niedziela, 21 grudnia 2014

Jaka szkoła wysyła jeszcze życzenia świąteczne do rodziców…

Jaka szkoła wysyła jeszcze życzenia świąteczne do rodziców…


Zdziwiliśmy się wczoraj i to mocno… W skrzynce na listy leżała spora koperta, zaadresowana do Madame i do Monsieur Moniak-Azzopardi z pieczątką antkowej szkoły. Myślałam, że to może jakaś faktura za stołówkę czy za teatr tudzież inny administracyjny papier… a tutaj proszę. Piękna kartka okolicznościowa. Czytamy w niej, że dyrektor całego zespołu szkół Sainte Marie Grand Lebrun jak i dyrektor szkoły podstawowej, którego już dobrze znamy, wraz z całą społecznością edukacyjną życzy nam pięknych Świąt Narodzenia pańskiego oraz składa najlepsze życzenia na Nowy ROK 2015.











Po lewej stronie kartki – spory cytat Świętej Katarzyny Sieneńskiej (1347-1380) a wnim gloryfikacja Maryji i tego co ludzkie z boskim pierwiastkiem:





“O Maryjo, bądź na zawsze błogosławiona między niewiastami, gdyż w tym dniu dałaś nam chleb, chleb z twojej mąki upieczony: boskość zjednoczona została z ludzkością, tak silnie, że nic, nawet śmierć (…) nie będzie mogła rozciąć tej więzi”…









Przeczytaliśmy i wzruszyliśmy się. W mojej głowie od razu zaświtała myśl… klasa… klasa szkoły, dyrekcji, ekipy pedagogicznej i to poczucie radości, że udało nam się tam zapisać Antka. Mój mąż spojrzał na mnie pytająco: “ Znasz je szkoły, które wysyłają kartki świąteczne rodzicom? Jak tam w tej twojej?”











Niestety nie znam a chciałabym znać. W moim gimnazjum w ostatni dzień szkolny czyli w piątek ekipa pedagogiczna goniła dzieci, które zakładały na głowy czapki Mikołaja – bo nie wolno… na podwórku szkolnym mieć czapki Mikołaja na przerwie. Co chwila rozlegał się krzyk i odpowiedź uczniów “ ale proszę pani idą przecież Święta”. Pedagodzy niewzruszenie stali na straży laickiego porządku.





Zdumiewa mnie to również i to w jak najbardziej negatywny sposób.











Większość moich kolegów robiła w piątek normalne lekcje a matematycy nawet zorganizowali sobie sprawdziany! Oficjalnie by dziatwę ujarzmić…











Ja zrobiłam świąteczne lekcje z podwieczorkami… I chyba narobiłam sobie też kilku wrogów no przynajmniej spotkałam się z niechętnymi spojrzeniami naszej kadry pedagogicznej. Trudno się mówi. Byłam w zgodzie z samą sobą a dla mnie to jest najważniejsze.





Dostałam kilka paczek ciasteczek i czekoladek od uczniów jak i wielkie deklaracje miłości z ich strony. Było mi przyjemnie i moim uczniom też.  I tak zamierzam trzymać.

piątek, 19 grudnia 2014

No… i co zrobić z tak dobrym uczniem ?

No… i co zrobić z tak dobrym uczniem ?









 


Oprócz poczucia dumy… oczywistego… cóż z tym fantem począć? W tym tygodniu Antek przyniósł swoją cenzurkę za pierwszy trymestr tego roku. 5 stron ocen opisowych, przedmiot po przedmiocie. I?


Same A od gory do dołu. Antka średnia to 19,5 na 20 bo raz się pomylił robiąc ćwiczenie z gramatyki i nie potrafiąc zadać dobrych pytań do “complements circonstenciels”. To był dramat… gdzieś w październiku.


 


Antek odebrał wczoraj gratulacje od dyrektora szkoły i od swoich nauczycieli. W ocenie ogólnej opisowej czytamy, że pomimo przybycia we wrześniu do nowej szkoły Antek bardzo szybko się zaadoptował. Ma znakomite wyniki w każdej dziedzinie a jego kultura humanistyczna i naukowa, poza wszelkimi normami ( « sa culture humaniste et scientifique hors norme”) pociąga za sobą całą klasę. Następnie są same brawa i gratulacje. Jego zachowanie oceniane jako wyjątkowo przyjacielskie i wzorowe budzi ogólny szacunek nauczycieli i dyrekcji szkoły.


 


Co powiedzieć takiemu dziecku, dziecku, który przynosi do domu takie wyniki i takie zdania pedagogów?


 


Wyściskaliśmy go, wycałowaliśmy. Jesteśmy z niego bardzo dumni i nasze serca są przepełnione radością. Dziękuję każdego dnia za mojego syna... I cieszę się, że nasze przekazywane wartości i dawane mu od lat wychowanie przynosi takie wyniki…


środa, 17 grudnia 2014

Niedzielny koncert Antka, który źle się zakonczył…

Niedzielny koncert Antka, który źle się zakonczył…


Pojechaliśmy w ubiegłą niedzielę za chórem Antosia do Nérigean. Tam popołudniu był Bożonarodzeniowy koncert. Kościół Świętego Marcina, z XII wieku, pękał w szwach. Zapowiadało się wyjatkowe popołudnie i wieczór. Ja byłam cała zakręcona bo uwielbiam chodzić na antkowe koncerty.











Zaczęło się dobrze ale w drugiej części występu, po przerwie, mój syn zaczął kaszleć, dość dziwnie. Dyrygent pomiędzy dwoma utworami podszedł do niego i zaproponował by Antek usiadł i przestał śpiewać – o tym dowiedzieliśmy się później… Wiadomo przeszkadzał… Ja od tego momentu siedziałam cała podenerwowana i zaciskałam ręce. Antek chyba się uparł bo dośpiewał do końca.





 
wchodza...





W drodze powrotnej do Bordeaux, kaszlał w samochodzie, coraz silniej się dusząc. Zamiast do domu pojechaliśmy od razu do uniwersyteckiego szpitala dziecięcego, na pogotowie. Zazwyczaj tam się godzinami czeka...  no chyba, że jest coś naprawdę poważnego. Pielęgniarka przyjmując nas od raz wezwała lekarza. Zawieźli Antka do Sali i podlączyli pod aerosole. Leżał tak dobre 30 minut aż się z powrotem wszystko nie unormowało. Uf… Dostaliśmy receptę bo miałam mu jeszcze wieczorem podać sterydy i wentolinę, której już w domu nie miałam bo od ponad 3 lat nie było ataku… Apteka dyżurna… niedzielny wieczór… kolejka w i na chodniku przed… Stałam równe 45 minut by dowiedzieć się, że oprócz wentoliny w aptece nic już nie ma…





Na całe szczęście mąż znalazł jeszcze sterydy w domu.





Tak więc z przygodami zakończyliśmy poprzedni tydzień a właściwie go rozpoczęliśmy. Ja dopiero dzsiaj zladowałam do domu na obiad po 2,5 dniowym maratonie w pracy od 8 h rano do 20h non stop… sama przyjemność, mowię wam…











Czy ktoś coś mówił o niepracujących nauczycielach ????





Słyszę to wciąż we Francji, że mamy tyleeeee wakacji i w ogóle tak nam dobrze… zapraszam wszystkich chętnych do tej pracy, można sprawdzić na własnej skórze jaki to luz i fajrant… ja ciągnę na lekach i używkach uf… i wiele bym dała chyba, tak sobie wczoraj myślałam, za spokojną pracę w biurze albo pracę naukowca, którą kiedyś tam wykonywałam… ale cóż lubię niektórych z mych uczniów, naprawdę !





Pozdrawiam przedświątecznie !

sobota, 13 grudnia 2014

PRL w pełnej krasie choć nie tylko…

PRL w pełnej krasie choć nie tylko…


W ubiegłym tygodniu moja kochana Eliza, Polka, laborantka, która pracuje ze mną w gimnazjum, przyniosła mi 2 książki. Jedną Danuty Wałęsy, drugą Małgorzaty Tusk. Obecnie pochłaniam w szybkim tempie tę drugą. Dziś jednak chciałabym napisać kilka słów o tej pierwszej.











I dzień, który wybrałam na tę garść refleksji nie jest oczywiście przypadkowy ! 13 grudnia… pamiętna data i dla mnie, niespełna 8-letniej dziewczynki, z lekka przerażonej sunącą od strony lasu, czyli Mielna w kierunku naszego osiedla i Koszalina, kolumną czołgów !





Tak czołgi jeździły po ulicach mojego peerelowskiego dzieciństwa. Pamiętam, jakby to było wczoraj, twarz generała w telewizyjnym odbiorniku. Pamiętam siędzącą na kuchennym stołku mamę, na kolanach miała rozłożoną kuchenną ściereczkę i ocierała nią płynące po twarzy łzy. Tata był bardzo zdenerwowany, zresztą kilka godzin później zwinęli go jacyś nieznani nam ludzie.





Te obrazy mam wciąż przed oczami choć tyle lat minęło…











Trudno pominąć opis tego dnia w książce pani prezydentowej, to wyczuwalne w słowach napięcie, jakiś taki cichy dramat jednej z polskich rodzin.





Książka pani Wałęsy na początku nieco mnie zaskoczyła i to negatywnie : językiem, doborem słów… przez jakieś pierwsze 50 stron przebijałam się z trudem bo nieco mi to przeszkadzało. Jednakże treść, niesamowicie ciekawa treść, dokonała reszty. Nie mogłam się oderwać… co wieczór pochłaniałam po 150 stron.





