w hotelach z mama i z tata i jeżdżą. Wrócili wlasnie z Azji, teraz obie Ameryki. Podziwiam! Przy okazji jak wyznała nam młoda mama maja masę pomysłów na biznes po powrocie. Fajnie.

Aha, lot do Winnipeg z Air Canada - znakomity! Sa jeszcze bardziej nowocześni niz Air France. Zero turbulencji, perfekcyjny serwis. Nic dziwnego, ze piąty rok z rzędu to najlepsza kompania lotnicza na swiecie.
No nic, czas na autobus.  Za kilka godzin będę sie wzruszac....

wtorek, 29 lipca 2014

Etap siódmy - Toronto i eleganccy Kanadyjczycy

Dziś rano oddaliśmy nasz pierwszy samochód najemcy, marki National, w samym centrum Toronto przy Wellington avenue. Nie wiem jak nam sie udaje trafiać na podane adresy biorąc pod uwagę zabójczy ruch w tej aglomeracji jak i jej rozmiary. Wszystko tutaj jest BIG nie tylko porcje kawy, coli czy jedzenia. Ale sie udało. Skierowaliśmy sie natychmiast w stronę CN Tower. Ten symbol miasta Toronto przyciąga niezliczone rzesze turystów. Wieża robi wrazenie a szczegolnie wjazd na nią super szybkimi windami - uszy zatyka, oraz widok 360 stopni wokol z rożnych jej platform. Nawet najwyższe buldingi wydają sie z niej malutkie. Widok na jezioro Ontario, które właściwie wyglada jak morze i zreszta sa na nim fale jak na morzu, tez jest niesamowity!
 
DSCF1367_zpsdcf25a9c.jpg
 
DSCF1377_zpsa8243122.jpg
 
 

DSCF1387_zps4189eaa8.jpg
 
DSCF1388_zps8424d4ef.jpg
 
Po CN Tower zwiedzalismy centrum miasta. Na obiedzie byliśmy w znakomitej restauracji w chińskiej dzielnicy miasta czyli w Chinatown,




DSCF1412_zpse007cbfd.jpg
 
W drodze do chinskiej dzielnicy park, stary, kolonialny dom i przyklejone do niego, blekitne i szklane Muzeun sztuk Pieknych
 
DSCF1413_zpsbb4f8d08.jpg
przy Dundas street, Asia Legend, dobrze notowana restauracja w przewodnikach i odznaczona miejscowymi medalami. Serwują w niej kuchnie północnych Chin i było to dla nas niezwykle kulinarne odkrycie tez. Przeszliśmy sie pod ratusz



DSCF1423_zps96e364d4.jpg
 
DSCF1424_zpsa0877aae.jpg
 i do Eaton centre - słynnego centrum handlowego,



DSCF1427_zps71db86d2.jpg
 w centrum miasta - to rzadkość. Antek dostał kolejnego oczopląsu w sklepie hokejowym. To narodowy sport Kanady, tutaj powstał we wszystkich swych wersjach. Wróciliśmy do hotelu jak pracujący Kanadyjczycy metrem i autobusem i zajęło nam to - 1,5 h!!!

W Toronto jednak widać elegancka Kanadę. Znakomicie ubranych mężczyzn i kobiety. Jest kogo oglądać i co bo ubrania i buty sa nieco inne niz w Europie. To dość przyjemna odmiana. Z drugiej strony Antek przyciąga spojrzeńia i aparaty fotograficzne turystów. W metrze ustępują mu miejsca by sobie siedział, uśmiechają sie, dają cukierki... Jego uroda bowiem tez jest wyjątkowa i z tego co widzę w Kanadzie zupełnie tutaj nieznana i unikatowa.
Wracając kupiliśmy 3 ciastka we włoskiej cukierni bo głodni sie zrobiliśmy. Dziś szybka kolacja w Subway i spać bo jutro o 4 h pobudka - samolot, do wuja, do Winnipeg.

poniedziałek, 28 lipca 2014

Etap szósty - Niagara Falls i o tym jak sie jeździ w Ameryce

Dziś rano w strugach deszczu ruszyliśmy na południowy-zachód by po około 100 kilometrach dojechać do najsłynniejszego wodospadu na swiecie - Niagara Falls. I muszę przyznać, ze dech nam zaparło. Ten wodospad, a właściwie dwa wodospady sa po prostu niesamowicie piękne i wyjątkowe gdy o rozmiary chodzi. By było ciekawiej pierwszym prezydentem Parku Niagara Falls był Polak, uczestnik Powstania listopadowego, który został zmuszony do opuszczenia zaboru rosyjskiego - Kazimierz Gzowski.

Niagara to przede wszystkim przepiękne miejsce, taka perełka natury, dzikiej, nieokiełznanej. Ale we wszystkim jest szkopuł. W wypadku wodospadu to miasto, które dziś liczy 82000 mieszkańców i które z cudownego daru natury zrobiło migający neonami biznes.


DSCF1300_zps1ba2b289.jpg
 
 
DSCF1304_zps3c31e8d8.jpg
 
 
DSCF1357_zps8f0d15ff.jpg


Wszystko mozna kupic, zagrać w golfa wsród plastikowych dinozaurów niecały kilometr od wodospadu, wejść do strasznego domu, przejechać sie na dziesiątkach karuzeli i obezrec hamburgerami, lodami i innymi frytkami po czym beknąć solidnie i iść podziwiać to co jest tutaj naprawdę do podziwiania.
Oj, lekko zdegustowana jestem... Jak na plazy w Kołobrzegu.... Wsród budek z zarciem i z muzyka i straganów przyslaniajacych morze. Szkoda.

