wtorek, 30 kwietnia 2013

Już jutro…

Już jutro…


 

 

Początek wiosennych wakacji… kilka dni oddechu i przerwy w codzienności, która nie zawsze rozpieszcza. Jesteśmy szczęśliwi ! Stéph liczy już od wczoraj godziny, ja raczej przeliczam na to co zostało jeszcze do zrobienia, a Antek w ogóle się niczym nie martwi bo jest tak zajęty grą w tenisa, że jak dziś rano stwierdził pomyśli o tym jutro w drodze !

 

Eh, ten maluch… 5 godzin tenisa dziennie i dalej nie ma dosyć ! W sobotę kupiliśmy mu nową torbę, profesjonalną na 3 rakiety i inne bajerki. Wczoraj jak po niego pojechałam i widziałam jak gra to… aż mnie wzruszenie ogarnia. Jest w grupie 12 latków, na głowie czerwona opaska z podpisem Nadala, rakieta w ręku. Świetnie wygląda ! I świetnie gra, ale pewnie będzie musiał coś więcej pojeść bo wciąż jest bardzo szczupły a energii zużywa za czterech. O tym jednak pomyślimy później.

 

Dziś wieczorem walizki i torby – tego akurat nie lubię bo wszystko na mojej głowie. Wyjazd jutro i dl anas morze Śródziemne, Barcelona ! domy Gaudiego, Sagrada Familia,  Miro i Picasso… baseny, spa, do tego duże szklanki Sangri każdego wieczora, palmy i ciepełko bo akurat w Bordeaux mamy listopad 10°C i pada!

 

Życzę wam miłego długiego week-endu tudzież wakacji dla tych, dla których są to wakacje…

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Podobno nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki…

Podobno nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki…

 

 

I nie wiem czy na przekór temu powiedzeniu czy może raczej zgodnie z nim zarezerwowaliśmy wakacje po raz drugi w tym samym miejscu ! Mój mąż straszne katusze przy tym przeżywał bo jechanie dwa razy w to samo miejsce jest dla niego niedopuszczalne. Świat jest przecież tak ogromny i tak ciekawy, że… no właśnie czasu szkoda, chęci, pieniędzy z pewnością też. Dla mnie jednak jest to zupełnie bezproblemowe bo… ileż to razy wracam do tych samych miejsc czy to w Polsce czy we Francji, dlaczegoż więc nie w Hiszpani ? Poza tym wokół nas spore ilości osób, które jeżdżą tylko w znane sobie miejsca, od lat, co wakacje, w te same najcześciej do rodzinnych domów nad morzem czy w górach.

 

Tak więc ja jestem bardzo zadowolona. On nieco mniej. Antek super zachwycony bo w nim wspomnienia cudownego tygodnia w Bonmont z 2011 roku są wciąż żywe. Mąż mó natomiast chciał rezerwować gdzieś w Andaluzji, pod Giblartarem, w Porto albo pod Lizoboną. Dla mnie wszystko było piękne tylko… dystans… na 10 dni wakacji dwa spędzone w drodze bo to tych miejsc jest od nas od 1200 do 1500 kilometrów. Jestem zbyt zmęczona na taką jazdę…

 

Bonmont to niecałe 800 km od Bordeaux, 120 km od Barcelony, którą tym razem z Antosiem odwiedzimy… to golf obok, basen, morze śródziemne i klub dla dzieci, w którym mój syn uwielbiał się bawić co dla nas oznacza 4 h dziennie tylko dla siebie! Nieopodal jest też park Port Aventura… cysterskie średniowieczne klasztory I starożytna Tarragona. Wiem, w Andauzji zwiedzilibyśmy coś innego – już ją znamy zresztą, w Lizbonie też, ale moim priorytetem jest odpoczynek.

 

Ceny całkiem przystępne bo zaledwie 640 euro za pobyt 10 dni, mieszkanie 2 pokojowe, coś koło 45 metrów z tarasem, spa, baseny, Jacuzzi, klub dziecięcy w tym wliczony już… więc ja się uśmiecham!

sobota, 20 kwietnia 2013

Jak nauczyć dziecko agresywności ?


 

 Jak nauczyć dziecko agresywności ?