Odczytałam ją na dwa sposoby, dwa główne nurty : ten polityczny, związany z karierą męża, pełnionymi funkcjami i historią najnowszą Polski i ten rodzinno-kobiecy, ciepły, troskliwy, momentami dramatyczny i trochę psychoanalityczny. Ten pierwszy znam bardzo dobrze, niemalże na pamięć, chronologię wydarzeń, nazwiska aktorów, i zwycięską puentę. Ten drugi dotknął mnie osobiście, jako kobietę, jako matkę i jako Polkę.





To portret zwykłej-niezwykłej kobiety, właściwie takiej « matki Polki », która w każdej, nawet strasznej sytuacji, zaciska zęby i idzie do przodu, prowadzi dom, chodzi na wywiadówki, gotuje zupę, trzepie dywan.





Jej postawa mnie zafascynowała. Podziwiałam i podziwiam nadal jej odwagę, samozaparcie i umiejętność bycia sobą w warunkach specyficznych, niecodziennych. Żona przy mężu ? I tak i nie. Kobieta niezależna i tak i nie. Z pewnością kobieta mająca swój system wartości i zgodnie z nim postępująca. Tacy ludzie i w tamtych, koszmarnych czasach i dzisiaj należą do rzadkości. Zawsze jednak wzbudzają mój podziw i ogromny szacunek.





I to właśnie czuję po przeczytaniu książki pani prezydentowej.





To samo odczuwam też powoli czytając książkę pani Tusk. Ludzie godni, wierni jakże dalecy od oportunistów i sprzedawczyków wszelkiej milicyjno, zomowsko, “pezperowskiej” maści.











Jakże trudno dzisiaj o takich ludzi też… choć zagrożeń jakby mniej, murów w naszej przestrzeni też mniej a jednak… oportunistów jakby przybyło, ludzi trzepoczących jak chorągiewki na wietrze, gdyż opierających swój system wartości na konsumpcji jako głównym wyznaczniku ich zachowań przybywa w ilościach hurtowych…











Dobrze, że są takie książki i tacy ludzie jak pani Wałęsa czy Tusk i setki innych. To oni zmieniają oblicze tego świata, jak dokonał tego czy współdokonał Lech Wałęsa.





Jestem i jemu i jego żonie ogromnie wdzięczna ( innym też) za to, że mogłam zdawać maturę już w wolnej Polsce…, że moi bliscy nie muszą żyć w tym “zacofaniu” jak to zgrabnie ujęła autorka made in PRL.





13 grudnia dzisiaj to wspomnienie tamtych dni ale też… urodziny mojej przyjaciółki Cécile… radosne święto, pięknej kobiety i osoby…

















niedziela, 7 grudnia 2014

Obalam mit Jedynaka!



Obalam mit Jedynaka !




Bo jedynacy są fantastyczni ! Ileż to razy musiałam wysłuchiwać od bardziej bądź mniej znajomych osób : " Dlaczego masz tylko jedno dziecko ? Nie chcesz więcej ? Uważaj wyrośnie egoista ! Wiadomo Jedynak ! "…

Za każdym razem brzmiało to jak groźba, ostrzeżenie, « życzliwe » uprzedzenie dramatycznych konsekwencji, które miały i mają nadejść.  A samo słowo « jedynak » stawało się w ustac tych « życzliwych » jakimś piętnem, skazą, pewną nieprawidłowością, która ja, nieświadoma matka, powinnam jak najszybciej naprawić !

I szczerze przyznam, że owszem, kiedyś przejmowałam się tymi uwagami. Była czujna, obserwowałam mojego jedynaka próbując wykryć w zalążku jakieś negatywne cechy, które z racji tylko i wyłącznie jego statusu – jedynego dziecka w rodzinie – miałyby go w jakiś sposób skalać.



Przyglądam się jemu już 10 rok… i nie widzę a raczej widzę tylko nie to co sugerowali « życzliwi ». Wczoraj popołudniu zawieźliśmy Antka pod szkołę bo wyjeżdżał z chórem na kolejny koncert ( w nieco uszczuplonym składzie chór na zdjęciach z wczorajszego wieczoru). Wysiedliśmy z samochodu i w stronę Antka podbiegło 3 chłopaków : Arthur, Léandre i Léonard… wykrzykiwali raośnie, że w końcu jest, dopytywali koło kogo usiądzie w autobusie. W kilka sekund mój syn przeskoczył do innego, przyjacielskiego życia. Wrócił wczoraj po 22h rozanielony… wesoły.

Dziś rano, msza święta… po mszy rodzice Arthur'a do nas podeszli z pytaniem czy mogą zaprosić Antka na obiad i na ubieranie choinki oraz robienie szopki do nich do domu… pojechał. W ubiegłą sobotę też był u innego kolegi na obiedzie… w niedzielę inny z koleji zaprosił go na mecz tenisa. W moim domu też się drzwi nie zamykają bo średnio raz w tygodniu mamy tu kogoś od Antka. W klasie lubiany, na przerwach i szkolnej stołówce hołubiony, ma kolegów i w gimnazjum. Na golfie inna paczka przyjaciół, w konserwatorium nie gorzej…

Myślę sobie – jaki egoista ? Jaki sobek, odludek, nielubiany przez innych, rozpieszczony przez tatusia i mamusię ?

Może ktoś inny ale nie mój syn !






W domu pomocny, coraz bardziej… czuły, wrażliwy, wyczulony na innych, pomagający i myślący o innych, uczestniczący w wielu akcjach w szkole czy poza nią, starający się o prezenty dla innych… o zrobienie czegoś dobrego, bezinteresownego.

A miał z niego wyrosnąć taki zarozumiały egoista…



To tylko mit, kolejny, bezmyślnie powielany stereotyp. Jedynacy są tak samo różni jak różne są dzieci mające rodzeństwo. Jedno kłótliwe i egoistyczne inne nie. Bo tak naprawdę nie ma najmniejszego znaczenia czy ktos jest jedynakiem czy ma szóstkę braci. Znaczenie ma to jakim jest człowiekiem, jak został wychowany w grupie, czy osobno, w otwartym domu czy w zamkniętej na zewnętrzny świat twierdzy, przez takich czy innych rodziców.

Ja jestem z mojego Jedynaka ogromnie dumna!

sobota, 6 grudnia 2014

Prezentowo… w noc grudniową…

Prezentowo… w noc grudniową…


Wczoraj wieczorem, przed zaśnięciem odśpiewaliśmy z Antosiem naszą piosenkę, adresowaną do Świętego Mikołaja :





« W noc grudniową, księżyc świeci, biały śnieg się skrzy… »





Tę piosenkę śpiewała mi moja mama, później ja Antkowi, a może za jakiś czas Antek swoim dzieciom… Kto wie ? Dziś o 6 h rano zostaliśmy brutalnie obudzeni krzykiem radości mojego syna, który znalazł obok swojego łóżka encyklopedię Larouss’a o kosmosie, planetach… To jeden z jego koników… przeczytał już od rana ze 100 stron…





Wiedział, że to my rodzice za tym prezentem się kryjemy, ale jak sam twierdził Święty dobrze wpłynął na nasze umysły i podpowiedział nam co kupić.











Kilka godzin później, koło południa, specjalna poczta przywiozła kolejne prezenty tym razem Gwiazdkowe… a była to torebka dla mojej mamy, od pewnego włoskiego projektanta i dwie kosmetyczki skórzane również od niego, dla moich bratowych. Bardzo mi się spodobały… ta torebka do tego stopnia, że zaraz mamę “podpuszczę” z lekka, że może sobie ją zostawię, bo taka piękna??? Hi, hi, hi…

















Cieszę się bo chyba dobrze wybrałam. No, mam taką nadzieję…





W tym roku sporo prezentów jest do zrobienia. Większość zamówiłam internetowo i teraz tylko otwieram przychodzące paczki…





Dla taty bluza sportowa i perfumy, dla mamy cudna torebka styl Grace Kelly i perfumy, dla bratowych wiadomo, dla braci polówki z długim rękawem od pewnego projektanta światowego z włoskim nazwiskiem, dla kuzynek Antka naszyjnik dla jednej i pieniądze dla drugiej po zbiera na nowy telefon, dla babci krem bo uwielbia francuskie, dla mojej chrzestnej zestaw do włosów specjalny bo ostatnio o włosach sobie plotkowałyśmy i wybrałam coś fajnego… chciałybm jeszcze kupić więcej a to siostrom mamy moim ciociom a to mojej ponad 100 letniej już cioci ale nie starczy mi pieniędzy na tyle osób… nie wspominają o podróży i pobycie tam. Mężowi kupiłam sweter kaszmirowy w "serek"… przyda się na miejscu, on też dla mnie wziął kaszmirowy golf… synowi naszem za to chyba najmniej w tym roku, ale też taki jest mój cel… nieco oddalić go od tej francuskiej mody na MEGA KONSUMPCJE z 20 prezentami pod choinką, tylko dla niego… Dostanie więc do nas 2 książki i jedną grę. I starczy.











Przewidziałam też oczywiście dla mojej rodziny kilka butelek starannie wybranych gatunków win, czekoladki a jakże! Mam też ekstra świąteczną herbatę i od znajomego specjalny pieprz rodem z KONGA z jego plantacji… rzadki i wyjatkowo poszukiwany przez kucharzy. I na koniec kilka kalendarzy, na Nowy ROK z Antosiem I jego chórem… on jest z nich szczególnie dumny… takie dodatkowe prezenciki, pamiątki.





I to by było na tyle. Za mało, za dużo? Nie tak? Nie siak ?