Jednakże, nie daliśmy sie wciągnąć w ten amerykański-kanadyjski kicz. Obeszlismy wodospad, podziwialiśmy, zrobiliśmy mnóstwo zdjeć a przede wszystkim na statku podplynelismy nad sam jego brzeg.... Brrr. Niesamowite doświadczenie!
DSCF1322_zpsddde0a84.jpg
 
 
 

DSCF1323_zpse6565f5b.jpg
 
 


DSCF1333_zps5759f010.jpg
 
DSCF1335_zpsfe408bee.jpg
 
DSCF1344_zpsfaa8dd52.jpg
 
DSCF1345_zpsfa80dc51.jpg
Od kilku dni jeździmy po Kanadzie autem. I do wczoraj nawet sie to udawało. Gdy jednak zaczęliśmy zbliżać sie do Toronto jechaliśmy juz w prawie 80 kilometrowym korku.... Była niedziela wieczór. Nie wiem czy wszyscy mieszkańcy miasta wracali akurat z tej strony do domu ale tak to wyglądało choc miasto jest znacznie mniejsze od Paryża. Może tutaj każdy jeździ samochodem? W każdym razie mozna było niezłe sie zestresowac. Przy Toronto po 8 nitkę w każda stronę. Jedna 401 express, oddzielona murkiem od 401 circulare, do tego wciąż zjazdy i wyjazdy, jakieś nazwy ulic. Oczopląs calkowity i strasznie niebezpiecznie bo wymijająca z prawej, z lewej, ciężarowe. Mało kto przestrzega ograniczenia prędkości. Jeden cyrk. Dziś to samo... Jutro oddajemy auto bo w środę lot
do Winnipeg, o świcie. Ale co sie najadlam strachu to moje. Bo było śmieszniej GPS jest spóźniony wiec posługuje sie tylko mapami w nieznanym mi całkowicie mieście i jak narazie nie pomyliłam sie jeszcze. Moj maz mówi, ze jestem " mistrzem swiata" w orientacji, i czytaniu map... Napawa mnie to duma! Choc mistrzem swiata nie jestem.

Etap piąty - kraina Tysiąca Wysp i o jedzeniu slow kilka

Wyruszyliśmy wczoraj z Ottawy po smacznym śniadaniu w kierunku Toronto. Pojechaliśmy na południe, autostrada Weteranów numer 416. Po 70 kilometrach dojechaliśmy do autostrady 401 zwanej autostrada Bohaterów. Przy tej zmianie znajdował sie Canadian upper village czyli zrekonstruowane miasteczko pierwszych WASP na tym terytorium. Stamtąd pojechaliśmy na zachód w stronę Toronto ale po kilku kilometrach zboczyliśmy z autostrady by jechać wzdluz rzeki Saint Laurent, która tutaj wlasnie łączy sie z jeziorem wyglądającym jak morze czyli z Ontario. To kraina znana jako kraina Tysiąca wysp. Niezliczone ich ilości wyrastają z głębin rzeki. Większość jest zamieszkana. Nawet te mikroskopijne z jednym domem i z ogródkiem wyglądają uroczo. Co kilka kilometrów zatrzymywaliśmy sie by je podziwiać i fotografować. Przepiękna była ta droga aż do Ganongue. Domy na wyspach i przy drodze to wielkie rezydencje, każda z kanadyjska flaga w ogrodzie, ukwiecone.
Antek ciekawski dopytywał o ceny bo zamarzło mu sie zamieszkanie w takiej rezydencji zamiast ciasnego europejskiego mieszkania, które aktualnie w Bordeaux zajmujemy. I chwycililismy za jedna taka reklamówkę nieruchomosci.... Jest o niebo taniej niz u nas! Dom z 5 sypialniami, ogrodem a przede wszystkim 300 metrów kwadratowych zamiast moich 85 kosztuje mniej niz moje mieszkanie... Buuuu...

Myślimy jednak, ze mieszkanie tutaj wystawia nas na poważne zagrożenie. A płynie ono głownie z jedzenia. Te porcje! Mój Boże! Wczoraj w południe zatrzymaliśmy sie w jakimś Tim Hortons  po drodze, na obiad. Nauczona kilkudniowym doświadczeniem kupiłam jedno menu na 2 osoby i ? I tak nie dało sie zjeść. Było to chili con czarne z ryżem, jakieś ciepłe chipsy, do tego chleb - bułka, masło i oczywiście poprosiłam wodę a nie  o 600 ml Pepsi. Chili było w kubku chyba z 500 gr - na 1 porcje, sic! Jedliśmy te jedna porcje, dwoje dorosłych osób i nie skończyliśmy! Totalne szaleństwo. Kanapki maja rozmiary jak nasze chleby, ilośc frytek, ryżu czy warzyw  jest chyba 3-4 krotnie większa niz porcja ich we Francji.