Z pewnością pytanie to wyda wam się dziwne bo zazwyczaj uczymy grzeczności, zasad zachowania, bycia miłym, akuratnym czasem wręcz posłusznym…

Dzisiaj jednak dotarło do mnie, że muszę nauczyć mojego syna agresywności i tutaj mamy problem bo sama agresywna nie jestem a mój mąż również nie. Dzieliłam się z mamą telefonicznie tym spostrzeżeniem. Zrozumiała o co mi chodzi, ale mówi «  jak ty chcesz nauczyć dziecka czegoś czego w sobie nie masz, ani ty ani twój mąż. Wy takie baranki jesteście, owieczki życiowe »… Chyba tak… bo nas tak wychowywano, że masz być grzeczny/a i siedzieć cicho.

 

Tymczasem dzisiaj mój syn miał swój pierwszy w życiu turniej tenisowy od 9h do 16h30. Został wybrany przez swój klub jako jeden z talentów – wybrano łacznie 40 chłopców w regionie, roczniki od 2004 do 2006. Antek akurat jest ze środka i załapał się pośród ostatnich do turnieju bo zaczął dopiero grać w klubie we wrześniu… Konkurencja spora, chłopcy zaczynają w większości trenować w wieku lat 3. Mamy więc spore spóźnienie. Rano zostawiliśmy go samego na rozgrywkach bo tak nam przykazano by nie rozparszać dzieci. Przyjechaliśmy z obiadem do klubu na 12h. Wszystko dobrze tylko mój syn zdesperowany bo przegrał większość meczów. Pocieszyliśmy go, dodaliśmy animuszu. Przed kolejną pulą rozgrywek było jeszcze kilka minut. Chłopcy zaczęli sobie trenować na kortach i na murze. Z daleka obserwowaliśmy Antka. Komuś wypadła piłka – on nie zabiera, podnosi i oddaje. Ktoś się przed nim wpycha do muru by dobrze odbić – on ustępuje i czeka na swoją kolejkę. Jak jemu wypadła piłka "koleś 7 letni" mu ją po prostu zabrał w myśl zasady – kto pierwszy ten lepszy… Antek musiał iść po nową. Takich sytuacji było całkiem sporo.

 

Obserwowałam te dzieci – bardzo zdolne sportowo dzieci i otwierałam szerko oczy bo zachowywały się tak, z taką pewnością siebie jakby wszystko im się należało, wszystko było do wzięcia, ot tak na wyciągnięcie ręki. Pokazywały, że one przodują, decydują, wiedzą. Antek ma też sporą dozę wiary w siebie, ale nie do tego stopnia. I tak z coraz większym przerażeniem stwierdzaliśmy z mężem, że musimy go nauczyć tej dzisiejszej agresywności bo go ci inni zjedzą. We Francji zresztą ten sposób zachowania osiąga perfekcję : pod przykrywką powierzchownej grzeczności i uśmiechu, poszanowania dla konwenansów i tradycyjnych tutaj zasad współżycia… chowa się ta buta, ta pewność, ta walka, która nie nosi imienia walki, ale istnieje jako forma działania na codzień i to już wśród najmłodszych !

Powinnam być przerażona bo kłóci się to całkowicie z moimi wartościami i z tym kim sama jestem, ale… jeśli ma dalej być w tym sporcie, zresztą w jakimkolwiek sporcie, grande école czyli szkole dla wybrańców i nawet najlepszym klubie tenisowym w mieście to musi, musi bo nie będą jego szanować, ustawią na boku i z grzecznym uśmiechem będą się nabijać i traktować z « condescendance » - nie znam polskiego odpowiednika.

I tak sobie wieczornie myślę, do tego doszło ?

 

Antek jest szczęśliwy, ma medal, dostał też kwiaty, kilka meczów wygrał… I chce dalszych turnieji… I to cieszy bo silny jest, nie załamał się, nie jęczał, nie uciekł, nie oddał walkowerem… był do końca, wściekły momentami, rozczarowany, smutny ale na koniec pokonał samego siebie, swoją słabość. Kolejne turneje w czerwcu… a co do agresywności skonsultować się muszę, poczytać coś… bo pomysłu nawet na początek nie mam!

