czwartek, 24 marca 2016

Francuska codzienność – WIELKANOC. Część 5.

Wielkanoc 2016





Jak dla mnie to dziś wlaśnie rozpoczynają się Święta Wielkiejnocy. Najważniejsze święta dla chrześcijan na całym świecie. Pomimo deklarowanej przez większość Francuzów bliskości do tradycji chrześcjańskiej, te święta we Francji nie mają specjalnej oprawy. Zazwyczaj dotyczą wąskiej, około 14% -towej grupy praktykujących katolików. Reszta społeczeństwa niczego nie świętuje albo co najwyżej czekoladowe jajka, kurczaczki, misiaczki i inne wyroby.


 


Jeśli skupić się na francuskich, poza kościelnych tradycjach wielkanocnych do szukania czekoladowych cudeniek w niedzielny poranek się one właśnie sprowadzają. La chasse aux œufs czyli polowanie na jajka jest kompletnie zlaicyzowane bo oragnizują je w publicznych parkach władze miejskie.


Od kilku tygodni już supermarkety nawołują do korzystania z promocji na zakup czekolad.


Kolejną, ale już coraz rzadziej respektowaną tradycją kulinarną jest spożywanie młodej jagnięciny na niedzielny obiad. Tradycja ta jednak zanika z powodów głównie materialnych i braku pokoleniowego przekazu dotyczącego tej i innych tradycji. Jagnięcina jest po prostu bardzo droga a i przyrządzić ją trzeba umieć.


 


Dla większości mieszkańców tego pięknego kraju te święta nie mają żadnego znaczenia. Nie spędza się ich z rodziną jak tch bożonarodzeniowych. Sporo osób wyjeżdża na narty jeszcze albo na 3 dniowy weekend. W Wielki piątek postu większość też nie respektuje, nie jest on, poza kantynami szkół katolickich, zachowany w placówkach publicznych. W moim gimnazjum jutro jest szynka z purée. A w wielkanocna niedziele na francuskich ulicach dzialaj rynki, handlarze ciezko pracuja, piekarnie i ciastkarnie sa otwarte. 


 


Mała grupa praktykujących katolików wciąż jednak zachowuje sporo tradycji, nie tylko tych kulinarnych ale przede wszystkim tych duchowych jak i symbolicznych, które zapisują się dla nich w sferze SACRUM. Do tych ostatnich należy na przykład dekorowanie domów i mieszkań nie tylko bukietami-palmami ale też wszelkimi gałęziami symbolizującymi odradzające się życie.


Dziś wieczorem rozpoczyna się Triduum Paschalne, przez francuskich katolików z werwą i z zapałem celebrowane. Kościoły dziś wieczorem będą prawie pełne. Jutro ulicami francuskich miast przejdą Drogi Krzyżowe… Najsłyniejsza ta na Montmartrze w Paryżu, ale nasza w Bordeaux też jest znana ! Jutro rozpocznie się o 12h w południe (czyli podczas przerwy obiadowej) w samym centrum miasta, nad Garonną, Place de la Bourse i przejdzie aż do katedry świętego Andrzeja. W poprzednich latach, Droga ta miała miejsce w Ogrodzie Publicznym od 21h z pochodniami…


 


Wielka sobota jest dniem ciszy dla francuskich katolików aż do rozpalających się ognisk o 21h30 przed większością tutejszych kościołów. Około 22h30 rozbrzmi wesołe Alleluja !


Rezurekcji jako takiej jak i święconki we Francji nie ma, ale  w niektórych miastach, jak w Bordeaux, w Niedzielę o 7h rano organizuję się zbiórki chrześciajn, nie tylko katolików i wspólne modlitwy ekumeniczne.


 


W szkołach katolickich, jak ta mojego syna, czyli w Sainte Marie GrandLebrun, już dziś rano dzieci, od przedszkola do matury, nie mają lekcji, gdyż w szkolnej kaplicy organizowane są msze wielkoczwartkowe. Następnie jest obiad, zbiórka ciast i żywności dla bezdomnych miasta, nad którymi opiekę roztacza Dom Maryji. To momenty szczególne. Mój Antek jest przejęty bardzo i we wszystkim starannie uczestniczy… wczoraj zakupiliśmy ciasto dla bezdomnych (z powodu mojej choroby nie piekłam sama), i wieczorem przygotowaliśmy wielką sałatkę. Mój syn szedł do szkoły z lekkimi ciężarami ale z uśmiechem zadowolenia, że może pomóc.  