Wczoraj wieczorem juz w Toronto poszliśmy do lepszej restauracji na kolacje, z okazji urodzin Antosia tez. Jego dziecięca porcja Bolognese wystarczyła na 2 dorosłe osoby! W rezultacie wróciliśmy do hotelu z reklamówka pełna pudełek papierowych niezjedzonych dań. Ja tylko zamykałam oczy jak stawali przede mną talerz z daniem rybnym rozmiarów xxxxxxxxlllll.
Zupełnie nie dziwi mnie wiec ilośc otyłych i skrajnie otyłych osób tutaj. Widać je na każdym kroku, to większa cześc społeczeństwa kanadyjskiego. Oni nie jedzą to jest jakaś kompulsywna, całodniowa- bo godzin na posiłki jak u nas tutaj nie ma.... Jedzą cały dzien... - konsumpcja. Jakoś tego jedzenia pozostawia wiele do zyczenia. Napoje slodzone i gazowane oraz wszelkiego rodzaju sosy gęste i tluste, kanapki, frytki to najpopularniejsze jedzenie. Je sie wszędzie. Nawet dzisiaj, choc pada deszcz widzę przez moje hotelowe okno ludzi spieszacych do pracy, większość ma wielkie kubki papierowe w rękach. Idą i piją, idą i jedzą.... Non stop...

niedziela, 27 lipca 2014

Etap czwarty - Ottawa, samochód i pech.

Opuscilismy wczoraj Montreal wczesnym rankiem. I zaczelo sie od pecha choc były ich dwa we wczorajszym dniu! Z walizkami czekaliśmy na autobus express by dojechać do lotniska. Mieliśmy nasze elektroniczne bilety. Jednakże, gdy wdrapalismy sie do autobusu z walizkami (trzema) bilety zamrugaly na czerwono i stop.... Ani kroku dalej. Bilety nieważne. Wysiadka z autobusu i bieg po nowe bilety. Kolejne 30 dolarów. Te okazały sie dobre.  W autobusie pogawędka z podrozujacymi zmieniła sie w całkiem głośne żarty i salwy śmiechu. Wesoły autobus mieliśmy. Szczegolnie jak zgodnie ze Stephanem wykrzyknelismy : " Vive le Quebec libre" - słynne zdanie generała de Gaulle!

Na lotnisku miła ńiespodzianka czekał na nas czarny Mitshubishi, wielki, prawie terenowy wóz, w pełni wyposażony. Zaladowalismy sie do niego i kierunek Ottawa! Fajnie sie jechało przez kanadyjskie lasy. Obiad po drodze w knajpie Diner - dokładnie takiej jak na wielu filmach np w tym o Sarze, która poznała Harrego.... Wow!
 Wokol nas same grubasy z wielkimi talerzami frytek, kanapek i z Pepsi czy Coca Cola a my... Wielkie talerze sałatek z kurczakiem a w szklankach woda....

Ottawa - cudowna, piękna!

Glowny budynek Parlamentu
 
 

 i jego boczne skrzydlo
 
 

Pomnik krolowej Elzbiety II, to ona do dzisiaj mianuje Premiera Kanady
 

I kanadyjskie feministki przed Parlamentem
 
 
 

Znacznie bardziej nam sie tutaj podoba niz w Montrealu. Zwiedzalismy miasto zostawiając samochód na jednej z ulic w centrum, w rzędzie innych samochodów zaparkowanych w tym wlasnie miejscu. Jakiez było nasze zdziwienie gdy wieczorem okazało sie, ze na szybie mamy - Mandat!  Całe 90 dolarów za złe parkowanie, rzekomo na przystanku autobusowym. Wytrzeszczalismy w trójkę oczy ale zadnego przystanku jak ńie widzieliśmy tak nie wdzielismy! Nie wiem do dzisiaj, gdzie ten przystanek na którym staliśmy?  Dwa samochody za nami i przed nami tez miały mandaty reszta nie? Wyglada to jednak tak, ze mandat droga internetowa zapłacić musimy bo 10 sierpnia zamieni sie on w 160 dolarów.... Dyskutowanie z miejska policja wydaje sie niemożliwe ale jeszcze wuja o radę spytamy.      
       
 

Kanal Rideau czyli system sluz laczacych rzeke Ottawy z jeziorem Ontario, dzis dziedzictwo ludzkosci UNESCO
 
 

 


W Ottawie mieszkamy w Centrum konferencyjnym Uniwersytetu Saint Paul i jest to znakomite miejsce! Polecam! Tanie, wygodnie, pieknie położne w parku, super serwis studentów po prostu ekstra! Mamy tutaj całe mieszkanie 40 metrów około.... I wiewiórki za oknem.
Dziś urodziny Antka - 9 lat! Jedziemy do Canadian upper village i dalej do Toronto... Przygody, przygody byle bez pecha!