 

Jutro dzień w ZOO w Palmire… z piknikiem… właśnie bułkę z Menton według Felder’a upiekłam… pachnie w całym domu!

wtorek, 16 kwietnia 2013

Wszędzie można się nudzić…

Wszędzie można się nudzić…


 
 

Kilka dni temu pisałam jak to teściowie dzwonią z sanatorium każdego dnia czyli z Jonzac by opowiadać nam jak to się nudzą, jak im tam źle i że więcej nogdy do sanatorium nie pojadą. W niedzielę, o której zaczęłam opowiadać wczoraj mieliśmy okazję zwiedzić to miasteczko i okolice. Szczerze mówiąc ja byłam zachwycona urokiem tych miejsc, ale jak widać nudzić można się wszędzie… bo Nuda nie wynika z miejsca życia czy przebywania ale z wnętrza ludzkiego otwartego bądź zamkniętego na otaczający go świat i ludzi.

Przekornie na zdjęciu tytułowym – francuski cmentarz z jego kapliczkami, surowymi, szaro-burymi. Myślę, że to dopiero jest a raczej będzie miejsce na nudę…

Nasza wizyta na cmentarzu w Jarnac, na grobie prezydenta dźwięczała w mym duchu jak « memento mori »… żyj, ciesz się, doceniaj, otwórz szeroko oczy na ten cudowny świat, celebruj każdą chwilę, uczyń z niej święto…
 
Grob Prezydenta, zwykla marumurowa tabliczka w murze.
Niektórzy pozostają głusi.
 
Kapliczka cmentarna rodziny Lorrain i Mitterand
Kapliczka cmentarna rodziny Lorrain i Mitterand

Bo Jonzac pomimo swoich ograniczonych rozmairów, zaledwie 3800 mieszkańców ma oprócz troglodyckich term, gdzie odbywają się zabiegi i zamek średniowieczny do zwiedzania, i średniowieczne uliczki, i baseny rekreacyjne i parki, i kino, i mediatekę, i kawiarnie i sklepy… cóż z tego… jest w nim nudno.

 Kosciol romanski w Jonzac, przed nim w 2008 roku odkryto nekropolie Merovingiens z VI-XII wieku.
romanski kosciol z Jonzac
Odrestaurowane stare, sredniowieczne uliczki w Jonzac.
sredniowieczna, odrestaurowana uliczka
Wielka plywalnia w Jonzac, ze spa i innymi bajerami...
ogromny basen rekreacyjny
 
 
Typowe sredniowieczne - "gargouilles" przy zamku w Jonzac.
Opowiadałam wczoraj tacie pokazując mu zdjęcia o tej nudzie… dodałam też, że sanatorium jest za darmo, że wynajęcie ich mieszkania tam 700 euro na tydzień jest za darmo bo płaci za nie kasa chorych, że nawet transport z miejsca zamieszkania do sanatorium jest za darmo bo kasa płaci… ale to wszystko za mało by być wdzięcznym… jest nudno i źle…

piątek, 12 kwietnia 2013

Powiało wakacjami !

Powiało wakacjami !

 

Po pierwsze dlatego, że robi się ciepło, w niedzielę ma być 27°C w Bordeaux ! Słońce w końcu się pokazało na dłużej. Statki pasażerskie znów zawitają do miasta, na Garonnę. A po drugie szykujemy się… od 1 maja mój mąż ma urlop na całe 10 dni a ja dwa tygodnie wakacji szkolnych.

Stéph pyta « gdzie chce jechać »… właściwie wszystko mi jedno, co prawda marzy mi się Club Med z bardzo prozaicznego powodu, że nic tam robić nie trzeba, ale to minimum 3500 euro na nas trzech na tydzień ! Za drogo. Nie chcę tyle wydawać. Natomiast wiem, że chcę słońca dużo, ciepła, morza, basenu, spa, serwisu i bardzo dobrych warunków. Jestem tak zmęczona, że tylko o tym marzę. Żadna Wenecja i inne zwiedzanie na dzień dzisiejszy mnie nie intersują. Antek chce koniecznie zwiedzić Barcelone bo się o Gaudim naczytał… Może więc gdzieś tam, blisko, na wybrzeżu. Ciekawa jest też Portugalia, nie za daleko, dość tanio i cieplej jak u nas… Ostateczna decyzja jeszcze nie podjęta, ale z pewnością jak zwykle skorzystamy z jakiejś okazji. A teraz podziwiam kasztanowca w kwiatach na przeciwko moich okien i marzę… o leniuchowaniu…

środa, 10 kwietnia 2013

Straszna choroba-obojetnosc.