Dziś popołudniu dzieci mają katechezy… rozmyślania, śpiew… dyskusje.


 


Jutrzejszy dzień w szkole rozpocznie się Drogą krzyżową. Następnie będą katechezy w klasach a w południe dzieci mają wybór albo jedzą cały obiad, który zaproponuje stołówka, albo wybierają MISKE RYZU a pieniądze za każdy posiłek a jest to trochę ponad 6 euro przekazują dla biednych z Domu Maryji.


Mój syn oddaje pieniądze.


Popołudniu dzieci organizują przyjęcie dla bezdomnych, wychodzą do miasta – te z gimnazjum i z liceum, rozdają ciasta, jedzenie…


 


W mojej polsko-francuskiej rodzinie to dni szczególne. Nie wyobrażam sobie nie poszanowania tych elementów SACRUM, które są dla mnie zasadnicze czy to w sferze duchowej czy symbolicznej i materialnej też. Tak, jestem pod sporym wpływem Mircea Eliade, od dawna, ale nie tylko. Nie wyobrażam sobie banalizacji, machnięcia ręką, codzienności PROFANUM w tym czasie. Te same gesty, dekoracje, receptury, modlitwy… to jest święte bo to czas Świąt a czas Świąt jest czasem poza naszym czasem.


W tym roku rwięta u teściów bon as zaprosili. Będą ? Nie wiem jakie, ja wiem za to jakie bedą moje Święta niezależnie od osób wokół i od miejsca. Będą święte jak zawsze.


Takich Świąt wam życze!


 


 



wtorek, 22 marca 2016

Omdlenie w pracy...

W Brukseli tragedia a u m osobisty upadek... Dzis w poludnie zemdlalam w pracy, w pokoju nauczycielskim.
Zjadlam moj domowy obiadowej z pudelek, jak zawsze i z wszystkimi kolegami belframi. Chcialam wstac by Zrobic sobie poobiednie ziola i ciemno przed oczami, czarne plamy latajace - dokladnie to co mialam na autostradzie w grudniu. Slabosc ogromna i wyrylam. Pozniej dwoch kolegow mnie prowadzilo do naszej pielegniarki Dominique... Wezwano pogotowie. Cisnienie mi uroslo na maksa ponad 180 na 146... Zakaz powrotu do domu samochodem. chetnych mnie odwiezc te 56 km Brak... A niby wszyscy tacy zyczliwi. W rezultacie Moj maz przyjechal pociagiem z Bordeaux. Z dworca odebral go Moj kolega nauczyciel i w koncu wrocilismy do domu na 19... Wyjechalam dzis rano o 7:15. W pokoju pielegniarskim podobno troche spalam, troche majaczylam. Jutro mam spotkanie z Moja lekarka alé o 15:40, wczesniej nie ma miejsc.

Czuje sie zle... Nie wiem czy dostane jakis dzien czy dwa zwolnienia? okaze sie.. I w rezultacie te sporty mi chyba zaszkodzily bo mialy pomoc, zredukowaly okresowo Stress, zmeczyly... Alé to Co dzisiaj bylo... To juz Jakis ... Eh bezsens.

sobota, 19 marca 2016

Francuska codzienność – Czas Pracy. Część 4.




 

Francuzi mają opinię obiboków. Kilkanaście mięsięcy temu, New York Times, na pierwszej stronie, zarzucał żabojadom – Lenistwo ! A gdy Martine Aubray wprowadziła przy socjalistycznej władzy 35 godzinny tydzień pracy, a było to już chyba z 15 lat temu, to do dzisiaj wzbudza on gorące kontrowersje. Prawica jest za odwołaniem tej ustawy, lewica za wprowadzeniem zmian. Dziennikarze, politycy, posłowie mają o czym pisać i debatować…

 

A tak od kuchni ? Jak to wygląda?