 

Ukwiecona i ubarwiona flagami ulica Wellington w centrum Ottawy
 
 

 A oto jak w Kanadzie i w USA odbywa sie sprzedaz prasy - nie ma kioskow tylko wrzuca sie do takiej skrzynki na rogu ulicy monete i otrzymuje swoj Newspaper!
 

sobota, 26 lipca 2014

Etap trzeci - ludzie: szok i drgawki

Każda podróż jest okazja przede wszystkim do spotkań. Spotkań z innymi ludźmi, nieznanymi, mniej lub bardziej ciekawymi. Kanadyjczycy jak juz pisałam w pierwszym "etapie" sa wyjątkowo mili, uprzejmi, uczynni. Nie czekają aż poprosisz ich o informacje czy o pomoc! Proponują ci ja niejako z góry, od razu, wyprzedzają twoje pytania. Na ich twarzach w metrze, na ulicy, w autobusie gości zazwyczaj uśmiech i dobre spojrzenie. To jest dość niesamowite i dość zaskakujące dla kogoś kto z Francji przyjechał gdzie takie zachowanie jest niezwykle rzadkie. O Polsce raczej nie będę tutaj wspominać bo roznica jest spora jesli o takie zachowanie chodzi juz między Francja a Polska a co dopiero mowić o Kanadzie i o Polsce?

Jest jednak pewien szkopuł. A raczej ogromny szok przyprawiajacy nas o drgawki. Ilośc bezdomnych... Ludzie śpiący na ulicach, na chodnikach, w metrze, przy wejściach do sklepów, do domów, w parkach. Ilośc osób, ktorych wygląd i zachowanie wskazuje na poważne zaburzenia psychiczne i fizyczne. To jest wprost porażające! Mój Antek wczoraj wieczorem płakał bo jak sam twierdził nie rozumie!

Jak zrozumieć starszego człowieka spiacego wprost na chodniku w środku dnia, otoczonego puszkami po piwie, starymi gazetami i smrodem? Antos pytał nas wczoraj " mamo jak to jest możliwe, ze sa ludzi jak my, czy jak Celine Dion - uwielbia te kanadyjska piosenkarkę - i tacy sami ludzi, którzy śpią na ulicy? "

Nie potrafiłam mu za bardzo wytłumaczyć. Od czego to zależy? Czym to usprawiedliwić? I jakże rozumieć tych dobrych, sympatycznych Kanadyjczyków, którzy przejeżdzają obok w swych samochodach i odwracają wzrok. Bezsilność? Ślepota? Niechęć?

W Bordeaux to zjawisko praktycznie nie występuje. Może mamy lepsza opiekę socjalna? Nie widać    ludzi śpiących ma ulicy. Sa żebrzącym owszem ale takiej nędzy jeszcze nie widzieliśmy. Zdarza sie  w Paryzu ale nie taka skale co tutaj w Montrealu choc aglomeracja jest 4 razy mniejsza? Przerażajace i porażające. Poniżające i uwłaczające człowiekowi po prostu. Czy to jest oznaka cywilizacji? Dla mnie jej zaprzeczenie.

piątek, 25 lipca 2014

Etap drugi - jet lag, Montreal i polska knajpa.



Ale będę miała daleko… oraz kilka migawek z Montréalu


Opanowywanie tego co krótko nazywamy jet lagiem zajmuje nam juz drugi dzien. I tak sobie myślimy o tym... Kiedy poczujemy sie lepiej? Na dzien dzisiejszy to zasypianie o godzinie 19 lokalnego czasu czyli 1 nad ranem czasu francuskiego i polskiego. Budzimy sie koło 4:30 rano i... Nie wiadomo co ze sobą zrobic?  Nieustepujace uczucie zmęczenia, znużenia, rozdrażnienia. Sensacje żołądkowe i inne przyjemności. I przyznam, ze maci to nieco radość zwiedzania. Podobno trzeba tyle dni aklimatyzacji ile godzin różnicy czasu czyli w naszym przypadku 6 a następnie 7... Buuuu...

Koniec jeczenia!

Wczorajszy dzien czyli pierwszy, zaatakowalismy w parku Mont Royal. Po prostu chcieliśmy byc na zewnątrz, skorzystać ze słońca by zsynchronizowac nasze organizmy. Przy okazji przeszliśmy z 6-8 kilometrów, spora ich ilośc pod gore. Mieliśmy wspaniałe widoki na Montreal i na parkowe wiewiórki. Antek porobil im mnóstwo zdjeć.


 photo DSCF1229_zps6d3918b5.jpg






On najlepiej znosi te różnice czasu. Wczoraj byłam z nim pod wieczór w sklepie papierniczym. Wybraliśmy pieknie oprawiony, gruby zeszyt na... Dziennik z podróży. Antek ma swój mały aparat fotograficzny. Kolekcjonuje bilety, wejściówki, karteluszki i inne takie i wczoraj zaczął pisac... Zdjecia będziemy wklejac po powrocie ale pisze dzien po dniu co i jak, jego dziecięcym językiem, o tym co go poruszyło, wzruszylo, zaciekawiło. Uważam, ze to wspaniały projekt i bedzie super ksiazka z podróży.


 photo DSCF1215_zpse1ad92fc.jpg
Typowe domy przy parku Mont Royal, w dzielnicy Plateau.


 photo DSCF1223_zpsbdf46716.jpg
Antek na gorze parku z ktorej rozciaga sie taki widok na miasto...




 photo DSCF1222_zpscdf25956.jpg
i taki tez!








Wczoraj złapałam sie tez na tym, ze pomyślałam o moim synu jako o 80 letnim starszym panu... Oglądającym swój dziennik z dziecięcej podróży, gdy nas juz zabraknie. I wzruszylam sie... Narysowałam w jego dzienniku samolot, śmieszne napisy, pamiątka po wspólnych momentach tych z przedwczoraj!

