piątek, 28 listopada 2014

Śmierć Mikołaja, obraza teściów i ogólne « mam dosyć » !!!




W ubiegły week-end dowiedzieliśmy się, że nasz 9 letni syn nie wierzy już w Mikołaja ! Był to naprawdę trudny moment… bo w mojej matczynej głowie wciąż jeszcze wierzył. Niestety koledzy, szkoła, sam proces powolnego dojrzewania i jak sam Antek przyznał – chęć zrobienia nam przyjemności. Otóż on od dawna miał podejrzenia, przestał wierzyć, tyle, że widział, że nam na tym zależy, że nie mówimy mu wprost co i jak i utrzymywał nas w błogiej i jakże słodkiej nieświadomości.

 

Dojrzałego mam syna… momentami. Ale wraz z tą wiarą coś prysnęło jak bańka mydlana, rozsypało się na kawałki… cudowny okres dzieciństwa, wiary, pomieszanej ze sporą dozą wyobraźni, poczucia siły, narcyzmu tego dziecięcego, wszechmocnego.

 

Teraz nie będzie już magicznego oczekiwania, modlitw w wieczór grudniowy do Świętego Mikołaja, dozy niepewności, radosnego krzyku w 25-cio grudniowy poranek bo tyle prezentów jest pod choinką… zacznie się powolne przyzwyczajanie do tego co jest, solidna rezygnacja z niemożliwych do spełnienia żądań, racjonalne tłumaczenia, że nie będzie i że będzie później, wcześniej, inaczej.

 

Żeby było mało rozczarowań… w ubiegły week-end poinformowani o naszym świątecznym wyjeździe do Polski teściowie… rzucili inwektywami w mojego męża a ich syna. No bo jak to !? Któż to słyszał !? Któż to widział !?

Kto ma z nimi spędzić wigilię?

Brat męża spędza ją z rodziną swojej towarzyszki życia, co roku i my od lat całe Święta z teściami. Teraz będzie jednak inaczej. I jest poważny problem z akceptacją z ich strony tego stanu rzeczy.

Ich pretensje zabrzmiały trochę jak : “Jak śmiecie wyjeżdżać i burzyć ustalony latami porządek? Jak śmiecie pozbawiać kuzynki Antka świątecznego spotkania?”

To, że moi rodzice nas na Świętach nie widzieli od 10 lat i kuzynki Antka w Polsce również… cóż to się nie liczy, jest nieważne, nie ma najmniejszego znaczenia…

Kołderkę naciągamy zawsze na tęsamą stronę…

 

I tak ogólnie panuje wielki stress, gigantyczne zmęczenie i napiszę szczerze mam wszystkiego dość! A objawem tego stanu był mój środowy incident – o mało nie miałam wypadku samochodowego – wjechał na chodnik nie zdjąc sobie z tego sprawy, samochodem solidnie zakołysało. Wyłączam się, mój mózg się wyłącza. Nie daję rady pracować tyle godzin w tygodniu w tym w soboty i w niedzielę. Nie daję rady panować nad wszystkim co mam zrobić. Mam coraz poważniejsze kłopoty ze spaniem, Antek zresztą też, mąż też. Warczymy na siebie. Stres nas zjada, pożera i perspektyw na  choćby 1, jedyny wolny dzień czy to sobotę czy niedzielę przed 25 grudnia nie ma. Obawiam się, że skończy się to chorobą i zwolnieniem…

 

wtorek, 25 listopada 2014

Lekcja śpiewu.




 

Już za niecałą godzinę… wyjdę z domu, skręcę w małą uliczkę i pójdę pod górę w stronę kościoła Świętego Augustyna. Na przeciwko tego neo-gotyckiego budynku znajduje się mediateka a w niej sale. W jednej z nich, co wtorkowy wieczór mam próbę chóru.





Od września powróciłam do mojej starej pasji – śpiewania. Kladuia zaciągnęła mnie do chóru Opus 33 i wyjątkowo dobrze to zrobiła. Uwielbiam to!





Pracujemy, cały ten rok, nad mszą C-minor Mozarta. Moje mięśnie brzucha mówią mi dziękuję bo przy tej ilości wokaliz i górnych sol z la wyglądają coraz smuklej. No może nie tak jak u jakiegoś kulturysty ale widać gołym okiem pozytywne efekty. Cóż to skutek uboczny śpiewania.