Od kilku dni odczytuję po raz kolejny « Lapidaria », Ryszarda Kapuścińskiego. Lubię wracać do cytatów i myśli, które wywierają silny wpływ na moje życie. Wczoraj trafiłam na ten fragment : « Ważne jest abyś zachował zdolność przeżywania, aby istniały rzeczy, które mogą cię zadziwić, wywołać wstrząs. Ważne jest, aby nie dotknęła cię straszna choroba – obojętność » ( str . 200, wydawnictwo Czytelnik, 2007).







Od razu przypomniał mi się cytowany wcześniej na stronie 50 fragment powieści Tołstoja « Zmartwychwstanie », który czytałam kilka lat temu po rosyjsku :



« … co zrobić, żeby ludzie żyjący w naszej epoce, chrześcijanie, humanitarni, po prostu dobrzy ludzie, zaczęli popełniać najokropniejsze łajdactwa, nie czując, że są winni ? Możliwy jest tylko jeden sposób : trzeba żeby ci ludzie zostali gubernatorami, naczelnikami więzień, oficerami, policjantami to jest żeby, po pierwsze, byli przekonani, że istnieje taka instytucja, zwana służbą państwową, która pozwala obchodzić się z człowiekiem jak z rzeczą, bez ludzkiego braterskiego stosunku do niego, a po drugie, żeby organizacja tej służby państwowej była tak pomyślana, aby odpowiedzialność za skutki ich postępowania z ludźmi nie spadła osobiście na nikogo. »







Jakże to prawdziwie i w jak logiczny sposób łączy się z obojętnością. Bo jak popatrzymy na różne zbrodnie popełnione w historii ludzkości myślę tutaj na przykład o wojnach kolonialnych i post-kolonialnych, również o ostatniej w Iraku i popełnionych tam torturach przez USA… zresztą zaraz przypomina mi się dossier dokumentalne, które robiłam wraz z innymi autorami dla miesięcznika « Books » skąd tortury ? Dlaczego tortury w demokratycznych państwach ?... jak pomyślę o całej naszej spuściznie komunizmu, o « ubekach » i milicjantach, którzy do dzisiaj czują się niewinni… nie tylko w Polsce, w ogóle w Europie centralnej… o francuskich żołnierzach torturujących w Algerii z latach 1954-1962… i tysiącach innych przypadków to widzę ogromną mądrość Tołstoja… i Kapuścińskiego.



Tak, straszną chorobą jest obojętność i jeszcze straszniejszą utrata poczucia moralności poprzez odgórną lgitymizację moich, naszych działań czy to w skali indywidualnej czy grupowej, państwowej…

wtorek, 9 kwietnia 2013

Medytuję i kawał o polskiej edukacji




Od dwóch tygodni, codziennie, sumiennie medytuję przez około 45 minut. To są nasze zadania domowe do wykonania podczas terapii Mindfulness. Na początku miałam problem ze znalezieniem czasu… Bo te 45 minut to dość długo. Rano pośpiech, później praca, różnie w różne dni, przerwa na obiad, odbiór Antka ze szkoły o 16h30, podwieczorek, zabawa z nim albo inne zajęcia, kąpiel, kolacja, czytanie i mamy godzinę 21H. Teraz mąż się dopomina o chwilę uwagi, albo telefonicznie rodzina w kraju… Uparłam się jednak, że ćwiczenia wykonam i to nie tylko te medytacyjne. Czas więc znajduję wieczorami, w przerwie na obiad albo wstaję przed wszystkimi o 5 h rano by medytować. Nie zawsze jest to łatwe.

Wczoraj jednak tańczyłam z radości na zajęciach i w ciągu dnia.


Czuję takie zmiany i taką poprawę w moi życiu, że chce mi się śmiać non stop… zresztą banan nie schodzi z mojej twarzy, że się tak młodzieżowo wyrażę. Po zaledwie dwóch tygodniach… co będzie dalej? Już teraz śpię jak niemowlę, jestem spokojna, niezwykle spokojna, nawet mój mąż nie może wyjść z podziwu… czuję jakąśtaką pełnię, wewnętrzny pokój, równowagę… pomimo ostatnich chorób Antka, męża, wizyty teściów, nawału pracy, kłopotów zdrowotnych taty i mamy w Polsce. Ale nie to jest najważniejsze… Najważniejsze jest to, że pracuję chyba 2 razy SZYBCIEJ! Wczoraj miałam masę materiałów do przygotowania, myślałam nawet, że w jednym dniu się nie zmieszczę bo przeczytać i opracować prawie 400 stron to nie lada gratka… I o 16h20… wszystko skończyłam.  I nie wierzyłam własnym oczom bo byłam tak mocno skoncentrowana przez kilka godzin, tak wydajna… Dziś mam nadzieję na powtórkę. Wczoraj, terapeutka mówiła nam, że są to noramlne korzyści z tej terapi I z codziennej medytacji. Nasza wydajność w pracy będzie rosnąć, nasza siła wewnętrzna i nasza pamięć osiągną szczyty wydajności jak i wytrzymałość na stress.