Dziś rano wyruszyliśmy juz o 8 do tzw starego Montrealu czyli Vieux Montreal.


 photo DSCF1236_zpsc8149551.jpg


Najstarszy miejski rynek w starej czesci miasta, dzis galerie i restauracje.




 photo DSCF1240_zps5194b8d8.jpg
Katedra Notre Dame i jej wnetrze...


 photo DSCF1242_zps22b9abf2.jpg








Zwiedzalismy stare   miasto, super nowoczesne centrum dzisiejszego Montrealu oraz tzw: podziemne miasto, gdzie  Kanadyjczycy " żyją" zima, kilometry podziemnych galerii. Kupiłam sobie lokowke przy okazji bo moja... Wysiadła pierwszego dnia.


 photo DSCF1214_zpsedcb5b6d.jpg


Typowe domy w centrum miasta ze stromymi schodami... trzeba sie wspiac by wejsc do srodka.


 photo DSCF1248_zps877c35df.jpg
Ratusz miejski



A obiad zjedlismy w ... Polskiej knajpie, w starym Montrealu, nieopodal ratusza miejskiego,  czyli w Stas Cafe, przy ulicy St Paul. 14 lat temu byliśmy tutaj ostatnim razem, na kolacji w tej restauracji. Dziś odwiedzilismy to miejsce w trójkę! W pamiątkowej księdze znalazłam swoją notatke sprzed 14 lat!!!

A co jedliśmy: pierogi oczywiście! Barszcz czerwony, a na deser słodkie naleśniki... Restauracja była pełna w porze lunchu. O 12:25 nie było juz zadnego wolnego stolika, jedzenie bowiem znakomite i międzynarodowa klientela zachwycona. Tylko, ze w Montrealu jest dość drogo... Dziś 60 dolarów za lunch, wczoraj 35 dolarów za 3 kanapki i jedna zupę. Trudno znaleźć dobre jedzenie w rozsądnej cenie. Albo jest bardzo drogo albo trzeba jeść Putina! To nie żart to danie kuchni Quebec! Frytki polane roztopiońym serem... Wyjątkowe ohydztwo ale coz wiadomo o kogo chodzi... Takie i danie!  
   

Jutro etap 3 - wyjazd do Ottawy, samochodem wynajętym na lotnisku.

czwartek, 24 lipca 2014

Etap pierwszy - latanie

Opuscilismy wczoraj nasz kochany domek by z walizkami i z lekkimi obawami wsiac na pokład pierwszego samolotu: Bordeaux - Paryż. Na lotnisku Charles de Gaulle Antek dostawał lekkiego oczopląsu bo na tak olbrzymim lotnisku jeszcze nie był. Przechodziliśmy z 2 f do 2 e i zajęło to ponad 20 minut dość szybkiego marszu. Nasz AirbusA340 stał juz przy rękawie ale miał jakis problem techniczny z klimatyzacja. Odlecielismy wiec dobre 45 minut po czasie.
Miejsca zamawiając bilety zarezerwowalam juz wczesniej wiec siedzieliśmy razem a Antoni przy oknie.
Przyznam, ze pomimo licznych lotów boje sie latać samolotami bo jak wchodzę na pokład to mam takie uczucie... Nie wiem czy wysiade i ta świadomość zawsze nieco mnie niepokoi.

Lecielismy prawie7 godzin. Po drodze było chyba z 4 czy 5 zon ostrych turbulencji, o ktorych uprzedzał kapitan. Brrr... Tez ich nie lubię. Ale oprócz tego było bardzo, bardzo dobrze. Wiele sie zmieniło od 10 lat, gdy po raz ostatni leciałam  przez Atlantyk. Program rozrywkowy Air France przede wszystkim znakomity! Wybór filmów, dokumentów, seriali, dzienników... Na ekranie przed tobą. Do tego niesamowity wybór muzyki, stacji radiowych a nawet program relaksująco- gimnastyczny samolotowy. Było tez mnóstwo gier dla dzieci. Cała drogę Antka nawet nie słyszeliśmy tak bardzo był zajęty.

Dostał tez w prezencie piórnik z materiału a w nim samolot papierowy do złożenia, gumki do produkcji bransoletek - totalny szał u nas jest na nie, kredki, zagadki, cukierki.
Ja juz na wstępie sie przespalam bo każdy dostaje poduszeczke i koc z polaru wiec jest dość wygodnie.

Air France najwyrazńiej promuje Francje na niebie a przede wszystkim na podniebnym talerzu. Było smakowicie! Podano obiad : najpierw apprentif wiec francuski szampan dla nas i słone miniaturki, na przystawkę sałatkę z bulgur i z soczewicy z ogórkiem, na danie główne kurczak w sosie brokulowym z makaronem oraz dwukolorowa marchewka, na desery ser, ciepłe bułeczki, masło, frytki z jabłka oraz ciasto kawowo- karmelowe. Po tym herbata i kawa.
Przed ladowaniem podano podwieczorek bardziej na angielska modlę: mini kanapki, białe sery, czekolady...
Dolecielismy szczęśliwie i w dobrej formie. Autobusem dostaliśmy sie do centrum, do naszego hotelu i poszliśmy spać choc była tutaj tylko 19 h.
Dziś rozpoczęliśmy etap 2 - Montreal...
I uśmiecham sie bo uprzejmość Kanadyjczyków przypomniała o sobie... Juz od wczoraj. Rozmawiamy z ludźmi w autobusie, w metrze, na ulicy, w parku. To jest coś niesamowitego jacy oni sa mili, uczynni... We Francji trudno o takie zachowania!