Sama nie wiem… choć raczej jestem zadowolona, moje konto w banku dużo mniej… hi, hi, hi…

środa, 3 grudnia 2014

Sfrustrowana mamusia.

Opowiem wam historię, której końca nie mogę przewidzieć, a która zdarzyła mi się w szkole, w gimnazjum.  Otóż mamy koniec pierwszego trymestru. Do 27 listopada mieliśmy wystawić wszystkie oceny oraz oceny opisowe. Jeden z moich uczniów, Jeremiasz, otrzymał jedno 0, 0 na 20, gdyż przez cały miesiąc listopad, od 3 do 27, nie oddał mi zadania domowego z Wos'u.



W ubiegły piątek, gdy tylko weszłam do szkoły naskoczyły na mnie dwie wuefistki, z przerażeniem w oczach uprzedzały mnie o gromach, które miały zwalić się na moją głowę. Mama Jeremiasza była w szkole ! Był 28 listopad… Miałam się stawić u dyrektora. Energicznym krokiem weszłam do jego gabinetu.



Kobieta, w moim wieku, z rozwianym włosem siedziaia przed jego biurkiem. Jak tylko przestąpiłam próg i nie zdążyłam nawet powiedzieć « bonjour » podskoczyła na krześle, stanęla na przeciwko mnie i wykrzyknęła

« Comment osez-vous ?! » czyli « Jak pani śmie ?! »



Dyrektor wstał również i zaczął ją uspokajać prosząc by usiadła. Kobieta trzęsła się ze złości, drgawki pobudzały jej policzki do rytmicznego i chyba nikontrolowanego ruchu. W oczach złość, frustracja, wściekłość. Na kilka sekund przestała mówić. Dyrektor zażądał ode mnie wyjaśnień co do tego « 0 ».

Wytłumaczyłam w kilka sekund, zdziwiona tą niespodziewaną « wojną ». Szef szkoły w tym czasie otworzył odpowiednie strony naszego elektronicznego dziennika i zaprosił, gdy skończyłam, trzęsącą się mamusię za biurko. Zaczął jej pokazywać palcem – kiedy było zadane, co, kiedy należało oddać. Pokazał jej również listy obecności…

Mamusia Jeremiasza nie dawała jednak za wygraną. Przestała krzyczeć… patrząc mi jednak prosto w oczy wycedziła, że moim obowiązkiem jest przypominanie uczniom o nieoddanych zadaniach domowych…



Spytałam więc ile mam dzieci ?

Odpowiedziała, że jedno i że tak w ogóle to nie moja sprawa…

Odpowiedziałam jej, że jam am 176… I że gdybym miała każdemu z osobna przypominać przez 4 tygodnie z rzędu to… hm… nie przeprowadziłabym żadnej lekcji.



Mamusia ruszyła do ataku… ściskała pięści twierdząc, że nie potrafię lekcji prowadzić, że nie znam metod, że mam “gdzies” jej syna. Trwało to kilkanaście sekund.

Dyrektor nie wytrzymał i poprosił ją o wyjście z jego gabinetu… po prostu ją wyrzucił sugerując by więcej się w szkole nie pokazywała jeśli nie potrafi kulturalnie dyskutować.



Mamusia z rozdziawioną buzią, perorując pogróżki wyszła.

Uf… odetchnęliśmy.

Na krótko niestety…

 Wczoraj przylazła jeszcze raz. W sekretariacie dobijała się spotkania ze mną i z dyrektorem. Zeszłam więc na dół. Była dużo spokojniejsza… gdy tylko zaczęła mówić  po jej twarzy popłynęły łzy… tatuś Jeremiasza ją zostawia. Kolejny rozwód. Jeremiasz stał się nadaktywny. Ona sobie nie radzi… przyszła to opowiedzić jak do gabinetu psychoterapeuty…

Konsternacja.



Myślę sobie, że zbyt dużo, za dużo się od nas wymaga, od nas nauczycieli. Nie jesteśmy cyborgami. Nie możemy nieść wszystkich problemów społecznych, międzyludzkich, medycznych… ja przynajmniej nie mogę. Nie chcę, mam swoje, mam swoje życie… Dobrze by było gdyby niekórzy rodzice to zrozumieli.

piątek, 28 listopada 2014

Śmierć Mikołaja, obraza teściów i ogólne « mam dosyć » !!!




W ubiegły week-end dowiedzieliśmy się, że nasz 9 letni syn nie wierzy już w Mikołaja ! Był to naprawdę trudny moment… bo w mojej matczynej głowie wciąż jeszcze wierzył. Niestety koledzy, szkoła, sam proces powolnego dojrzewania i jak sam Antek przyznał – chęć zrobienia nam przyjemności. Otóż on od dawna miał podejrzenia, przestał wierzyć, tyle, że widział, że nam na tym zależy, że nie mówimy mu wprost co i jak i utrzymywał nas w błogiej i jakże słodkiej nieświadomości.

 

Dojrzałego mam syna… momentami. Ale wraz z tą wiarą coś prysnęło jak bańka mydlana, rozsypało się na kawałki… cudowny okres dzieciństwa, wiary, pomieszanej ze sporą dozą wyobraźni, poczucia siły, narcyzmu tego dziecięcego, wszechmocnego.

 

Teraz nie będzie już magicznego oczekiwania, modlitw w wieczór grudniowy do Świętego Mikołaja, dozy niepewności, radosnego krzyku w 25-cio grudniowy poranek bo tyle prezentów jest pod choinką… zacznie się powolne przyzwyczajanie do tego co jest, solidna rezygnacja z niemożliwych do spełnienia żądań, racjonalne tłumaczenia, że nie będzie i że będzie później, wcześniej, inaczej.

 

Żeby było mało rozczarowań… w ubiegły week-end poinformowani o naszym świątecznym wyjeździe do Polski teściowie… rzucili inwektywami w mojego męża a ich syna. No bo jak to !? Któż to słyszał !? Któż to widział !?

Kto ma z nimi spędzić wigilię?

Brat męża spędza ją z rodziną swojej towarzyszki życia, co roku i my od lat całe Święta z teściami. Teraz będzie jednak inaczej. I jest poważny problem z akceptacją z ich strony tego stanu rzeczy.

Ich pretensje zabrzmiały trochę jak : “Jak śmiecie wyjeżdżać i burzyć ustalony latami porządek? Jak śmiecie pozbawiać kuzynki Antka świątecznego spotkania?”

To, że moi rodzice nas na Świętach nie widzieli od 10 lat i kuzynki Antka w Polsce również… cóż to się nie liczy, jest nieważne, nie ma najmniejszego znaczenia…

Kołderkę naciągamy zawsze na tęsamą stronę…

 

I tak ogólnie panuje wielki stress, gigantyczne zmęczenie i napiszę szczerze mam wszystkiego dość! A objawem tego stanu był mój środowy incident – o mało nie miałam wypadku samochodowego – wjechał na chodnik nie zdjąc sobie z tego sprawy, samochodem solidnie zakołysało. Wyłączam się, mój mózg się wyłącza. Nie daję rady pracować tyle godzin w tygodniu w tym w soboty i w niedzielę. Nie daję rady panować nad wszystkim co mam zrobić. Mam coraz poważniejsze kłopoty ze spaniem, Antek zresztą też, mąż też. Warczymy na siebie. Stres nas zjada, pożera i perspektyw na  choćby 1, jedyny wolny dzień czy to sobotę czy niedzielę przed 25 grudnia nie ma. Obawiam się, że skończy się to chorobą i zwolnieniem…

 

wtorek, 25 listopada 2014

Lekcja śpiewu.




 

Już za niecałą godzinę… wyjdę z domu, skręcę w małą uliczkę i pójdę pod górę w stronę kościoła Świętego Augustyna. Na przeciwko tego neo-gotyckiego budynku znajduje się mediateka a w niej sale. W jednej z nich, co wtorkowy wieczór mam próbę chóru.





Od września powróciłam do mojej starej pasji – śpiewania. Kladuia zaciągnęła mnie do chóru Opus 33 i wyjątkowo dobrze to zrobiła. Uwielbiam to!





Pracujemy, cały ten rok, nad mszą C-minor Mozarta. Moje mięśnie brzucha mówią mi dziękuję bo przy tej ilości wokaliz i górnych sol z la wyglądają coraz smuklej. No może nie tak jak u jakiegoś kulturysty ale widać gołym okiem pozytywne efekty. Cóż to skutek uboczny śpiewania.





W zeszłym tygodniu zamiast pracować z całym chórem zostałam zaproszona przez Françoise, naszą specjalistkę od wokalu, śpiewającą w konserwatorium na indywidualną próbę. Całe półtora godziny ćwiczeń, napięcia i rozluźnienia. Idealnie nie jest bo przepuszczam zbyt dużo powietrza na raz przez moje struny głosowe i muszę wyćwiczyć ich solidne “zwężanie” by śpiewać w większym konforcie nawet najtrudniejsze partie soprano. Robi się… powoli. Pewnie w styczniu wezmę kilka lekcji śpiewu, dodatkowo.


W marcu pierwsze koncerty z orkiestrą i z solistami, więc mamy trochę presji.


Będę gotowa. W domu też ćwiczę czasami grając na pianinie co trudniejsze fragmenty. Odpręża mnie to i daje wiele satysfakcji.





Syn w chórze, mama w chórze tylko tata nie…

sobota, 22 listopada 2014

Boże Narodzenie… w Polsce !!!

Boże Narodzenie… w Polsce !!!





 


Po 10 latach… nieobecności w kraju nad Wisłą… w końcu… powrót i wielka RADOSC !