W zeszłym tygodniu zamiast pracować z całym chórem zostałam zaproszona przez Françoise, naszą specjalistkę od wokalu, śpiewającą w konserwatorium na indywidualną próbę. Całe półtora godziny ćwiczeń, napięcia i rozluźnienia. Idealnie nie jest bo przepuszczam zbyt dużo powietrza na raz przez moje struny głosowe i muszę wyćwiczyć ich solidne “zwężanie” by śpiewać w większym konforcie nawet najtrudniejsze partie soprano. Robi się… powoli. Pewnie w styczniu wezmę kilka lekcji śpiewu, dodatkowo.


W marcu pierwsze koncerty z orkiestrą i z solistami, więc mamy trochę presji.


Będę gotowa. W domu też ćwiczę czasami grając na pianinie co trudniejsze fragmenty. Odpręża mnie to i daje wiele satysfakcji.





Syn w chórze, mama w chórze tylko tata nie…

sobota, 22 listopada 2014

Boże Narodzenie… w Polsce !!!

Boże Narodzenie… w Polsce !!!





 


Po 10 latach… nieobecności w kraju nad Wisłą… w końcu… powrót i wielka RADOSC !


 


A myślałam, że już i w tym roku przepadło…


Zaczęło się o zaproszenia moich rodziców na Święta do nas, do Bordeaux. Zmieniliśmy dom, Antek śpiewa w chórze i teoretycznie miał śpiewać na Pasterce w tym roku w katedrze – w praktyce raczej nie bo o 24h to zbyt późno jak na takich maluchów, według dyrygenta chóru więc zaśpiewają tylko ci starsi.


 


Rodzice myśleli, myśleli, plany zmieniali w końcu powiedzieli, na początku października, że nie przyjadą. Nigdy u nas jeszcze nie byli na żadnych Świętach i w sumie żal mi było, ale cóż. Taka decyzja. W tym czasie my się akurat przeprowadzaliśmy i o Świętach myśleć przestałam po prostu…


 


Na Wszystkich Świętych myśl wróciła bo perspektywa kolejnych Świąy u teściów ze mną jako kucharką i organizatorką w roli głównej niezbyt mnie zachwycała. Teściowe zresztą jak narazie nie zapraszali. Mój mąż chciał ich zaprosić ale pokręcili nosem i właściwie ostatecznie nie odpowiedzieli. Pozostawało więc siedzenie świąteczne ale tylko w trójkę w domu – czego mój mąż raczej nie znosi bo mówi, że smutno i że rodziny nie mamy; wyjazd na narty albo… wyjazd gdzieś… Nart zaczęliśmy szukać i już coś miałam rezerwować w Andorze w ubiegłą środę, bo bilety do Polski okazały się horendalnie drogie, gdy… w środę wieczorem mój Steph kursował w sieci. Na stronach Lufthansy pojawiła się okazja przelotu z Tuluzy do Poznania przez Monachium w rozsądnej cenie i kupiliśmy 3 bilety!!!


 


Hip, hip Hurra!!!


Dwa po niższej cenie, trzeci nieco drożej ale jakoś poszło. Ceny jak wiadomo zmieniają się co kilka minut więc trzeba utrafić…


 


Wylatujemy 23 grudnia, dotrzemy o północy i zostaniemy do 3 stycznia. Bardzo, bardzo się cieszymy na ten pobyt… ja na polskie kolędy, opłatek dzielony z rodziną po 10 latach a nie tylko przez telefon, karp, makiełki mojej mamy, może śnieg… Bezcenne!!!!


 


Podróż nie będzie lekka bo do Tuluzy trzeba dojechać ale… cóż to dla nas… po amerykańskich voyages… I tysiącach kilometrów?