sobota, 19 lipca 2014

Myślę sobie… dalej… jak najgorzej…o patriotyźmie






Zastanawiałam się już wiele razy nad tą problematyką, pisałam o niej. Tak zwyczajnie na blogu, bardziej naukowo w artkułach i w książce. Dziś skończyłam pisać kolejny artykuł dla francuskiego miesięcznika popularno-naukowego « L’Histoire ». Artkuł będzie nosił tytuł : « 1914-1918 Wielka wojna polską wojną ? »



Miałam więc trochę dokumentów w ostatnich dniach na biurku. Piętrzyły się ładnie i wielką niespodzianką dla mnie było odkrywanie losów zwykłych ludzi, Polaków z miasteczek i wsi, z różnych zaborów. To trochę jak pochylanie się nad tym co nas stanowi, co świadczy o tym Kim jesteśmy, przynajmniej w jakiejś części. I tak zajmując się właśnie Mikro – historią, widzimy chyba w sposób najbardziej oczywisty i przekonujący te wszystkie manipulacje, którym jesteśmy poddawani w szkołach, w mediach czy nawet czytając tylko tę Makro – Historię, przez duże H.

W przypadku I wojny światowej całkiem jasno widać, że Polacy walczący w austryiackiej czy pruskiej armii nie walczyli specjalnie o Wolną i Niepodległą Polskę… o niej marzyli dowódcy. Oni walczyli bo kazano… a przede wszystkim dlatego, że służba była obowiązkowa i że byli w wojsku koledzy. Przez solidarność z nimi walczono. Te więzi były najsliniejsze i znacznie silniejsze niż jakiekolwiek wielkie marzenia o wolnej Polsce. W tę mało kto wierzył. 7 sierpnia 1914 jak Pierwsza Kompania kadrowa weszła do zaboru rosyjskiego by zmobilizować Polaków do walki… o niepodległość… nikt się nie ruszył, nie było ochotników !



Czym więc jest na tym tle patriotyzm ? I w ogóle co to takiego?

Raczej zupełnie nie to co w podręcznikach, w przemowach polityków i innych manipulatorów. Patriotyzm w tym wydaniu to: uproszczanie skomplikowanej rzeczywistości dla celów propagandowo – utylitarnych.

W to wierzą maluczcy i dają się zabijać.



Ci co dwa dni temu zestrzelili samolot i zabili prawie 300 osób nazywają sami siebie – Patriotami. Walczą o wielką Rosję. Ich patriotyzm to wyższość ich Rosji nad sąsiednią Ukrainą, którą należy pozbawić ekonomiczno nośnych kawałeczków terytorium. A człowiek? Nieważny… od wieków tak było!



Ci co niszczą broń Hamasu by zapobiec zamachom na terenie coraz to bardziej szerokiego państwa Izrael, zabijają też dzieci. Są wielkimi izraelskimi patriotami. Człowiek? Nieważny…

Ci co wysyłają bomby na Tel Aviv zabijając izraelskich starców też są wielkimi patriotami. Walczą o wolną Palestynę. Człowiek? Nieważny…



Przykłady można mnożyć na wszystkich kontynenatch, w wielu społecznościach. Wszędzie tam, gdzie człowiek jako człowiek, jako osoba jest mało ważny pojawia się PATRIOTYZM. I jest on tym silniejszy im mniejszą wartość przedstawia w danej kulturze człowiek. Po prostu człowiek. A ten “izm” jak każdy “izm” opiera się przede wszystkim na ideologi, czasem dorabianej do uczuć i emocji nie zawsze przyjaznych innym.



Oglądałam wczoraj znakomity film “This is England” z 2007 roku, Najlepszy film na British Awards… w nim dzieci i młodzi, skinheadzi, nacjonaliści, patrioci angielscy… zdolni zabić w imię wykrzyczanego na mitingu PATRIOTYZMU.

Strzeżmy sie go jak ognia!

czwartek, 17 lipca 2014

Hotel, mieszkanie czy pokój ? Czyli gdzie się ulokować w Nowym Jorku ?





Nowy Jork… piękne miasto, można w nim spędzić wiele miesięcy a i tak nie uda się wszystkiego zobaczyć. Zarazić się jednak jego dynamizmem zazwyczaj udaje się już w kilka godzin bądź dni. Gorzej z lokum. Ceny są strasznie wysokie. Najtańsze hotele na Manhattanie – bo zazwyczaj tę dzielnicę się zwiedza, a że miasto jest tzw : « global city » to trzeba być blisko (blisko oznacza tutaj około 20 km), to minimum 120$ i w górę. Parkingi równie drogie, za dobę.
Zaczełam więc szukać w dzielnicach obo : Queens, Brooklyn, Bronx czy New Jersey. Jest nieco taniej w 2 gwiazdkowych hotelach i motelach ale albo jest widok na autostradę, albo linia szybkiego pociągu przechodzi tuż za oknami, albo trzeba wydać 200$ za jedną noc. A koszty dojazdu do Manhattanu też są niczego sobie. Nie mwoiac o opiniach innych turystow, ktorzy pluskwy na materacach hotelowych opisuja... american dream w brudnej postaci.