 


A myślałam, że już i w tym roku przepadło…


Zaczęło się o zaproszenia moich rodziców na Święta do nas, do Bordeaux. Zmieniliśmy dom, Antek śpiewa w chórze i teoretycznie miał śpiewać na Pasterce w tym roku w katedrze – w praktyce raczej nie bo o 24h to zbyt późno jak na takich maluchów, według dyrygenta chóru więc zaśpiewają tylko ci starsi.


 


Rodzice myśleli, myśleli, plany zmieniali w końcu powiedzieli, na początku października, że nie przyjadą. Nigdy u nas jeszcze nie byli na żadnych Świętach i w sumie żal mi było, ale cóż. Taka decyzja. W tym czasie my się akurat przeprowadzaliśmy i o Świętach myśleć przestałam po prostu…


 


Na Wszystkich Świętych myśl wróciła bo perspektywa kolejnych Świąy u teściów ze mną jako kucharką i organizatorką w roli głównej niezbyt mnie zachwycała. Teściowe zresztą jak narazie nie zapraszali. Mój mąż chciał ich zaprosić ale pokręcili nosem i właściwie ostatecznie nie odpowiedzieli. Pozostawało więc siedzenie świąteczne ale tylko w trójkę w domu – czego mój mąż raczej nie znosi bo mówi, że smutno i że rodziny nie mamy; wyjazd na narty albo… wyjazd gdzieś… Nart zaczęliśmy szukać i już coś miałam rezerwować w Andorze w ubiegłą środę, bo bilety do Polski okazały się horendalnie drogie, gdy… w środę wieczorem mój Steph kursował w sieci. Na stronach Lufthansy pojawiła się okazja przelotu z Tuluzy do Poznania przez Monachium w rozsądnej cenie i kupiliśmy 3 bilety!!!


 


Hip, hip Hurra!!!


Dwa po niższej cenie, trzeci nieco drożej ale jakoś poszło. Ceny jak wiadomo zmieniają się co kilka minut więc trzeba utrafić…


 


Wylatujemy 23 grudnia, dotrzemy o północy i zostaniemy do 3 stycznia. Bardzo, bardzo się cieszymy na ten pobyt… ja na polskie kolędy, opłatek dzielony z rodziną po 10 latach a nie tylko przez telefon, karp, makiełki mojej mamy, może śnieg… Bezcenne!!!!


 


Podróż nie będzie lekka bo do Tuluzy trzeba dojechać ale… cóż to dla nas… po amerykańskich voyages… I tysiącach kilometrów?


 


Teraz kupuję prezenty i szykuję co się da za wczasu bo ostatnie 4 tygodnie w szkole będą bardzo, bardzo ciężkie i czasu nie będzie na nic…


 A dziś uśmiech na twarzy i kolacja z przyjaciółmi,  w moim domu. Dobrze mi!


wtorek, 18 listopada 2014

Molier, fotel, 4 krzesła, 6 rad pedagogicznych…

Tak bym streściła ostatnie dni. Tyle się dzieje, że człowiek nie nadąża z pisaniem, a listę tę mogłabym przecież pociągnąć jeszcze długo i długo…







Wróćmy do soboty… lało, Antek bawił się w najlepsze z kolegą, niezwykle urodziwym i wyjątkowo dobrze wychowanym chłopcem o imieniu Artur (kolegą z klasy), a ja ruszyłam w miasto. Kupiłam nieco ciastakrskiego prowiantu, ale o tym pisałam już na kulinarnym blogu, oraz sporo kosmetyków, olejków roślinnych do domu i dwa swetry! Tylko dla mnie! Jeden pomarańczowy, drug błękitny. Mój mąż stwerdził, że babciowy – ten pierwszy. Naburmuszyłam się nieco i wczoraj ubrałam mój śliczny pomarańcz do granatowych sztruksów, wiązanych butów typu Derbby, na szyji zawiązałam moją jedwabną apaszkę w kolorze blue i ruszyłam do pracy…







A w pracy… same komplementy, ha, ha i nikt o babci żadnej nic nie wspominał – miałam mój rewansz na poniedziałkowy wieczór.







W międzyczasie była jednak niedziela… lało… ale mieliśmy bilety kupione do teatru Pergola na sztukę Moliera. O 14h30 wyruszyliśmy więc z domu z Antosiem oczywiście, by obejrzeć to dzieło, które tak rozśmieszyło Ludwika XIV i jego świtę czyli “Chory z urojenia”!







Śmiechu było co niemiara. Spędziliśmy więc fantatstyczne popołudnie nie przejmując się zupełnie tym co za oknem.



No a w poniedziałek?



Aha, miałam mój wieczorny rewansz! Zanim jednak do niego doszło… 6 godzin lekcji, dojazd do pracy w strugach deszczu i w porannej nocy – odmawiałam zdrowaśki (przysłowiowe) bo na drodze nic nie było momentami widać. Pomyślałam sobie, że nie po to jeżdżę do pracy by życie swe narażać? Rzeczywistość jest jednak nieco inna.



W pracy 176, o przepraszam 174 bo dwóch nieobecnych było, uczniów… galimatias w głowie bo imiona mi się mylą tych szkolniaków na potęgę. W jednej z klas mam w jednej ławce : Jules i Julian, jak dwie krople wody, bracia… mylę ich systematycznie. Jedna pannica o imeniu Anaelle ma o to do mnie wyraźne pretensje, gdyż jej imię mylę z Abigaëlle, która siedzi w tym samym miejscu co Anaelle tyle, że godzinę wcześniej… uf…







W przerwie obiadowej dowiedziałam się, że w dwóch pierwszych tygodniach grudnia mam… 6 RAD PEDAGOGICZNYCH: 1, 4, 8, 9, 12 i 15 grudnia! O 18h30… do 20 h… będę więc siedzieć w tej świątyni wiedzy w te dni od 8 h rano do 20 h cięgiem… UWIELBIAM TO!!!



Czy ktoś coś mówił o nauczycielach z… POWOLANIA? Hm, w tym wypadku niestety, żadnego powołania, ani tyci, nie odczuwam. Dominuje u mnie instynkt macierzyński, o ile taki istnieje, i wnerw na tę organizację, która nie pozwoli mi widzieć przez 6 całych dni mojego własnego dziecka!!! Ot, co!



Ale to dopiero za 2 tygodnie… jeszcze zdążę się powkurzać…







Tymczasem, dziś odwiedziłam mój nowy, ulubiony sklep meblowy czyli Maisons du Monde i zakupiłam: 4 krzesła – mam dwa, dwa inne są zamówione, fotel – też zamówiony i dwie lampy oraz świcę pachnącą pierniczkami i cynamonem w puszce jak na kakao albo herbatę… już, już miałam włożyć do kosza kolejnych kilka talerzy i innych pierdółek, ale musiałam się powstrzymać. Finanse leżą i jeszcze będą leżeć dopóki z wszystkimi zakupami domowymi się nie wyrobimy czyli conajmniej do przyszłego lata… chlip, chlip, chlip…







Krzesła są solidne, nogi ciemne, dębowe ale obicia … pomarańczowe, w moim salonie gdzie jest czarne pianino, czarny mebel i czarne TV, wielka kanapa z dużąąą ilością poduszek beżowa wykończona białymi lamówkami, kredens drewniany i szklany;  i fjeszcze ioletowy dywan ( trochę jak fuksja) gruby, mięciutkki, jak się w niego zapada to stop nie widać… wełniany, uwielbiam go;  będą pomarańczowe krzesła… bardzo mi się podobają te kolorowe plamy w tym neutralnym tle… Fotel też tutaj będzie… skórzane siedzisko ale nogi i poręcze  z drzewa mangowego… trochę w stylu orientalno- biurowo-klubowym. Akurat to mi się zmieści. I lampy… kremowe, dwie takie same, plus ta sufitowa ładnie ze sobą współgrają.







Zostało do kupienia: biurko dla mnie, kanapa do mojego biura tzw: dla gości czyli rozkładana, dziś mi jedna wpadła w oko i nawet w cenie bo coś około 700 euros – co we Francji nazywa się … tanio… I lampa na biurko Antka i meble na taras i rośliny i barbecue i tysiące innych rzeczy…







A do zrobienia? Uf… lepiej nie pisać!

piątek, 14 listopada 2014

Powrót do « stalinizmu »




 

A w każdym razie do zamierzchłych i wydałoby sie już przebrzmiałych czasów…

Miałam zrobić bardzo pozytywny wpis, ze zdjęciami. Jednakże okoliczności sprawiły, że podzielę się dzisiaj z wami moim smutkiem.

 

Jestem « młodym » choć już starym nauczycielem we Francji. Z powodu owej młodości mam przypisaną pewną liczbę punktów. Mam punkty za męża, za dziecko, za szczebel kariery na którym się znajduję, za kilka lat pracy. Wciąż mam jednak tych punktów za mało by pracować na stałe w jakimś gimnazjum czy liceum, w jednym mieście. Co roku więc zmieniam szkołę, kolegów, uczniów. Jest to dość frustrujące, ale dopóki odbywało się w okolicach Bordeaux mogłam to bez problemów znieść.

 

Wczoraj jednak, na kolejnym ze szkoleń, na które muszę co jakiś czas się udawać ( w tym roku są to 4 pełne dni) dowiedziałam się, że niestety… liczba wymaganych punktów na pozostanie w okolicach Bordeaux w przyszłym roku przerasta znacznie tę, którą dysponuję. Zaproponowano mi więc pracę w naszej Akademii ( Francja podzielona jest na akademie – prawie synonym w regionami, zarządzane kuratoriami) czyli w Akwitani tyle, że w innym departamencie, gdyż na Akwitanię składa się 5 departamentów. Tudzież mogę wybrać inną Akademię, gdzie liczba wymaganych do “wejścia” punktów jest w moim zasięgu czyli na przykład Nord Pas de Calais albo poparsykie Créteil.