Czuję, że się uzależnię… powoli acz konsekwetnie.

Kiedyś jako studentka w Polsce robiłam kurs szybkiego czytania… do dziś mi służy, każdego dnia!


A propos Polski i edukacji… dostałam wczoraj od mojej chrzestnej... smiem twierdzic, ze nie jest chyba tak zle?


Postępy edukacji w Polsce

Zadanie z matematyki


Rok 1950

Drwal sprzedał drewno za 100 zl. Wycieęcie drzewa na to drewno koszyowało go 4/5 tej kwoty. Ile zarobił drawl?


Rok 1980

Drwal sprzedał drewno za 100 zl. Wycięcie drzewa kosztowało go 4/5 tej kwoty czyli 80 zl. Ile zarobił drwal?


Rok 2000

Drwal sprzedal drewno za 100 zl. Wycięcie drzewa kosztowało go 4/5 tej kwoty czyli 80 złotych. Zarobił więc 20 złotych. Zakreśl liczbe 20.


Rok 2013

Drwal sprzedał drewno za 100 zl. Wyciecie drzewa kosztowało go 4/5 tej kwoty czyli 80 zl. Zarobil więc 20 złotych. Pokoloruj drwala.

środa, 3 kwietnia 2013

Kto się boi polonizacji ?


 
 


Wczoraj pobyt moich teściów dobiegał końca w naszym domu. Miałam nawet nadzieję, że wyjadą rano bo jednak te 48 h to maksymalna granica wspólnego przebywania w pokojowych warunkach, nic z tego jednak, postanowili zostać jeszcze na obiedzie… Robiłam więc dodatkowy obiad dla czterech osób. Było to Al ragu bolognese chyba z 2 litry mi sosu wyszły i penne i sałatka z młodego szpinaku… miałam nawet nadzieję, że cosik zostanie dla Antka na kolację. Pomyliłam się. Po dwie-trzy dokładki i cała masa jedzenia zniknęła.

Problem w tym, że przed obiadem, w godzinach porannych doszło do kolejnego spięcia, niestety dobijaliśmy tych 48 godzin ! Choć właściwie wszystko zaczęło się już o 8 rano.

 

Otóż pomagałam Antkowi się ubierać, byłam po prostu w jego pokoju i z nim sobie dyskutowałam… po polsku ! Śmialiśmy się z dziurki w skarpetkach. Po czym wychodząc do szkoły Antek przy drzwiach obejmując mnie za szyję, to znaczy uwieszając się powiedział : «  do widzenia, mama kochana, do widzenia ». Wczoraj wyjątkowo do szkoły szedł z dziadkiem.

Kilka godzin później zaczęło się :

« Dlaczego on tyle mówi po polsku ? Czy ja uważam, że to jest dobrze? Bo przecież będzie miał problemy w szkole? Przecież wystarczyło by jakby mówił po polsku jak tam jedzie na wakacje, ale tylko raz w roku, bo przecież po co więcej…”

Teść siedział obok mnie na kanapie i uderzał w te tony.

Nie ukrywam… działa to na mnie jak płachta na byka, z pewnością nie reaguję naturalnie i spokojnie, bo za każdym razem to słyszę, albo jeśli chodzi o język polski albo jeśli chodzi o wiarę i praktykę.

Dolałam więc oliwy do ognia… wysuwając coś o czym myślę od dawna i co mam zamiar zrealizować, choć nie wiem czy się uda. Jako nauczyciel chcę prosić o przeniesienie mnie, na jakiś czas do francuskiego liceum w Warszawie, by Antoś mógł choć przez jeden semester chodzić do polskiej szkoły. Chcę go otworzyć na inny system edukacyjny, inne dzieci, trochę inny świat… Ta więc dolewam tej oliwy i mowię po raz pierwszy teściom o tym planie.