 

Pierwsze co mi się nasuwa to głośne NIE! Nie, Francuzi nie są leniwi! Raczej wręcz przeciwnie… Czas pracy jest tutaj dla niektórych po prostu zabójczy. Im wyższe wykształcenie i im wyższe stanowisko to przestaje się po prostu liczyć godziny pracy. Dzień jest rozciągalny jak guma, o wszystko można takiego pracownika poprosić i to o każdej porze.

 

Gdy mój mąż pracował, teraz chwilowo nie pracuje, ale szuka czegoś nowego, to rozpoczynał około 8h30-9h ale do domu nigdy nie wracał przed 19h a najczęściej około 19h30 albo i 20H. Nie był dyrektorem, tylko inżynierem handlowym albo menedżarem, ostatnio w Konice.

Kultura przedsiębiorstw francuskich jest taka, że nie wypada wyjść z biura przed 19h… jest to bardzo źle widziane i ostatnio kosztowało utratę pracy brata mojego męża.

Pracował on w znanej paryskiej firmie ale ma teraz dwójkę małych dzieci i zaczął urywać się coraz wcześniej… tak około 18… wywalili go z dnia na dzień, choć był też akcjonariuszem firmy, w której pracował i jednym z jej założycieli.

 

Chrzestna Antka, moja psiapiółka Catherine – księgowa, ekspert i jej mąż – urzędnik Ministerstwa finansów, wracają do domu codziennie około 21h a wyjeżdżają około 8 h rano. Dzieci swoje widzą tylko w week-endy bo praca…

 

Są oczywiście zawody, w których pracuje się mniej i ma się bardziej ustabilizowane godziny pracy. Na przykład kasjerki są zatrudniane na 32 godzinne niecałe etaty. Mają ścisle określone godziny obencości w pracy. Podobnie mój teść, były pielęgniarz i szef jakiegoś tam działu pielęgniarzy w szpitalu psychiatrycznym, zawsze pracował od 8h do 16h. Miał super warunki.

 

Ja jako nauczyciel mam 18 godzinny etat ale pracuję 22 godziny tygodniowo. 19 h mam w gimnazjum – tutaj nie miałam wyboru i 3 h mam na własne życzenia – pracy po rosyjsku z uchodźcami. Po pierwsze akurat tę pracę lubię, po drugie zarabiam trochę więcej bo nauczycielska, francuska pensja jest NAJNIZSZA pośród krajów OCDE… Niemieccy belfrzy zarabiają 50% więcej za ten sam czas pracy, brytyjscy jeszcze więcej…

Jednakże biorąc pod uwagę mój plan lekcji, obecny, w szkole jestem obecna 32 godziny tygodniowo, bo nie mam wyboru… do tego 11 godzin dojazdów tygodniowo, około 10 godzin tygodniowo – poprawiania prac i przygotowywania lekcji… Czasami, jak dziś! Ha, ha!, mam wrażenie, że wciąż biegnę, że nie mogę zwolnić, że wciąż tyle pracy przybywa i przybywa a ja nie daję rady temu sprostać! Tak ostatnio jest… A to dlatego, że mam Rady pedagogiczne. 6 rad bo uczę w 6 klasach. W Wielkim Tygodniu mam 4 Rady, wieczorami i wracam do domu a 21h a wyjeżdżam o 7h10… Ciężko, ciężko…

 

Rytm pracy nad Sekwaną jes strasznie intesywny. Godziny się mnożą. Na całe szczęście mamy trochę więcej wakacji by złapać oddech. I nawet przy tych wolnych tygodniach dużo osób jest na zwolnieniach lekarskich z powodu wyczerpania i fizycznego i psychicznego. To ostatnie to plaga francuskich przedsiębiorstw. Rząd nawet rozpracowuje specjalny program zapobiegający Burn Out… bo co jakis czas mamy fale samobojstw.  Musieliby rzeczywiście przemyśleć dokładnie ten system, może zreformować… bo jest czas na pracę ale na życie prawie go nie wystarcza!

poniedziałek, 14 marca 2016

Francuska codziennosc. Sporty i dzieci. Część 3.

tenis




W ubiegła sobotę spędziłam kolejne popołudnie na kortach tenisowych. Antek ze swoim partnerem, ze szkółki tenisowej Bordeaux CAM,  rozgrywali ostatnią część departamentalnego turnieju grupowego.