 

W mojej akademii zaproponowano mi jakieś miejsce w Lot-et-Garonne czyli od 2 do 3 h jazdy samochodem od mojego domu.

Jest więc ewidentnym fakt, że pracując tam będę musiała i tam w tygodniu zamieszkać: może od poniedziałku do piątku a może przy odrobinie szczęścia do czwartku jak ktoś się zgodzi zgrupować moje lekcje…

 

Nie ukrywam, że sytuacja sprawia, że nie śpię… a raczej nie śpimy wraz z mężem głowiąc się nad tym jak to strategicznie rozegrać i rozwiązać z jak najmniejszą szkodą dla rodziny???

 

Mój mąż pracy poza wielką metropolią nie dostanie. On więc raczej musi zostać w Bordeaux. Sytuacja Antosia też jest tutaj dość stabilna i jego zaangażowanie w tenisie, w golfie, w konserwatorium i w szkole… jakoś nie mogę, sama sobie, dać prawa do zniszczenia tego. Zadecydowania o przeprowadzce na rok?, na dwa lata? I odsunięcia go od tego wszystkiego w czym jest znakomity i w czym tak dobrze się czuje…

 

Co więc pozostaje? Moje mieszkanie osobno, ich tutaj w Bordeaux i widzenia w weekendy. Antek bardzo źle na to wczoraj zareagował twierdząc, że będzie widywał mamę w soboty i w niedziele jak dzieci z rozwiedzionych rodzin.

Utknęły mi tego jego słowa jak ość w gardle…

 

Jest jednak pewien szkopuł i w tej sytuacji. Mój mąż, średnio raz w tygodniu wyjeżdża na kilka dni do Paryża, do Amiens… do klientów… a tutaj nie mamy nikogo, nikogusieńko… kto wtedy zajmie się Antkiem? Da mu jeść, zaprowadzi do szkoły, zawiezie do konserwatorium?

 

Trzeba będzie kogoś zatrudnić, co oznacza spore koszty! Moje mieszkanie w pokoju poza domem to kolejne koszty, dalekie dojazdy to kolejne koszty a pensja nauczyciela czy nad Wisłą czy nad Sekwaną? Cóż wiadomo jaka jest…

Jednym słowem obawy, stres, napięcia i sporo znaków zapytania i kilka nieprzespanych nocy już za mną…

I wściekłość na system… nakaz pracy w danym miejscu i nie w innym, odgórny, nieludzki, nie biorący pod uwagę sytuacji rodzinnych nauczycieli…

Dlaczego więc się dziwić, że poziom spada na łeb na szyję, Francja jest 24 w klasyfikacji PISA a Polska 13? Dlaczego się dziwić, że tylu nauczycieli na zwolnieniach siedzi miesiącami? Skoro jesteśmy tylko pionkami, wartymi liczbę punktów…?

niedziela, 9 listopada 2014

Muzyka, mózg i my…

Muzyka, mózg i my…





 


Czyli jesteśmy po kolejnym koncercie, ale nie tylko… Jestem świeżo po lekturze książki amerykańskiego neurologa, profesora dwóch uniwersytetów w Nowym Jorku, Oliviera Sacks, wydanej w 2009 roku we Francji.


Książka zaczyna się od stwierdzenia : « Jakże dziwnym jest fakt, że miliardy ludzi – cały ludzki ród – gra i słucha motywów dzwiękowych pozbawionych znaczenia, które nazywa « muzyką » !


Dokładnie taka sama refleksja naszła mnie kika dni temu, podczas naszego pobytu w Bretanii, u teściów. Udaliśmy się tam z naszym Antkiem do obserwatorium astronomicznego na kolejny dokument filmowy : “Niebo w Rennes tej nocy”. Wyświetlaniu tych filmów i naukowym wyjaśnieniom zawsze towarzyszą tam fragmenty utworów muzycznych, geniuszy ludzkości. I pomimo przerażającej rozpiętości naszego świata to właśnie muzyka sprawia, że przestajemy się tej głębi nieznanej bać. Uświadamiamy sobie istnienie naszego geniuszu i naszego ducha.


 


Sacks na 470 stronach swojej książki nie mówi właściwie nic innego. Pogłębia tylko tę jakże ogólną refleksję, deklinując ją na kilkanaście sposobów : emocje, pamięć, choroby, tożsamość – to tylko niektóre elementy naszej ludzkiej natury dla których muzyka jest niezbędna, kluczowa i zasadnicza. Do wielkości i niezwykłego acz pozytywnego wpływu muzyki na nasze życie ten autor nie musiał mnie przekonywać. Dowiedziałam się jednak z tej książki, że, na przykład, ilość obszarów mózgowych poruszanych muzyką jest znacznie większa niż tych związanych z mową i z posiadaniem języków. Człowiek jako jedyny w ziemskiej naturze jest istotą muzykalną. Z medycznego punktu widzenia muzyka pozwala leczyć chorych na Parkinsona i na Alzheimer’a, niektórym pacjentom po ciężkich urazach i utratach pamięci tę pamięć właśnie przywraca choć w wielu szpitalach na świecie praktykę muzyczną traktuje się po macoszemu.


Na stronie 126 Sacks pisze, że płód i dziecko od najmłodszych lat powinno być otoczone muzyką i że praktyka instrumentu i śpiewu pozwala dziecku na rozwinięcie obszarów mózgowych, które dzieci nie mające z nią styczności nigdy nie rozwiną – co dalej będzie widoczne w ich życiu zawodowych, podczas nauki, studiów jak i w ich życiu osobistym. Przytacza on sporą ilość badań, które sam przeprowadził i które potwierdzają rozwinięte tezy.


 


Muzyka jest w moim życiu od zawsze. Spiew w dziecinstwie, później pianino, muzyka słuchana w domu, teraz znów śpiew chóralny. To samo staram się przekazać mojemu synowi, który już trzeci rok uczęszcza do konserwatorium w Bordeaux. Gra na saksofonie. Uczy się solfeżu, śpiewu. Od tego roku dołączył do prestiżowego chóru męskiego i chłopięcego i do grupy muzycznej instrumentalnej, gdzie po prostu bawi się na całego koncertując z kolegami od trąbki i klarnetu. Od najmłodszych też lat prowadzamy go na najróżniejsze koncerty i do opery.


Dziś kolejny, poranny koncert z naszej filharmoni. Te godzinne koncerty dla dzieci odbywają się u nas raz w miesiącu i mamy na nie abonament.


Konferansjer wyjaśnia dzieciom znaczenie muzycznych fragmentów, opisuje życie kompozytorów, losy ich dzieł. Orkiestra pogrywa kawałki dzieł by pokazać poszczególne opcje po czym przechodzi do grania całości.


Dzisiaj słuchaliśmy Leonard’a Bernstein’a, George’a Gershwin’a, Aaaron’a Copland’a i Louis Prima. Ten ostatni w swym utworze “Sing, sing, sing” post-mortem sprawił, że nawet muzycy z orkiestry tańczyli a publiczność razem z nimi. Było wesoło, dynamicznie… dzieciaki aż podskakiwały słysząc prawdziwe klaksony samochodów w “Amerykanin w Paryżu” u Greshwin’a…


Muzyka poznawana w ten sposób nie tylko wzrusza ale też uczy i bawi, zapada w nas, gdzieś głęboko i czyni nas lepszymi jak pisze Sacks. Badania neurologiczne wskazują na fakt, że seryjni mordercy, psychopaci i inni kryminaliści albo na muzykę byli w ogóle niewrażliwi albo docierał do nich tylko jeden jej typ jak słynny już przykład przywiązania Hitlera do Wagnera…


 


“Gdzie słyszysz śpiew tam wchodź, tam dobre serca mają. Zli ludzie wierzaj mi nigdy ci nie śpiewają”…


sobota, 8 listopada 2014

Powinnam mieszkać w Egipcie… a ja chcę raczej do Nowego Yorku!

Powinnam mieszkać w Egipcie… a ja chcę raczej do Nowego Yorku!









 


Zainspirowana podanym na znajomym blogu linkiem, poszłam wykonać test: “ W jakim kraju powinieneś mieszkać?”.


Kilknęłam, test wykonałam aczkolwiek niektóre pytania wydawały mi się dziwne, mało precyzyjne, tak tendencyjne, że wiadomo było w stronę jakich odpowiedzi prowadzą. Jakież było moje zdziwienie, gdy okzało się, że powinnam mieszkać w Egipcie???


 


Po pierwsze nigdy w Egipcie nie byłam i nawet się tam nie wybieram! Kraj ten umieszczony jest na liście niebezpiecznych miejsc. Ostatnie rewolucyjne zawieruchy go nie oszczędziły i nadal nie jest tam spokojnie. Nil jest jedną z najbardziej zanieczyszczonch rzek świata. Poziom życia w Egipcie hm… raczej różni się od naszego a sytuacja kobiet w tym chrześcijan nie jest nawet neutralna!
NY
Więc dlaczego Egipt? Czyżbym miała awanturniczą duszę? A może to ze względu na moje historyczne pasje?