 


Teraz kupuję prezenty i szykuję co się da za wczasu bo ostatnie 4 tygodnie w szkole będą bardzo, bardzo ciężkie i czasu nie będzie na nic…


 A dziś uśmiech na twarzy i kolacja z przyjaciółmi,  w moim domu. Dobrze mi!


wtorek, 18 listopada 2014

Molier, fotel, 4 krzesła, 6 rad pedagogicznych…

Tak bym streściła ostatnie dni. Tyle się dzieje, że człowiek nie nadąża z pisaniem, a listę tę mogłabym przecież pociągnąć jeszcze długo i długo…







Wróćmy do soboty… lało, Antek bawił się w najlepsze z kolegą, niezwykle urodziwym i wyjątkowo dobrze wychowanym chłopcem o imieniu Artur (kolegą z klasy), a ja ruszyłam w miasto. Kupiłam nieco ciastakrskiego prowiantu, ale o tym pisałam już na kulinarnym blogu, oraz sporo kosmetyków, olejków roślinnych do domu i dwa swetry! Tylko dla mnie! Jeden pomarańczowy, drug błękitny. Mój mąż stwerdził, że babciowy – ten pierwszy. Naburmuszyłam się nieco i wczoraj ubrałam mój śliczny pomarańcz do granatowych sztruksów, wiązanych butów typu Derbby, na szyji zawiązałam moją jedwabną apaszkę w kolorze blue i ruszyłam do pracy…







A w pracy… same komplementy, ha, ha i nikt o babci żadnej nic nie wspominał – miałam mój rewansz na poniedziałkowy wieczór.







W międzyczasie była jednak niedziela… lało… ale mieliśmy bilety kupione do teatru Pergola na sztukę Moliera. O 14h30 wyruszyliśmy więc z domu z Antosiem oczywiście, by obejrzeć to dzieło, które tak rozśmieszyło Ludwika XIV i jego świtę czyli “Chory z urojenia”!







Śmiechu było co niemiara. Spędziliśmy więc fantatstyczne popołudnie nie przejmując się zupełnie tym co za oknem.



No a w poniedziałek?



Aha, miałam mój wieczorny rewansz! Zanim jednak do niego doszło… 6 godzin lekcji, dojazd do pracy w strugach deszczu i w porannej nocy – odmawiałam zdrowaśki (przysłowiowe) bo na drodze nic nie było momentami widać. Pomyślałam sobie, że nie po to jeżdżę do pracy by życie swe narażać? Rzeczywistość jest jednak nieco inna.



W pracy 176, o przepraszam 174 bo dwóch nieobecnych było, uczniów… galimatias w głowie bo imiona mi się mylą tych szkolniaków na potęgę. W jednej z klas mam w jednej ławce : Jules i Julian, jak dwie krople wody, bracia… mylę ich systematycznie. Jedna pannica o imeniu Anaelle ma o to do mnie wyraźne pretensje, gdyż jej imię mylę z Abigaëlle, która siedzi w tym samym miejscu co Anaelle tyle, że godzinę wcześniej… uf…







W przerwie obiadowej dowiedziałam się, że w dwóch pierwszych tygodniach grudnia mam… 6 RAD PEDAGOGICZNYCH: 1, 4, 8, 9, 12 i 15 grudnia! O 18h30… do 20 h… będę więc siedzieć w tej świątyni wiedzy w te dni od 8 h rano do 20 h cięgiem… UWIELBIAM TO!!!



Czy ktoś coś mówił o nauczycielach z… POWOLANIA? Hm, w tym wypadku niestety, żadnego powołania, ani tyci, nie odczuwam. Dominuje u mnie instynkt macierzyński, o ile taki istnieje, i wnerw na tę organizację, która nie pozwoli mi widzieć przez 6 całych dni mojego własnego dziecka!!! Ot, co!



Ale to dopiero za 2 tygodnie… jeszcze zdążę się powkurzać…







Tymczasem, dziś odwiedziłam mój nowy, ulubiony sklep meblowy czyli Maisons du Monde i zakupiłam: 4 krzesła – mam dwa, dwa inne są zamówione, fotel – też zamówiony i dwie lampy oraz świcę pachnącą pierniczkami i cynamonem w puszce jak na kakao albo herbatę… już, już miałam włożyć do kosza kolejnych kilka talerzy i innych pierdółek, ale musiałam się powstrzymać. Finanse leżą i jeszcze będą leżeć dopóki z wszystkimi zakupami domowymi się nie wyrobimy czyli conajmniej do przyszłego lata… chlip, chlip, chlip…