I tak, trafiłam na strony airbnb… wynajem prywatnych mieszkań i pokoi w mieszkaniach i w domach,  na całym świecie. Poznałam więc już kilka osób w Nowym Jorku kierując do nich moją listę pytań. Na Brooklynie, bo tam jakoś mam ochotę pomieszkać, za pokój w czyimś mieszkaniu trzeba liczyć 70 $ i więcej, ale myślę, że będzie przyjemniej i ciekawiej.

Można oczywiście źle trafić, można się naciąć jak to się po polsku mówi, ale…
Sprawdzam referencje, dzwonię do gospodarza by nawiązać kontakt, i przede wszystkim biorę tam gdzie są pozytywne opinie innych podróżników, dużo pozytywnych opini i to z różnych państw, w różnych językach. Trafiłam nawet na opinie Polaków na temat Michelle, do której się wybieram.

Zaczęło mi się to podobać… i chyba wynajmę podobnie lokum w Bostonie a może też w Waszyngtonie. Będzie to premiera bo my raczej hotelowi  jesteśmy, ale to chyba lepszy sposób poznawania kraju od wewnątrz… poprzez mieszkanie z jego mieszkańcami.

poniedziałek, 14 lipca 2014

Piknik pod XI-wiecznym benedyktyńskim klasztorem czyli La Sauve Majeure



Piknik pod XI-wiecznym benedyktyńskim klasztorem czyli La Sauve Majeure




Wybraliśmy się dzisiaj rano na piknik, kilkadziesiąt kilometrów na południowy-wschód od Bordeaux. To tutaj w 1079 roku Gerard z Corbie założył jeden z najpotężniejszych klasztorów między Anglią a Aragonem. Wokół klasztoru powstała osada, dzisiaj miasteczko o tej samej nazwie. Tędy już w Średniowieczu przechodzili pielgrzmi, kierując się w stronę Saint Jacques de Compostelle, trzeciego po Jeruzalem i Rzymie, miejsca świętego, zachodniego chrześcijaństwa. Choć w 1079 Gerard jeszcze nie wiedział nic o wielkiej schizmie z 1054 roku.


0003DS1EWWUKBWJ3.JPG


Salva Major czy Sauvete zadecydowało o nazwie tego miejsca ? Historycy kłócą się do dzisiaj… Klasztor, zaklasyfikowany do dziedzictwa kulturowego ludzkości, przez UNESCO, w 1998, zachwyca swoimi ruinami…



0003DS0DLY3JGP6O.JPG

0003DS0E0KULFDMX.JPG

Przy wejsciu do klasztoru stary budynek jezuickiej szkoly i pozniejszego seminarium nauczycielskiego.

Cisza i majestat tego miejsca przyprawiają nas o dreszcz emocji, zaciekawienia…





Jak tutaj było wcześniej? Skąd rzeźbiarze w XII wieku wiedzieli jak wyglada lew? Jak przedstawić różnego rodzaju potwory, który czyhają na wiernych chrześcijan?  Efekty wyobrażeń są, jak możecie zobaczyć na kilku zdjęciach, znakomite.



0003DS1QUWY6W3QF.JPG


 0003DS1PX2H8PVD8.JPG





Gdy, tak siedzieliśmy w ruinach tego co zostało po Sali kapituły, Eric wstał, wyszedł na środek i rozpoczął swoją spowiedź, mnicha z XII wieku, który skradł jabłka w klasztornym sadzie. Nagle zobaczyliśmy wokół nas, na kamiennych ławach dziesiątki mnichów. Jak go osądzali?! Surowo, bardzo surowo. Podnieśliśmy głowy, nad nami pojawiło się romańskie sklepienie, jakby duch tego miejsca próbował nam coś powiedzić, coś ważnego…


Memento mori, ale też… zostaw coś po sobie, coś co posłuży ludzkości, dobry, piękny ślad…





0003DS0ACT6DCKWW.JPG
Wznosimy toast z Klaudia.

0003DS1AQN2DN71J.JPG
Salatka nicejska, tarta, kaszanka na zimno z rynku z Périgueux... mniam i ser trapistow

 0003DS1CRWAME23C.JPG
Eric czeka na deser, swieze figi i w tych sloiczkach moje tiramisu truskawkowe...







 Jednakże zanim przeszliśmy do tak wysokich historycznych i duchowych uniesień wypiliśmy szampana, celebrując mój tegoroczny sukces – to już moja 10-ta butelka od ubiegłego poniedziałku! Później było jedzonko i butelka wina… na końcu poszliśmy położyć się na trawie, zmożeni… na deser i drobną sjestę. Celebruję i celebruję ten mój sukces i wciąż z przyjaciółmi, z moją rodziną i wciąż się cieszę…

czwartek, 10 lipca 2014

Sukcesy i buty w błękicie do biegania po… Ameryce…

Buty w błękicie do biegania po… Ameryce…


Takie rymy częstochowskie sobie tworzę.


Zacznijmy od sukcesu... padly rezultaty tytularyzacji nauczycielskiej... Skonczylam konkurs 27- dma we Francji na 786 zdajacych. I pomyslec, ze w czerwcu ubieglego roku bylo nas ponad 10 000 zdajacych kandydatow. Jestem bardzo z siebie dumna i ogromnie szczesliwa! Bede mogla pracowac w centrum miasta, dzieki tej klasyfikacji. Od wrzesnia bede Tez miec wieksze pensje.