 


Test nie test do Egiptu przeprowadzać się nie zamierzam… ale wróciłam bym z chęcią znów do Nowego Yorku, do jego najpiękniejszych dzielnic, do tej pulsującej energii światowej metropolii, w której wszystko wydaje się być możliwe…


Radosne wspomnienie wakacji…



0003MWN1YM9GJAS5.JPG
Zdecydowanie... cenie sobie WOLNOSC!

czwartek, 6 listopada 2014

Memento mori.


Pozostając w listopadowym nastroju przypomniałam sobie o zdjęciach z tego lata. Na wielu zaprzyjaźnionych blogach podziwiałam zdjęcia z pierwszych dni tego miesiąca i we Francji i w Polsce. Nie miałam jednak okazji wspomnieć ani obejrzeć cmenatrzy zza oceanu Atlantyckiego. A tam przecież spoczywają też moi bliscy…

 

Podczas naszej letniej wyprawy do Kanady i do Stanów Zjednoczonych odwiedziliśmy kilka cmentarzy. Tych kanadyjskich ze względu na rodzinne groby, tych amerykańskich ze względu na zwykłą ciekawość i ich historyczną i kulturalną wartość. Są inne niż te francuskie i te polskie. Nie ma tutaj kaplic w miniaturze jak na francuskich-cmentarzach pominkach, nie ma też wielkich marmurowych nagrobków z ławeczkami ustawionymi u ich podnóżka jak w Polsce. Nie ma świec, we Francji też ich zresztą nie ma i często też nie ma indywidualnych bukietów czy doniczek kwiatów bo sadzi je i pielęgnuje administracja cmentarna.

 Memento mori

To co zaskakuje, za Oceanem to możliwość przejazdu przez cmentarz samochodem, po cmentarnych alejkach. Cmentarze w centrach wielkich metropolii takich jak Nowy Jork czy Boston wypełnione są płytami z XVI i XVII wieku, w kontraście z wieżowcami ze szkła i ze stali wyglądają jak pozostałości po poprzedniej cywilizacji, której ta szklana i informatyczna wszystko przecież zawdzięcza. Są wołaniem o pamięć, o niezpominanie o tym co było i co  nas stanowi. Dość wyraziście też zmuszają do zwolnienia kroku, spojrzenia… szczególnie w Nowym Jorku, gdzie pędzi wszystko i wszyscy jest to niesamowicie widoczne. Stary, miejski cmenatrz jeszcze z XVII wieku, nieopodal Ground Zero… cmentarza współczesności, I nowojorczycy zwalniający krok, rzucający jakby zatrzymane w kadrze spojrzenia przez czarne, metalowe pręty, solidnego ogrodzenia.

cmenatrze
Najstarszy miejski cmentarz w Nowym Jorku, przy World Trade Center

 I sam Ground Zero z tymi podwójnymi, czarnymi dziurami, do których nieustannie spływa woda, jak do środka ziemi, której dna nie widać.

 Imiona, nazwiska, numery lotów, nazwy przedsiębiorstw… byli i ich nie ma? Byli i nadal są, obok nas, w nas?
Ground Zero -  lot 93

 

Cmentarze za Oceanem nie świecą, jak te francuskie poza 1-szym listopada, pustkami. Panuje na nich wolny ruch otulony ciszą, szacunkiem i, jak dla mnie, pozbawiony tego polskiego “zadęcia” definiowalnego ilością zniczy, postawionych doniczek i wielkością chryzantem. Śmierć jest wspólna nam wszystkim… czy marmurowy czy lastrikowy pomnik czyni ją znośniejszą? Czy brak liści na płycie i jej idealne wypolerowanie przywraca nam zmarłego? Czy tylko satysfakcjonuje naszą, osobistą pychę?

Zawsze dobiegają do mnie te pytania, gdy odwiedzam groby dziadków w Polsce… Nie przyszły mi one na myśl, gdy byłam na grobach bliskich w Kanadzie… Czy to dlatego, że wszystkie groby były takie same? Nie wiem…

 
Jeden z nagrobkow w centrum Bostonu


W tym roku byliśmy w Bretanii. W dniu Wszystkich Świętych pojechaliśmy na cmentarze, na których pochowani są dziadkowie mojego męża. Było sporo ludzii i dużo kwiatów. Moich teściów jednak z nami nie było. Zupełnie nie przeszkadzał im fakt, że chodzi o groby ich rodziców. Ich cmentarze deprymują, jak sami twierdzą. Na groby więc, nawet matki i ojca nie jeżdżą, kwiatów nie składają. Dla mnie to niezrozumiałe… Jak i fakt, że mama mojej szwagierki nie ma grobu, nie ma płyty, nie ma miejsca, na którym można by się spotkać, wspomnieć ją, pomodlić się za nią… Była, odeszła i nawet tego 1 listopada czy 2… nikt o niej nie wspomniał, nie złożył kwiatka, nie zapalił świeczki.

 

Memento mori…
Najstarszy cmenatrz w samym centrum Bostonu.

wtorek, 28 października 2014

Przeprowadziłam się…


 

 



 

Zajęło to bardzo, bardzo dużo czasu… sił i pieniędzy. Właściwie od 4 tygodni byłam przez większą część dni zajęta przeprowadzką. Najpierw pakowaniem, później organizacją przewozu, następnie rozpakowywaniem i urządzaniem i jeszcze z pewnością na kilka tygodni tego urządzania nam zostało!

W międzyczasie tak zwanym… trzeba jeszcze spać, jeść, żyć, pracować, dziecko do szkoły i na sporty zawozić, przyjaciół widywać, z rodziną telefonicznie rozmawiać, problemy najróżniejsze rozwiązywać…

Samo życie jednym słowem.


Przeprowadzka nie poszła tak sprawnie jak przewidywaliśmy z powodu… obcych, nieznanych nam ludzi, którzy na naszym starym jak i na naszym nowym adresie pomimo ustawionych tablic informacyjnych z zakazem postoju swoje wehikuły zostawili. W przeprowadzkowy poranek straciliśmy prawie 3 godziny, gdyż trzeba było dzwonić po policję miejską. Ta po przyjeździe wołała straż uliczną ze specjalnymi samochodami, które musiały najpierw usunąć 3 samochody osobowe, nieprawidłowo zaparkowane by nasza ciężarówka mogła w ogóle się ustawić i zacząć pakować nasz skromny dobytek…

 

Gdy popołudniu przyjechaliśmy na nowy adres – dokładnie taka sama sytuacja… 3 samochody nieprawidłowo zaparkowane do usunięcia, na początek, zanim ciężarówka nie zaparkowała i nie rozpoczęła rozładunku.

 

I tak to we Francji wygląda z przestrzeganiem zakazu postoju i parkowania. Ludzie wolą zapłacić nawet kilkaset euro za odzyskanie swojego samochodu od straży miejskiej niż prawidłowo zaparkować. Widać za dobrze im się powodzi. Nas to jednak kosztowało kilka godzin nerwów, zmęczenia, nie mówiąc o wykończeniu panów od przeprowadzki…

 

A teraz?

Jest cudownie móc wpić herbatę na tarasie, pod drzewami – tak mamy wciąż 22-23°C ciepła i błękitne niebo!

Ale drzewa powoduja też, że w salonie w dzień światło muszę palić – co już mniej nam się podoba, ale jest wyraźnie ciemno… parter w naszym domku… negocjujemy więc od 10 dni z właścicielami drzewa zza płotu usunięcie wchodząących na nasz teren konarów. Narazie idzie mozolnie. I chyba trzeba będzie złożyć wniosek do sądownictwa by sprawa ruszyła z kopyta do przodu. Póki się miło rozmawia nikomu się nie śpieszy… ja jednak muszę dodatkowo za prąd płacić i nie chcę by mnie czyjeś drzewo kosztowało…

 

Życie byłoby znacznie prostsze gdyby wszyscy przestrzegali tylko reguł prawa… ale większości się nie chce…

 

Wiele pewnie jeszcze przed nami… Fajnie jednak mieszka się w małym domku… jest milutko, mamy więcej miejsca. Sąsiedzi z naszych szeregowców okazują się być wielce sympatyczni… po mojej lewej stronie amerykańska rodzinka i dwa domy dalej po prawej też Amerykanie… To nam się międzynarodowo zrobiło. Zaraz obok Francuzi i niezbyt sympatyczni ale nie wadzą… czuję się tutaj trochę jak na wsi… gadamy przed domkami, na herbatkę się zapraszamy. A za domkiem, na tarasie suche liście, drzewa, ptaki i cisza… i nasze pierwsze dwa leżaki !!!

 

Jutro wyjeżdżamy na końcówkę wakacji świątecznych do Bretanii, do moich teściów. Wrócimy w niedzielę i znów przyjdze czas wracać do szkół…

poniedziałek, 27 października 2014

Mój mały śpiewak…



 

Od września, podążając śladami François Mauriac, o którym już tutaj pisałam, mój synek nie tylko zaczął uczęszczać do tej samej szkoły co wielki pisarz, ale również został przyjęty, po przesłuchaniu, do chóru Les Petits chanteurs de Bordeaux. Stawia w nim swoje pierwsze wokalne kroki jako młodziutki sopran.

 

W zeszłym tygodniu wyjechał ze swoim chórem na 5 dni stażu, do Dordogne, które zakończyły się wczoraj sporym koncertem z organami i z zespołem instrumentów dętych w kościele Świętego Jakuba w Bergerac. Pojechaliśmy na ten koncert, jego pierwszy koncert i my, z Bordeaux. O godzinie 15h rozpoczęto sprzedaż biletów, dla rodzin chórzystów przysługiwał tylko 1 bilet, drugi więc kupiliśmy za całe 20 euro i chyba 20 minut po 15-stej kościół był pełen choć początek koncertu był przewidziany na godzinę 16-stą.