Krzesła są solidne, nogi ciemne, dębowe ale obicia … pomarańczowe, w moim salonie gdzie jest czarne pianino, czarny mebel i czarne TV, wielka kanapa z dużąąą ilością poduszek beżowa wykończona białymi lamówkami, kredens drewniany i szklany;  i fjeszcze ioletowy dywan ( trochę jak fuksja) gruby, mięciutkki, jak się w niego zapada to stop nie widać… wełniany, uwielbiam go;  będą pomarańczowe krzesła… bardzo mi się podobają te kolorowe plamy w tym neutralnym tle… Fotel też tutaj będzie… skórzane siedzisko ale nogi i poręcze  z drzewa mangowego… trochę w stylu orientalno- biurowo-klubowym. Akurat to mi się zmieści. I lampy… kremowe, dwie takie same, plus ta sufitowa ładnie ze sobą współgrają.







Zostało do kupienia: biurko dla mnie, kanapa do mojego biura tzw: dla gości czyli rozkładana, dziś mi jedna wpadła w oko i nawet w cenie bo coś około 700 euros – co we Francji nazywa się … tanio… I lampa na biurko Antka i meble na taras i rośliny i barbecue i tysiące innych rzeczy…







A do zrobienia? Uf… lepiej nie pisać!

piątek, 14 listopada 2014

Powrót do « stalinizmu »




 

A w każdym razie do zamierzchłych i wydałoby sie już przebrzmiałych czasów…

Miałam zrobić bardzo pozytywny wpis, ze zdjęciami. Jednakże okoliczności sprawiły, że podzielę się dzisiaj z wami moim smutkiem.

 

Jestem « młodym » choć już starym nauczycielem we Francji. Z powodu owej młodości mam przypisaną pewną liczbę punktów. Mam punkty za męża, za dziecko, za szczebel kariery na którym się znajduję, za kilka lat pracy. Wciąż mam jednak tych punktów za mało by pracować na stałe w jakimś gimnazjum czy liceum, w jednym mieście. Co roku więc zmieniam szkołę, kolegów, uczniów. Jest to dość frustrujące, ale dopóki odbywało się w okolicach Bordeaux mogłam to bez problemów znieść.

 

Wczoraj jednak, na kolejnym ze szkoleń, na które muszę co jakiś czas się udawać ( w tym roku są to 4 pełne dni) dowiedziałam się, że niestety… liczba wymaganych punktów na pozostanie w okolicach Bordeaux w przyszłym roku przerasta znacznie tę, którą dysponuję. Zaproponowano mi więc pracę w naszej Akademii ( Francja podzielona jest na akademie – prawie synonym w regionami, zarządzane kuratoriami) czyli w Akwitani tyle, że w innym departamencie, gdyż na Akwitanię składa się 5 departamentów. Tudzież mogę wybrać inną Akademię, gdzie liczba wymaganych do “wejścia” punktów jest w moim zasięgu czyli na przykład Nord Pas de Calais albo poparsykie Créteil.

 

W mojej akademii zaproponowano mi jakieś miejsce w Lot-et-Garonne czyli od 2 do 3 h jazdy samochodem od mojego domu.

Jest więc ewidentnym fakt, że pracując tam będę musiała i tam w tygodniu zamieszkać: może od poniedziałku do piątku a może przy odrobinie szczęścia do czwartku jak ktoś się zgodzi zgrupować moje lekcje…

 

Nie ukrywam, że sytuacja sprawia, że nie śpię… a raczej nie śpimy wraz z mężem głowiąc się nad tym jak to strategicznie rozegrać i rozwiązać z jak najmniejszą szkodą dla rodziny???

 

Mój mąż pracy poza wielką metropolią nie dostanie. On więc raczej musi zostać w Bordeaux. Sytuacja Antosia też jest tutaj dość stabilna i jego zaangażowanie w tenisie, w golfie, w konserwatorium i w szkole… jakoś nie mogę, sama sobie, dać prawa do zniszczenia tego. Zadecydowania o przeprowadzce na rok?, na dwa lata? I odsunięcia go od tego wszystkiego w czym jest znakomity i w czym tak dobrze się czuje…

 

Co więc pozostaje? Moje mieszkanie osobno, ich tutaj w Bordeaux i widzenia w weekendy. Antek bardzo źle na to wczoraj zareagował twierdząc, że będzie widywał mamę w soboty i w niedziele jak dzieci z rozwiedzionych rodzin.