 


Wygrali.


 
Obegrali przez ostatnie tygodnie wszystkie konkurencyjne grupy młodych tenisistów i tym sposobem znaleźli się wśród 8 najlepszych zespołów w regionie. Teraz czekają na losowanie i zespól do zmierzenia się. Jeśli wygrają pójdą dalej, jeśli przegraja zostają automatycznie wyeliminowani.


 


Sporty i dzieci, dzieci i sporty? Jak to wygląda od francuskiej strony?


 


Biorąc pod uwagę fakt, że ponad 65% Francuzów, w każdym wieku, uprawia sport przynajmniej raz w tygodniu (o jest dużoooo więcej niż wierzących i praktykujących!) to sportem zaraża się całkiem malutkie dzieci. Od pływania dla niemowląt i innych gimnastyk dla nosicieli pieluch po pierwsze zajęcia sportowe w szkołach, które jak wiadomo są tutaj od 3 roku życia albo i od 2,5 lat.


W tych szkołach zwanych maternelles czyli czymś w rodzaju naszych przedszkoli sport jest obowiązkowy i zajęcia odbywają się kilka razy w tygodniu. Poza tym, we francuskich szkołach aż do liceum każda przerwa szkolna oznacza obowiązkowe wyjście na szkolne podwórze, gdzie dzieci biegają i się bawią: nawet jak pada albo jak jest 40°C na plusie, u nas w Bordeaux.


 


Od wspominanego wieku czyli tych 3 lat zaczynają się zapisy na pozaszkolne zajęcia sportowe. Odbywają się one zazwyczaj w środowe popołudnia (po reformie likwidującej wolne środy), w sobote a czasami też w inne dni tygodnia po szkole czyli po 16h30. W tym wieku dziecko zazwyczaj zaznajamia się z jednym sportem. Mój Antek od razu zaczął z grubej rury bo od 2 sportów: judo i pływanie! Był jeszcze całkiem malutki, w petite section czyli w najmłodszej szkolnej grupie ale na sporty już chodził.  Później doszła mu szermierka. Uwielbiał sporty i z nami też coś ciągle uprawiał: rower, bieganie w parku, narty od 4-roku życia, strzelanie z łuku, raffiting w Alpach jak miał 6 lat, wspinaczkę w Alpach rozpoczął jak miał lat 5… generalnie wszystko co się dało to Antoni tego chciał i nawet raz jak miał lat 7 poszedł na Via Ferrata, też w Alpach.


Nie wszystkie francuskie dzieci mają taki pęd sportowy ale mój miał.


Szkoła i stowarzyszenia sportowe – kluby ( większość z nich funkcjonuje zgodnie z ustawą z 1901 roku!) są bardzo aktywne we Francji. Przyciągają, działają… i są często dofinansowywane ze środków publicznych.


 


I tak rok tenisa kosztuje w średnim klubie około 250 euros ( dziecko ma wstęp na korty kiedy chce, poza lekcjami bezpłatny, lekcji jest 1,5 h w tygodniu), rok pływania kosztuje około 200 euros ( wstęp na pływalnię kiedy i ile dziecko chce poza lekcjami, lekcji 2 h w tygodniu), rok golfa kosztuje około 350 euros ( wstęp na pole golfowe dla dziecka bezpłatny w dowolnym wymiarze czasowym, lekcje 2 h w tygodnu)… Ceny oczywiście z Bordeaux i z okolic, dla dzieci uprawiających sport rekreacyjnie, nie w ligach sportowych.