 Bergerac 1
Kosciol Swietego Jakuba z umieszczonym przed nim pomnikiem Cyrano de Bergerac.


Chór wykonał mszę tzw: Messe de la Délivrance, napisaną przez Théodore Dubois na zakończenie I-szej wojny światowej z organami i z grupą instrumentów.Wyjątkowo piękny i jeszcze relatywnie mało znany utwór. Najmłodsi śpiewacy nie śpiewali tej mszy tylko dopiero na koniec koncertu dołączyli do stałej kadry chóry na dwa ostatnie utwory. Ukłon jednak wykonali już tak samo perfekcyjnie! Antek był przeszczęśliwy, zaangażowany, uśmiechnięty od ucha do ucha.

 

Jest bardzo mocno zmotywowany tym śpiewaniem, próbami i koncertami, wyjazdami. W kwietniu kolejny tydzień stażu i jak do tego czasu będą wzorowo się rozwijać to zostaną mianowani stałymi śpiewakami i dostaną błękitne sweterki oraz metalowe krzyże Małych Śpiewaków z Bordeaux.

 Bergerac 2

I tak spoglądając na małego Antka przypominał mi się wciąż mój brat – Paweł jak w tym wieku zaczynał śpiewanie u Stuligrosza… spodnie do kolan, na kant, długie białe podkolanówki, biała koszula I u Stuligrosza czerwone kubraczki a tutaj niebieskie swetry w serek. Na stopach mokasyny błyszczące czarne u mojego Antka… zanim je znalazłam to kilkanaście sklepów obuwniczych w mieście obeszłam w zeszłym tygodniu… nie wspominając o cenach… Antoś swoje mokasyny przymierzył w sklepie. Pan sprzedawca nakładał mu je za pomocą łyżki do butów, po czym mój Antek wykrzyknął:

“Mamo zobacz buty jak u Ludwika XIV!”


 

Wczoraj dumnie wmaszerował do kościoła i śpiewał, śpiewał… ostatnio śpiewa cały czas rano, w południe i przy kolacji.

piątek, 10 października 2014

Przeprowadzam sie....

Nie pierwszy to raz i z pewnoscia nie ostatni. Po prostu kolejna przeprowadzka w moim zyciu. Chcieliśmy jej, myśleliśmy o niej, domagaliśmy sie jej.... Bo po prostu chcemy większej powierzchni, większej liczby pokoi, tarasu pod drzewami... Chcemy tez byc bliżej nowej, antkowej szkoły i jego klubu tenisowego. Częstotliwość odwiedzania tychże miejsc wymaga pewnej adaptacji.
Znaleźliśmy nowy dom. Nie do końca z naszych marzeń. To tylko dom kompromisu na najbliższe 3-4 lata przed możliwym zrealizowaniem domowego marzenia o czymś drewnianym, z tarasem i z ogrodem. Dom kompromisu ze względu na cenę, na lokalizacje, na otoczenie. Nie do końca idealny ale myślimy, ze lepiej spełniający nasze aktualne potrzeby i wymagania.

Przeprowadzka to jak zamknięcie pewnego rozdziału i otworzenie nowego. Tyle, ze jak każdy proces powstawania, zamykania, umierania i rodzenia, i ten nie jest bezbolesny. Wczoraj odczułam to bardzo wyraznie gdzieś w połowie moich pleców. Ból, dość ostry, którego nigdy wczesniej nie poznałam. Przeciążenie? Nadwyrężenie?
Z pewnoscia...
Przede mną kartony, dziesiątki kartonów, które co wieczór, po pracy pakujemy i opisujemy. Obok mnie worki rożnych rozmiarów systematycznie zapełniane tym co do zachowania i tym co do śmieci. Kręcące sie pralki, gole juz okna i puste sufity oraz ściany. Coś sie obnaża, odzierając nas z resztek miejscowych wspomnień. Chowamy te skrawki pieczołowicie w kartonach. Od czwartku będziemy je wyciągać, ustawiać, wieszać albo i chować w czeluściach garażu bo okażą sie zbędne?

Tak, dziwny to czas.... Czas przeprowadzki. Czas skrajnego zmęczenia i zdenerwowania pomieszanego z radosnym podnieceniem i otwarciem na to co nowe, na to co ma nadejść i zaspokoić pragnienia. Proces... Długi... Męczący, ciekawy. Cześc naszego zycia.

wtorek, 7 października 2014

Nerwy w konserwy…




Ostatnio jestem strasznie nerwowa. Nie wiem czy to przemęczenie ? Czy ilość spraw na głowie? Czy pewne frustracje?

W każdym razie chyba trudno do mnie podejść.

Gdy przez kilka godzin w szkole czynię nadludzki wysiłek panowania nad sobą i nad nerwami to po wyjściu z pracy lepiej się do mnie nie zbliżać. Zupełna drobnostka potrafi wyprowadzić mnie z równowagi.

Od kilku dni mam kłopoty z połączeniem internetowym I telefonicznym… po prostu linia milknie co kilka-kilkanaście minut… niby nic? A mną aż w środku trzęsie jak np: dzisiaj, gdy muszę się do firmy przeprowadzkowej dodzwonić i co nie zacznę rozmowę to cisza w słuchawce.

Rzucam więc przysłowiowymi “jobami”.

Problem w tym, że mam tak ostatnio ze wszystkim. Moja cierpliwość kończy się w momencie przekroczenia progu szkoły – kierunek dom. Wszystko mnie drażni. Brak migaczy u niektórych kierowców na rondzie, gdy wracam – trąbię wtedy z całej siły, ciężarówki zaparkowane na środku drogi I inne blokady… to, że mąż wczoraj,  po raz tysięczny zapomniał kupić chleba… rzucone skarpetki Antka na środku przedpokoju, blokujący się klucz USB… dosłownie wszystko.

 

Stałam się jeżem z bardzooo długimi kolcami I aż sama się boję bo skończy się na tym, że sama siebie pokłuję.

 

Rozmawiałam wczoraj na ten temat z koleżanką po fachu. Mówi mi oj kochana, mam tak samo… mamy w pracy tak wielki stress I tyle nerwowego napięcia z uczniami, że kiedyś ta para musi ujść. Nathalie stwierdziła nawet, że tylko dlatego, że jej mąż też jestbelfrem I że to rozumie  to jeszcze się nie rozwiedli…

 

Mój belfrem nie jest, i nie rozumie… ucieka do kuchni, pokoju by mnie nie słyszeć. Dobrze, że mam blog… mogę chociaż tutaj trochę tej pary upuścić!

niedziela, 5 października 2014

Szlachetne zdrowie…




 

Wczoraj miałam przyjemność pokonwersować z moją ciocią Marią. Lat 100 i prawie 9 miesięcy. Najstarszą żyjącą osobą z mojej rodziny. Jej zdjęcia figurują już na moim blogu,  jak i opisy jej jakże barwnego życia.

Ciocia Maria zwana przez nas Manią, mieszka u swojego syna w Wałczu, już od kilku lat. Bardzo się ucieszyła z mojego telefonu i od razu opowiedziała mi jak to poranek spędziła na ogrodzie, grabiąc liście na trawnikach. Po czym dodała !

«  Wiesz, wcale nie czuję się zmęczona. Nic a nic. Zdrowie mi dopisuje więc dziękuję za to Bogu ».

I tak jest od kiedy pamiętam. Praca, aktywność, pełnia władz umysłowych, konwersacja i ta forma? Pomimo wojny, biedy, PRL a teraz nowych, lepszych czasów.

 

Tyle, że ciocia coś mało z usług medycznych i korzystała i korzysta… a znając ich jakość nad Wisłą to może właśnie to ją chroni?

 

Wczoraj wieczorem tez rozmawiałam z moim wujem z Brandon, czyli z Edziem, na Face Time. Bo wuj Edzio pomimo dobiegającej 90-tki jest bardzo na czasie z techniką, a iPodem się posługuje lepiej niż ja telefonem! Edzio w skowronkach. Była u niego 11h20 i miał dwie wnuczki w domu: Britney i Danielle. Robili… PIEROGI. Jak mi doniosła Britney właśnie skończyli pierwszą 70-tkę ruskich i mieli zaatakować kolejną 70-tkę z kapustą i z grzybami.

Kto wałkował ciasto????

 

Wuj, bo jak sam stwierdził, “wiesz Agnieszka to dużo siły w rękach trzeba żeby cieniutkie było”. I on jako 89 latek widać tę siłę ma.

Wuj jest jednak schorowany. Po 2 zawałach, z silną arytmią i kilku operacjach na serce w tym bypassach… ale siłę ma. Kanadyjska służba zdrowia nie może jednak z naszą polską się równać, gdyż tam i leczą, i operują, i pomagają na czas…

 

Co się dzieje nad Wisłą?

 

Dużo się dzieje…

Moja mama po kilku miesiącach oczekiwania na IRM, zsotała w końcu przyjęta na to badanie w ostatnich dniach… I tak szybciej niż miało być… nie za łapówkę a za to, że w rodzinie mamy osoby pracujące w tej klinice, więc dla rodzin jest szybciej zamaist 6-7 miesięcy czekania tylko 4!

 

Komu podziękować za ten postęp???

 

Dzwonię do niej ot tak, zapytać co i jak… I tutaj się okazuje, że ona wyniku nie dostała!

Pytam zdziwiona, jak to?