Utknęły mi tego jego słowa jak ość w gardle…

 

Jest jednak pewien szkopuł i w tej sytuacji. Mój mąż, średnio raz w tygodniu wyjeżdża na kilka dni do Paryża, do Amiens… do klientów… a tutaj nie mamy nikogo, nikogusieńko… kto wtedy zajmie się Antkiem? Da mu jeść, zaprowadzi do szkoły, zawiezie do konserwatorium?

 

Trzeba będzie kogoś zatrudnić, co oznacza spore koszty! Moje mieszkanie w pokoju poza domem to kolejne koszty, dalekie dojazdy to kolejne koszty a pensja nauczyciela czy nad Wisłą czy nad Sekwaną? Cóż wiadomo jaka jest…

Jednym słowem obawy, stres, napięcia i sporo znaków zapytania i kilka nieprzespanych nocy już za mną…

I wściekłość na system… nakaz pracy w danym miejscu i nie w innym, odgórny, nieludzki, nie biorący pod uwagę sytuacji rodzinnych nauczycieli…

Dlaczego więc się dziwić, że poziom spada na łeb na szyję, Francja jest 24 w klasyfikacji PISA a Polska 13? Dlaczego się dziwić, że tylu nauczycieli na zwolnieniach siedzi miesiącami? Skoro jesteśmy tylko pionkami, wartymi liczbę punktów…?

niedziela, 9 listopada 2014

Muzyka, mózg i my…

Muzyka, mózg i my…





 


Czyli jesteśmy po kolejnym koncercie, ale nie tylko… Jestem świeżo po lekturze książki amerykańskiego neurologa, profesora dwóch uniwersytetów w Nowym Jorku, Oliviera Sacks, wydanej w 2009 roku we Francji.


Książka zaczyna się od stwierdzenia : « Jakże dziwnym jest fakt, że miliardy ludzi – cały ludzki ród – gra i słucha motywów dzwiękowych pozbawionych znaczenia, które nazywa « muzyką » !


Dokładnie taka sama refleksja naszła mnie kika dni temu, podczas naszego pobytu w Bretanii, u teściów. Udaliśmy się tam z naszym Antkiem do obserwatorium astronomicznego na kolejny dokument filmowy : “Niebo w Rennes tej nocy”. Wyświetlaniu tych filmów i naukowym wyjaśnieniom zawsze towarzyszą tam fragmenty utworów muzycznych, geniuszy ludzkości. I pomimo przerażającej rozpiętości naszego świata to właśnie muzyka sprawia, że przestajemy się tej głębi nieznanej bać. Uświadamiamy sobie istnienie naszego geniuszu i naszego ducha.


 


Sacks na 470 stronach swojej książki nie mówi właściwie nic innego. Pogłębia tylko tę jakże ogólną refleksję, deklinując ją na kilkanaście sposobów : emocje, pamięć, choroby, tożsamość – to tylko niektóre elementy naszej ludzkiej natury dla których muzyka jest niezbędna, kluczowa i zasadnicza. Do wielkości i niezwykłego acz pozytywnego wpływu muzyki na nasze życie ten autor nie musiał mnie przekonywać. Dowiedziałam się jednak z tej książki, że, na przykład, ilość obszarów mózgowych poruszanych muzyką jest znacznie większa niż tych związanych z mową i z posiadaniem języków. Człowiek jako jedyny w ziemskiej naturze jest istotą muzykalną. Z medycznego punktu widzenia muzyka pozwala leczyć chorych na Parkinsona i na Alzheimer’a, niektórym pacjentom po ciężkich urazach i utratach pamięci tę pamięć właśnie przywraca choć w wielu szpitalach na świecie praktykę muzyczną traktuje się po macoszemu.


Na stronie 126 Sacks pisze, że płód i dziecko od najmłodszych lat powinno być otoczone muzyką i że praktyka instrumentu i śpiewu pozwala dziecku na rozwinięcie obszarów mózgowych, które dzieci nie mające z nią styczności nigdy nie rozwiną – co dalej będzie widoczne w ich życiu zawodowych, podczas nauki, studiów jak i w ich życiu osobistym. Przytacza on sporą ilość badań, które sam przeprowadził i które potwierdzają rozwinięte tezy.