Ceny dla początkujących małych sportowców, wytypowanych przez ligii do szkółek zaowodowych są podobne ale im dalej w las tym więcej bezpłatnych zajęć, sprzętu itd…


 


I tak, nasz mały Antoś im więcej wygrywa, im zdobywa lepsze kwalifikacje i notowania tym mnie płacimy i dostajemy: ubrania za darmo, sprzęt za darmo, treningi za darmo… Ale też inwestyujemy w buty, w kluby golfowe – nie ma sponsora tutaj… czy kolejne rakiety, najnowsze modele…


 


To co cenię sobie we francuskich klubach sportowych to … poczucie wspólnoty, przyjaźnie, jak i taką wyjątkową atmosferę, które te miejsca mają… W club House jest zazwyczaj i kawiarnia-bar i restauracja… można zorganizować urodziny, imprezy… I wszyscy się znają…


 


Mój Antek, nasz Antek jest wyjątkowo sportowo uzdolniony. Takich dzieci jest mało. Większość uprawia sport rekreacyjnie uzyskując też całkiem niezły poziom bo najważniejsze to nie gnuśnieć na kanapie i narzekać jak ciężko a się ruszać! Nie posiadałam tej kultury ruchu i sportu w latach mej młodości w Polsce. Możliwości było o niebo mniej i ogolna atmosfera była siedząco –narzekająca… ale z tego co słyszę i widzę w Polsce to się też diamteralnie zmieniło. I tym lepiej.


 





niedziela, 13 marca 2016

Życie codzienne we Francji. Dzień Kobiet – część 2.

Dzien Kobiet






Z lekką nostalgią wspominałam w ubiegły wtorek polskie dni kobiet… Nie były one specjalnie słoneczne, raczej szare jak cała pereelowska rzeczywtość wokół, ale niosły w sobie optymistyczne akcenty wiosny i pewnej konwencji kulturowej, w której kobietę szanowano inaczej.
 


Opuściłam Polskę dość wcześnie i moje dorosłe kobiece życie jak do tej pory spędziłam we Francji, jednakże i mnie zdarzało się kao małolacie dostać tulipana, raz od dziadka a było to w dniu pogrzebu mojej ukochanej babci dostałam hiacynta w doniczce, a od kolegów szkolnych otrzymywaliśmy cukierki czy inne słodycze.


Od czasu mojego zamieszkania we Francji na Dzień Kobiet nie dostaję NIC… ba nawet życzeń nie dostaję ! Bo francuski dzień kobiet to zupełnie inna innoszść !


 Całe święto, które tak właściwie to świętem nie jest opiera się na medilanej nagonce, której głpwnym hasłem jest « brak równość kobiet i mężczyzn » !


Tak, tak, od Rewolucji francuskiej walczą o równość, niestety wciąż jej jeszcze nie osiągnęli ! A domena męsko-damska jest tego najjaskrawszym przejawem.  


Telewizja francuska już od 7 marca wieczorem zaczęła nas karmić filmami i dokumentami :


-          kobiety maltretowane przez mężów


-          kobiety niszczone w krajach afrykańskich – to Arte


-          na LPC przypomniano film i dokument walki kobiet o prawo do abrocji na czele z Simone W…


Od samego rana 8 marca francuskie stacje radiowe – a mam czas ich słuchać bo ponad godzinę jadę do pracy analizowały ostatnie sondaże:


-          ile zarbiają kobiety tu a tu a ile mężczyźni?


-          Ile jest kobiet w parlamencie, a w dyrekcji wielkich przedsiębiorstw ?


-          Ile czasu spędzają kobiety na pracach domowych a ile na opiece nad dziećmi? 


I wszystko kończyło się tradycyjnym – Ileż to jeszcze mamy do zrobienia!!!


Co roku a piać to samo!


 


W moim gimnazjum cisza… gwar zacząl się około południa, gdy wszyscy nauczyciele, w pokoju nauczycielskim, każdym ze swoim obiadem w plastikowym pudełku Iize swoim kubkiem kawy, zaczęli na uczniów się skaryżć… ja codzień.
 


Postanowiłam przerwać tę nudnawą dyskusję i rzuciłam pytaniem:


-          Czy we Francji nie świętuje się Dnia Kobiet?