A wczoraj... po zawiezieniu dziecka mego do połowy drogi i przekazaniu go mojemu teściowi, wracając do Bordeaux, umówiłam się z mężem w centrum handlowym.











Miejsce, którego szczerze nienawidzę. Odwiedzam jak najrzadziej. Tym razem jednak, trzeba było. Od kilku dni zresztą nic tylko kupuję i kupuję bo zaległości czas ponadrabiać, prezenty do Ameryki zakupić i inne potrzebne rzeczy.











We wczorajszym programie : kurtki przeciwdeszczowe, takie składane w kosteczkę co to najmniej miejsca zajmują bo z trenczem podróżować ani z parasolkami nie zamierzam – kupione w Decathlonie. W Ikei potrzebowałam kolejną skrzynię wielką, ogromniastą na wszystkie lekcje z tego roku, papiery, książki i inne drobiazgi. Takich skrzyni mam już 4 w moim garażu, dziś doszła 5-ta.





Musieliśmy też o Leroy Merlin zahaczyć bo… wtyczki amerykańskie są nam potrzebne by podłączyć nasze, całkiem euroepjskie urządzenia telefony, tablet i inne lokówki.











I tak w Decathlonie, jak i w innych sklepach czas wyprzedaży… i wypatrzyłam takie oto, błękitne buty sportowe. Przymierzyłam i poczułam tę wygodę… kupiłam za całe 29 euro zamiast 69. Będą idealne na tę podróż do chodzenia wszędzie gdzie się da po amerykańskiej i kanadyjskiej ziemii. Prawda, że urocze?











A tak poza tym… zasuwam… znowu. Artkuł piszę na zamówienie. Mieszkania nowego szukam. Dziś dwa obejrzeliśmy – beznadziejne… za kupę pieniędzy! Ot co! Zakupy robię. Hotele rezerwuję za oceanem. Pieniądze przelewam i wydaję. Szampana piję co wieczór z innymi przyjaciółmi, którzy mój sukces ze mną, z nami świętują, objadam się tym co lubię.





Eh… żyć nie umierać!


Tylko co z ta Ameryka???




Wakacje w USA i w Kanadzie




Takie sa nasze tegoroczne plany! A, ze na wakacjach jestem od ubieglej soboty to w koncu wczoraj Mialam czas sie nimi powolutku zajac.


Bilety lotnicze Bordeaux- Montréal zakupilismy juz dawno, teraz przyszedl czas na dokladne  organizowanie podrozy. I tak, spedzimy za oceanem rowne 4 tygodnie. Ustalilismy nasz budzet i do dziela...


Na poczatek Montréal, dobrze juz nam znany, tam aklimatyzacja leniwa i powolna, troche zwiedzania- 3 dni.


Nastepnie Ottawa - stolica Kanady, miejsce centralne ale tutaj Tylko 1 dzien, najwazniejsze zabytki i dwa centralne muza kraju.


Z Ottawy do Toronto tutaj 4 dni, gdyz pojedziemy na caly dzien ogladac Niagara Falls, Steph zarezerwowal statek, ktory pod wodospad wplywa, aj, AJ...


Po tygodniu pobytu bierzemy samolot, kierunek Winnipeg, stamtad autobus do Brandon.  Spedzimy 9 dni u wuja i u mojej rodziny z wizyta w parku narodowym, spaniem w drewnianym domku traperow i obserwacja niedziwedzi! Antkowi cala twarz sie smieje...


Powrot do Toronto, stad droga do Lancaster - kraj Amishow, potomkow pierwszych mieszkancow bialej Ameryki, zyjacych jeszcze dokladnie tak jak w 19 wieku... - 2 dni.


Z Lancaster wyruszymy do Waszyngtonu, tutaj gwozdz programu wakacyjnego - zwiedzanie Bialego Domu, zarezerwowane juz kilka miesiacy temy! Chcielibysmy przypadkowo spotkac prezydenta Obame, ale w tym czasie bedzie pewnie rowniez na wakacjach.


Z Waszyngtonu ruszymy do Filadelfii... Streets of Philadelphia....


Stamtad udamy sie do Nowego Yorku na 4-5 dni... MT jak jakies spotkanie to bedziemy od 13/14 sierpienia?


po Nowym Yorku ostatni etap podrozy - Boston, ostatnie 2 dni przed powrotem do Montrealu i samolotem... Wiec Ioni... Jesli chcesz?


Bedziemy poruszac sie samochodem, mieszkac w hotelach i w motelach... Jesc w Dinner's i innych Wendy's.


Cala jestem z lekka nakrecona ta podroza i nadzieje odkrycia tak wielu aspektow amerykanskich kultur, miejsc...


 Zamierzam Tez porobic troche zakupow... Podobno wiele produktow jest duzo tanszych niz w Europie... Jeansy w tym Levisy to 50% ceny! Amerykanskie marki jak Ralph Lauren rowniez.... Nie wspominajac o kosmetykach od Clinic...


Zapowiada sie pasjonujaco!
Bede sie dzielic zdjeciami, opisami, wrazeniami.