 


Muzyka jest w moim życiu od zawsze. Spiew w dziecinstwie, później pianino, muzyka słuchana w domu, teraz znów śpiew chóralny. To samo staram się przekazać mojemu synowi, który już trzeci rok uczęszcza do konserwatorium w Bordeaux. Gra na saksofonie. Uczy się solfeżu, śpiewu. Od tego roku dołączył do prestiżowego chóru męskiego i chłopięcego i do grupy muzycznej instrumentalnej, gdzie po prostu bawi się na całego koncertując z kolegami od trąbki i klarnetu. Od najmłodszych też lat prowadzamy go na najróżniejsze koncerty i do opery.


Dziś kolejny, poranny koncert z naszej filharmoni. Te godzinne koncerty dla dzieci odbywają się u nas raz w miesiącu i mamy na nie abonament.


Konferansjer wyjaśnia dzieciom znaczenie muzycznych fragmentów, opisuje życie kompozytorów, losy ich dzieł. Orkiestra pogrywa kawałki dzieł by pokazać poszczególne opcje po czym przechodzi do grania całości.


Dzisiaj słuchaliśmy Leonard’a Bernstein’a, George’a Gershwin’a, Aaaron’a Copland’a i Louis Prima. Ten ostatni w swym utworze “Sing, sing, sing” post-mortem sprawił, że nawet muzycy z orkiestry tańczyli a publiczność razem z nimi. Było wesoło, dynamicznie… dzieciaki aż podskakiwały słysząc prawdziwe klaksony samochodów w “Amerykanin w Paryżu” u Greshwin’a…


Muzyka poznawana w ten sposób nie tylko wzrusza ale też uczy i bawi, zapada w nas, gdzieś głęboko i czyni nas lepszymi jak pisze Sacks. Badania neurologiczne wskazują na fakt, że seryjni mordercy, psychopaci i inni kryminaliści albo na muzykę byli w ogóle niewrażliwi albo docierał do nich tylko jeden jej typ jak słynny już przykład przywiązania Hitlera do Wagnera…


 


“Gdzie słyszysz śpiew tam wchodź, tam dobre serca mają. Zli ludzie wierzaj mi nigdy ci nie śpiewają”…


sobota, 8 listopada 2014

Powinnam mieszkać w Egipcie… a ja chcę raczej do Nowego Yorku!

Powinnam mieszkać w Egipcie… a ja chcę raczej do Nowego Yorku!









 


Zainspirowana podanym na znajomym blogu linkiem, poszłam wykonać test: “ W jakim kraju powinieneś mieszkać?”.


Kilknęłam, test wykonałam aczkolwiek niektóre pytania wydawały mi się dziwne, mało precyzyjne, tak tendencyjne, że wiadomo było w stronę jakich odpowiedzi prowadzą. Jakież było moje zdziwienie, gdy okzało się, że powinnam mieszkać w Egipcie???


 


Po pierwsze nigdy w Egipcie nie byłam i nawet się tam nie wybieram! Kraj ten umieszczony jest na liście niebezpiecznych miejsc. Ostatnie rewolucyjne zawieruchy go nie oszczędziły i nadal nie jest tam spokojnie. Nil jest jedną z najbardziej zanieczyszczonch rzek świata. Poziom życia w Egipcie hm… raczej różni się od naszego a sytuacja kobiet w tym chrześcijan nie jest nawet neutralna!
NY
Więc dlaczego Egipt? Czyżbym miała awanturniczą duszę? A może to ze względu na moje historyczne pasje?


 


Test nie test do Egiptu przeprowadzać się nie zamierzam… ale wróciłam bym z chęcią znów do Nowego Yorku, do jego najpiękniejszych dzielnic, do tej pulsującej energii światowej metropolii, w której wszystko wydaje się być możliwe…


Radosne wspomnienie wakacji…



0003MWN1YM9GJAS5.JPG
Zdecydowanie... cenie sobie WOLNOSC!

czwartek, 6 listopada 2014

Memento mori.