 


Zdziwione oczy bacznie mi się przypatrywały. Po kilkusekundowej ciszy, nasz starszy bibliotekarz o imieniu Lucien pretensjonalnym tonem odpowiedział:


-          A co tutaj świętować? Nie ma dnia mężczyzn to i kobiet … nie wiadomo po co to jest… 


Zdegustowana, stwierdziłam głośno, że w takim kraju jak mój rodzinny to jest!, ale nic w tym dziwnego Polki otrzymały prawo głosu 26 lat wcześniej niż Francuzki! A po drugiej wojnie światowej żadna Polka (oficjalnie) nie musiała pytać męża o zgodę na profesjonalną pracę, ani też nie leciała do samca z czekiem bankowym by go podpisała bo chciała akurat coś kupić… zawiesiłam głos…


Zdziwione oczka rozszerzyły się znacznie… panowie matematycy, fizycy i chemicy w wydartych i rozciągniętych swetrach patrzyli na mnie z niedowierzaniem.


 


-          No tak, kontynuowałam, do dziś większość Polaków przepuszcza panie w drzwiach a I co starsi w rękę całują…


 


Konsternacja…


 


Bibliotekarz spojrzał na mnie badawczo:


-          przecież to kompletny przerzytek! Francuzka by się obraziła jakbym ją w rękę pocałował…


-          A próbowałeś, odparłam


-          No nie, wiadomo, że nie…


 


Dzień Kobiet… znak równouprawnienia nad Sekwaną.


 


Ps: a na zdjęciu same Francuzki oprócz mnie Polki, tak sprzed 6 laty, jak nasze dzieci były małe…


niedziela, 6 marca 2016

Życie codzienne we Francji – Niedzielny poranek. Część 1.

Codziennosc Francja 1





 
Niedziela… w niektórych krajach nie jest dniem wolnym, w innych powoli staje się dniem pracującym ze względu na otwarte centra handlowe, w jeszcze innych zachowuje (czasami z wielkim trudem) namiastkę dnia wolnego.


 


Do tej ostatniej kategori należą francuskie niedziele. Od rana panuje w mieście idealna cisza. Niedzielne świstaki pochrapują czasem i do południa. Sportowcy weekendowi wybiegają w tej ciszy na ulice, do parków i na nabrzeże Garonny a garstka wierzących i praktykujących, mniej lub bardziej świątecznie naznaczonych odzieniem zmierza do kościołów chrześcijańskich w różnych częściach miasta. Ulice są wyjatkowo przejezdne. Ludzie spokojni bo nawet lekkie przyśnięcie na zielonym świetle nie prowokuje do kanonady klaksonów.


 


Dzisiejszego poranka znaleźliśmy się w grupce wierzących i praktykującch zmierzających do centralnej Świątyni miasta czyli do katedry Śwętego Andrzeja. Antek śpiewał dziś na mszy ze swoim chórem więc byliśmy w kościele już o 9h30. Jedyna msza rozpoczyna się tutaj o 10h30, jak w większości francuskich kościołów katolickich. Tak, tak!


Zaspać nie można, odłożyć na wieczór prawie nie można… bo zaledwie kilka kościołów w aglomeracji ma mszę wieczorną. Ja znam osobiście takie 3… w prawie 800 000 -tysiecznym mieście!


 


Wierzących i praktykujących w każdą niedzielę Francja liczy niecałe 10% mieszkańców, trochę więcej praktykuje raz w miesiącu bo 14% aż! A w wielkie Święta dościgamy lekką ręką 25%! Nie przeszkadza to ponad 60% Francuzów uważać się za wierzących chrześcijan. Tylko interpretują sobie oni tę wiarę po swojemu.


 


Nic w tym dziwnego! Wiadomo Francuzi są wolni! Od 1789 roku tę wolność sobie wywalczyli i do dziś jej bronią.


 


Niedzielne poranki mają znacznie ważniejszą instytucję jak ta kościelna dla większości zjadaczy żab. Otóż są nią niedzielne rynki! W każdym mieście jest ich przynajmniej w ten dzień tygodnia kilka! W soboty co prawda też się takie rynki na ulicach (niektórych) rozkładają ale niedziela jest znacznie lepszym dniem na tego typu aktywność. Pamietam moje pierwsze oburzenie... w Paryzu, w 1993 roku, gdy rynek byl czynny nawet w niedziele Wielkanocna!