 

I w tym momencie myślałam, że się rozsypią na kawałeczki. Na ich twarzach widoczny był strach i wściekłość. Po kilku sekundach myślałam, że mnie rozszarpią… zaczęli prawie krzyczeć: “ że przecież nie mogę tego zrobić, że ich syn tego nie przeżyje i się ze mną rozwiedzie, że to nieszczęście dla Antka itd, itd”…

Sama się jednak nie dałam ponieść już emocjom. Gdy skończyli powiedziałam im stanowczo: “że wiem, że od lat nie mogą zaakceptować faktu, że ich syn ożenił się z Polką. Niestety tego już nie zmienią, jak i nie zmienią kolejnego faktu, że ich wnuk jest w połowie Polakiem i że ma prawo korzystać z tej polskości na równi z francuskością, czyli przebywać w Polsce, tam żyć, mówić w tym języku…”

 

 

Ta rozmowa z wczoraj po raz kolejny uświadomiła mi skąd bierze się moje złe samopoczucie w tej rodzinie. Dlaczego te nasze relacje choć powierzchownie poprawne nigdy nie będą ani prawdziwie życzliwie ani bliskie. Moi teściowie odrzucają to KIM JESTEM, moją głęboką tożsamość związaną z krajem mojego pochodzenia, krajem, który kocham, językiem, który kocham. Oni się tego BOJA! Dlaczego? Czy im to w jakiś sposób zagraża? Myślę, że nie… jednakże oni, odczytują to jako zagrożenie, chcą mieć rękę na wszystkim, kontrolę i nie są w stanie zaakceptować inności, żyć z nią w sposób normalny, w dialogu, w pokoju. Tym samym odrzucają mnie, to co we mnie najgłębsze, najdroższe dla mnie nie jest ani uznane ani szanowane… Wiem, to bardzo osobisty wpis… ale wczoraj zrozumiałam coś dla mnie kluczowego, zasadniczego i to jest dla mnie ważne.

 

wtorek, 2 kwietnia 2013

Moja Wielkanoc 2013

Nasza Wielkanoc 2013


Częściowo udana a częściowo nie, gdyż w nocy z niedzieli na poniedziałek rozchorowałam się. Po raz pierwszy w tym roku. Udało mi się całą zimę przetrwać jak i mojej rodzinie bez najmniejszego kataru a tutaj proszę… rota wirus i gotowe. Na całe szczęśćie niezbyt groźny bo dziś już jestem zdrowa. Wczoraj tylko źle się czułam. Ale jak to moja babcia mawiała «  choroba wynika z braku kultury »… oczywiście choroba typu przeziębienie i inna angina.

Tak więc wielkanocne śniadanie z włoską Colombiną bo niestety sama baby nie upiekłam drożdżowej z braku czasu… Później msza święta uroczysta w naszym kościele. Przyjazd teściów na świąteczny obiad z jagnięcina w ziołach i pistacjach – nowe danie, które zrobiłam w tym roku a po obiedzie wyjazd nad Ocean…

Wloska golebica czyli ciasto drozdzowe z migdalami i rodzynkami

moje mazurki

nasz stol


moi tesciowie z synem i wnukiem

bukiet z anemonow, ktory sama ulozylam, na stol, na gabce
 

Było 16°C na plusie i słońce… więc pojechaliśmy na półwysep Cap Ferret, który już kiedyś pokazawyłam słynny z hodowli ostryg. Tam pograliśmy w piłkę na plaży, pospacerowaliśmy i wypiłam tę nieszczęsną kawę na tarasie jednej kawiarni, po której tak mi było niedobrze… KOlacja jeszcze super, rozmowy do północy, wspomniki… Noc już dużo gorzej i w poniedziałek z żalem patrzyłam jak wszytskie przygotowane pyszności nikną w ustach moich domowników a ja … zielona herbata, gorzka…Zdążyłam uratować dla siebie, na dzisiaj kawałeczek sernika, bo wyszeł przepyszny w tym roku, ale to tylko tyle, całe foie gras, ostrygi, reszta jagnięciny, sałatki, jajka faszerowane i mazurki zostało wyczyszczone co do okrucha… Moi teściowie tak coś mają, że u mnie wszystko zjadają bo im smakuje a u siebie bardzo skromnie… zawsze mnie to śmieszy…

Dziś znów słońce i piękna pogoda…

Zdjecie tytułowe: my w wielkanocną niedzielę.

ps: w wielki piatek dostalismy rezultaty testow ewaluacyjnych Antosia.... same brawa od gory do dolu, od dzisiaj chodzi na matematyke, 2 klasy wyzej....