Pozostając w listopadowym nastroju przypomniałam sobie o zdjęciach z tego lata. Na wielu zaprzyjaźnionych blogach podziwiałam zdjęcia z pierwszych dni tego miesiąca i we Francji i w Polsce. Nie miałam jednak okazji wspomnieć ani obejrzeć cmenatrzy zza oceanu Atlantyckiego. A tam przecież spoczywają też moi bliscy…

 

Podczas naszej letniej wyprawy do Kanady i do Stanów Zjednoczonych odwiedziliśmy kilka cmentarzy. Tych kanadyjskich ze względu na rodzinne groby, tych amerykańskich ze względu na zwykłą ciekawość i ich historyczną i kulturalną wartość. Są inne niż te francuskie i te polskie. Nie ma tutaj kaplic w miniaturze jak na francuskich-cmentarzach pominkach, nie ma też wielkich marmurowych nagrobków z ławeczkami ustawionymi u ich podnóżka jak w Polsce. Nie ma świec, we Francji też ich zresztą nie ma i często też nie ma indywidualnych bukietów czy doniczek kwiatów bo sadzi je i pielęgnuje administracja cmentarna.

 Memento mori

To co zaskakuje, za Oceanem to możliwość przejazdu przez cmentarz samochodem, po cmentarnych alejkach. Cmentarze w centrach wielkich metropolii takich jak Nowy Jork czy Boston wypełnione są płytami z XVI i XVII wieku, w kontraście z wieżowcami ze szkła i ze stali wyglądają jak pozostałości po poprzedniej cywilizacji, której ta szklana i informatyczna wszystko przecież zawdzięcza. Są wołaniem o pamięć, o niezpominanie o tym co było i co  nas stanowi. Dość wyraziście też zmuszają do zwolnienia kroku, spojrzenia… szczególnie w Nowym Jorku, gdzie pędzi wszystko i wszyscy jest to niesamowicie widoczne. Stary, miejski cmenatrz jeszcze z XVII wieku, nieopodal Ground Zero… cmentarza współczesności, I nowojorczycy zwalniający krok, rzucający jakby zatrzymane w kadrze spojrzenia przez czarne, metalowe pręty, solidnego ogrodzenia.

cmenatrze
Najstarszy miejski cmentarz w Nowym Jorku, przy World Trade Center

 I sam Ground Zero z tymi podwójnymi, czarnymi dziurami, do których nieustannie spływa woda, jak do środka ziemi, której dna nie widać.

 Imiona, nazwiska, numery lotów, nazwy przedsiębiorstw… byli i ich nie ma? Byli i nadal są, obok nas, w nas?
Ground Zero -  lot 93

 

Cmentarze za Oceanem nie świecą, jak te francuskie poza 1-szym listopada, pustkami. Panuje na nich wolny ruch otulony ciszą, szacunkiem i, jak dla mnie, pozbawiony tego polskiego “zadęcia” definiowalnego ilością zniczy, postawionych doniczek i wielkością chryzantem. Śmierć jest wspólna nam wszystkim… czy marmurowy czy lastrikowy pomnik czyni ją znośniejszą? Czy brak liści na płycie i jej idealne wypolerowanie przywraca nam zmarłego? Czy tylko satysfakcjonuje naszą, osobistą pychę?

Zawsze dobiegają do mnie te pytania, gdy odwiedzam groby dziadków w Polsce… Nie przyszły mi one na myśl, gdy byłam na grobach bliskich w Kanadzie… Czy to dlatego, że wszystkie groby były takie same? Nie wiem…

 
Jeden z nagrobkow w centrum Bostonu


W tym roku byliśmy w Bretanii. W dniu Wszystkich Świętych pojechaliśmy na cmentarze, na których pochowani są dziadkowie mojego męża. Było sporo ludzii i dużo kwiatów. Moich teściów jednak z nami nie było. Zupełnie nie przeszkadzał im fakt, że chodzi o groby ich rodziców. Ich cmentarze deprymują, jak sami twierdzą. Na groby więc, nawet matki i ojca nie jeżdżą, kwiatów nie składają. Dla mnie to niezrozumiałe… Jak i fakt, że mama mojej szwagierki nie ma grobu, nie ma płyty, nie ma miejsca, na którym można by się spotkać, wspomnieć ją, pomodlić się za nią… Była, odeszła i nawet tego 1 listopada czy 2… nikt o niej nie wspomniał, nie złożył kwiatka, nie zapalił świeczki.

 

Memento mori…
Najstarszy cmenatrz w samym centrum Bostonu.