 


Więc Francuzi idą, zazwyczaj całymi rodzinami, na rynki, kupują, oglądają, wachają, smakują, dyskutują pośrodku rynkowych alejek blokując skutecznie przejścia tłumom głodnych niedzielnych pobratymców. My również czekając na niedzielną mszę świętą z Florence, dziećmi i innymi chóralnymi rodzicami udaliśmy się na przykatedralny ryneczek. Zaraz pod średniowieczną wieżą-dzwonnicą zwieńczoną złotą figurą Najświętszej Maryji Panny usiedliśmy między foie gras z Périgord, ostrygami z zalewu Arcachon i świeżą pastą włoskiego wytwórcy na poranną kawę. Było jeszcze pustawo, wcześnie. Dzwony dzwoniły jak oszalałe ale i tak udało im się tylko zapełnić kilka krzeseł potężnej gotyckiej świątyni. My smakowaliśmy kawę w porannym słońcu na plastikowych taborecikach. Tak tak, rynki nie mają w sobie elegancji, ale też i nie elgancji służą. Mają zapewnić przyzwoity niedzielny obiad!


 


Niedzielny obiad jest przecież jednym z najważniejszych w tygodniu: ostrygi czy inne skorupiaki przewracają kusząco oczkami, pieczyste z wyciekającą ciepłą krwią przyciąga wielu! Należy to wszystko popić odpowiednim kolorem trunka, zagryźć śmierdzącym ale jakże pysznym serem i świeżutkim chlebem, doprawić całość sporą ilością cukru i konwersacji bo to w końcu niedziela! Obiad jemy od 13h do około 17h!


 


Oj kiedy ten poranek się skończył? Nikt nie zauważył…






sobota, 5 marca 2016

Zimowe chodzenie po Pirenejach. Andora. Fotoreportaż.

Andora 1
Wychodzimy w doline Ransol... za nami parking. Ide za Franckiem, za mna Katerin z Finlandii... zaprzyjaznilysmy sie!




Część dalsza kilku fotek z ostatnich wakacji zimowych. Tym razem ja w roli głównej, tak ja… ze spotkanymi w grupie łazikami, z naszym genialnym przewodnikiem Franck’iem i jego znajomą przewodniczką Christine. Nie będę pisać jak było cudownie ale też z wyzwaniami technicznymi i fizycznymi. To zobaczycie na tych zdjęciach! Uwielbiam góry i latem i zimą. Odpowiada mi mentalność ludzi, którzy dużo, pasjami po górach chodzą, gdyż są to ludzie wyjątkowi. Jest taki Franck Wright, Francuz pracujący w hotelu Princesa Parc w Arinsal, w Andorze. I taka też jest Christine, była nauczycielka historii i geografii, która opowiada o Andorze jak nikt inny a po Pirenejach chodzi jak młoda dama chociaż dobiega 70-tki! Chylę czoła i z radością wspominam ten wyjazd. Następny za rok!






Przed nami dolina Ransol... punkt docelowy - schronisko Jana a raczej kamienny domek Jana na 2220 m. Mamy 400 metrow w gore do pokonania i sporo kilometrow...



Przez lasek, wchodzimy.


Andora 2
Chwila oddechu, cisza, pusto i ta biel!



Samotnosc w bieli... w kieszeni mam detektor lawin snieznych i walki-talki... w razie co... wokol gory do 2900 metrow, pusto i troche niebezpiecznie.





Kamienny domek Jana, nasz cel, na wysokosciowy obiad.




Andora 3



Patrze na doline juz z gory... zmeczona, spocona, z mokrymi plecami i szybkim oddechem ale taka szczesliwa!





W srodku metalowe prycze, stol, kominek, apteczka... Franck ustawil juz na stole troche Martini, troche Muskatel i troche Ricard, na przykrywkach od pudelek tosty i luksus - foie gras od Labeyrie...




Andora 4
No podszedl blizej, do zdjecia nasz przewodnik i kucharz!



Z jednej strony taki widok...


Andora 5
a z drugiej taki... dolina w dole, stamtad przyszlismy.



Obrot za siebie, domek Jana...





To juz wyprawa w doline Sorteny...



schodzenie jest gorsze od wchodzenia!




Andora 6
Christine schodzi... ja zjechalam...





idziemy dalej... Katerin, ja i Christine, za nami para Wlochow... byle do przyszlej zimy...