Bo sama kilka IRM zaliczyłam i wynik nad Garonną dostawałam od razu w gabinecie lekarza wykonującego badanie z komentarzem, tłumaczeniem itd… po prostu w kilka minut po wyjściu z sali.

 

Jak mnie mama poinformowała w Polsce po wynik ma się zgłosić za tydzień… przez cały tydzień będą pisać??? Może poczekają na deszcz albo na słońce a może aż grzyby wyrosną?

Nie potrafię tego ani pojąć ani sobie wytłumaczyć? Są niekompetentni? Pisać na komputrze nie umieją? Nie widzą od razu, czekają na okulary od okulisty? Nie chce im się? Pacjentów olewają? A niech sobie jeździ ten chory, i co drugi dzień… co nas to obchodzi?

Brr… nóż mi się w kieszeni otwiera…

A tak naprawdę mi się otworzył jak mama mi powiedziała, że po interpretację wyniku musi udać się do neurologa… a ten ma miejsce 22 czy któregoś tam LISTOPADA… tym sposobem zrobienie IRM, na które we Francji czeka się od 24 do 48 godzin mając wynik i wyjaśnienie od ręki, w Polsce u wielkiej sławy specjalistów, neurologów i pań sekretarek nie umiejących pisać na komputrze… zajmuje ile???

 

Chwileczkę… 6 miesięcy!!!

 

Czasami chciałabym wrócić do Polski. Pożyć trochę, pomieszkać… pokazać Antkowi te dobre strony…  ale nie daj Boże mieć jakiś problem ze zdrowiem… wtedy samolot i inny kierunek, o ile się da!

sobota, 4 października 2014

Z francuską edukacją jest coraz gorzej…




 

Nie tylko ja to stwierdzam, z wnętrza systemu, w którym jako belfer tkwię. Ostatnie wyniki testu PISA na 2014 rok plasują Francję dopiero na 25 miejscu, gdy tymczasem Polska jest na 14 a Niemcy na 16. Wyniki francuski gimnazjalistów są coraz gorsze. Co więcej Francja jest krajem na tej liście, w którym panuje największa “nierówność szkolna”. Czym się ona tłumaczy?

Tym, że we Francji dzieci z “dobrych rodzin” ( dobre rodziny – rodzice z wykształceniem wyższym, zasobni materialnie, dzieci mające wiele zajęć pozalekcyjnych)  uzyskują dobre wyniki w szkole a dzieci z rodzin mniej lub bardziej dysfunkcyjnych, w tym tych uboższych materialnie uzyskują coraz gorsze wyniki. Pomiędzy dobrymi uczniami i tymi gorszymi nie ma już jakiś możliwych do usunięcia różnic. Francuska prasa typu “Le Monde” czy “Le Figaro” pisze o Przepaści… Szkoły tej przepaści w niczym nie niwelują ani nie pomniejszają. Raczej jest wręcz przeciwnie, szkoły ją pogłębiają.

 

Jak widzę co się dzieje w moim gimnazjum to myślę, że za jakieś 5-6 lat, jeśli nic się nie zmieni, Francja znajdzie się jeszcze o 10 miejsc niżej.

Kilka dni temu, 1 października dziennik « Le Monde » opublikował artykuł, w którym czytamy, że uczniowie ze szkół publiczny, 15 latki mają znacznie gorsze wyniki niż dzieci ze szkół prywatnych ( katolickich, na kontrakcie z państwem – nie do końca prywatnych w polskim znaczeniu tego słowa, gdyż płaci się za nie znikome pieniądze).  Pomiędzy tymi dwoma grupami jest różnica 31 punktów czyli całego roku szkolnego, gdy chodzi o nabytą wiedzę i kompetencje !!!!

 

Dlaczego dzieci ze szkół katolickich mają lepsze wyniki ? – zapytuje pismo.

Populacja tych szkół nie odzwierciedla francuskiej populacji – to pierwsza teza… ci, którzy są w prywatnych szkołach są tutaj dlatego, że chcieli tu być i że ich rodzice starali się o dostęp i przeniesienie do takiej szkoły. Co swoim osobistym doświadczeniem mogę tylko potwierdzić…

Jednakże ta migracja bardziej świadomych i bardziej zaangażowanych w edukację swych pociech rodziców akcentuje inny feomen – ten nierówności szkolnej coraz wyrazistszej w metropolii.

Pochodzenie socio-ekonomiczne dzieci w szkołach prywatnych jest inne niż większości dzieci w szkołach publicznych. Populacja uczniów w szkołach publicznych jest wyraźnie trudniejsza, kumulująca wiele trudności medycznych, psychologicznych, materialnych. Wąska grupa uczniów w szkołach publicznych mająca podobne pochodzenie jak ci ze szkół prywatnych odstaje tylko na 8 punktów… a nie na 31 jak całość tej grupy.

 

Fakt jednak pozostaje faktem na 100 najlepszych liceów we Francji 70 należy do grupy prywatne-katolickie – na kontrakcie z państwem.

 

Pod artykułem wiele komentarzy nauczycieli i rodziców w tym jeden :

«    W wielu szkołach publicznych we Francji, każdy nauczyciel na każdej lekcji musi wydalic z klasy po kilka uczniów, gdyż albo mówią mu na « ty, albo go obrażają, albo dopuszczają się różnch form agresji – to zajmuje sporo czasu. Uczyć już nie bardzo jest kiedy » - to niestety też mogą tylko potwierdzić.

poniedziałek, 29 września 2014

Ciężkie poniedziałki.

W zeszłym roku najcięższe miałam poniedziałki i piątki. W tym sa to poniedziałki. Przeprowadzenie 6 godzin lekcji w jednym dniu z godzinna przerwa na obiad jak dla mnie jest poza moimi możliwościami. Na 6 godzinie dostaje sie i mnie, i dzieciakom i każdemu kto sie nawinie pod rękę. Praca przez tyle czasu, widok 176 dzieciaków w 6 razy 55 minut, zasyp problemami, hałas, bieganie po klasy na dół na szkolne podwórko i z powrotem na 2 piętro, pozycja stojąca przez te 6 godzin bo usiąść sie nie da.... To wszystko sprawia, ze jestem kompletnie wykończona w poniedziałkowy wieczór. 

Nie jestem w stanie znieść juz nic. Nawet jakieś niezadowolenie Antka może skończyć sie moich krzykiem i wysłaniem go do pokoju. 

Rozmawialam dziś na ten temat z kolegami i trochę mi ulżyło jak sie dowiedziałam, ze nie ja jedna. Wlasciwie to wszyscy tak maja tyle, ze reakcje sa rożne i w rożnym nasileniu. Skrajne fizyczne i psychiczne zmęczenie. Wyczerpanie nerwowe i nawet zapominanie " języka"... Błędy, zapomnienia, nieskoordynowane gesty i chęć rzucenia wszystkiego w cho... lere. Tak wlasnie wyglądają poniedziałki. 

Po pracy jadę po Antka do szkoły. Boje sie, ze spowoduje wypadek bo jestem kompletnie otumaniona za kierownica. Dojeżdżamy do domu na 17: 20... A wyjechałam o 7:15 rano.  Podwieczorek. 
 I nic... Nic nie jestem w stanie zrobic. Prysznic, kolacja i dobre 45 minut medytacji by upuścić pary i stresu w przestrzeń miedzy galaktyczna. 

Jutro bedzie lepiej. Wtorek. Mam tylko 4 godziny lekcji, jedna 15 minutowa przerwę ale o 12:40 ruszam z powrotem do domu a wieczorem mam chór wiec jest juz lżej choc całe popołudnie przygotowuje lekcje na dalsze dni i tygodnie. 

czwartek, 25 września 2014

Retrospekcyjnie...

Jutro mam spotkanie z szefową moich zwiazków zawodowych w sprawie… kariery nauczycielskiej. W tym roku to moje pierwsze RDV i ważne gdyż chciałabym być na bieżąco co do moich praw, możliwości, ograniczeń w branży zwanej nauczycielską.

Dziś zaczęłam się więc do tego spotkania przygotowywać szykując dokumenty.



Podczas mojej ostatniej rozmowy telefonicznej z szefową tych związków (na nasz region) dowiedziałam się, że normalnie rzecz ujmując powinnam zmienić moją kategorię zawodową na wyższą a to oznacza większe zarobki.

Sumiennie więc składałam dzisiaj papiery i jakoś tak mi się nostalgicznie zrobiło…



Popatrzyłam na moje kontrakty tzw : nauczyciela kontraktowego i na pensje z tamtego okresu. Następnie doszłam do całego stosu dokumentów z Nauk Politycznych czyli Sciences Po z Paryża. Kilkanaście miesięcy pracy i całkiem spore zarobki… Wtedy zarabiałam więcej niż teraz bo miesięcznie miałam 2 939 euro netto co było mało jak na Paryż ale w mojej karierze to najwyższa miesięczna suma, którą przyszło mi zarobić.

Chyba coś mało zdolna jestem do zarobkowania… teraz dociągam do 2000 euro netto zaledwie. No ale dobre i to…

Po papierach ze Sciences Po wpadły mi w ręce te z redakcji “Books”… tam miałam tylko pół etatu ale jakże wspaniały był ten czas! Pasje, pasje, pasjonująca praca jak na Sciences Po w Paryżu.



Z redakcji przeniosłam się do kilku innych redakcji… a to “Alternatives internationales » , a to “Etudes” a to “Pouvoirs” czy Conseil de l’Europe ( Rada Europy) bo dla nich też pisywałam. Na różnych świstkach różne sumy, okresy…



Na samym końcu zaświadczenia dla fiskusa z tzw : praw autorskich… jest tego trochę. Sumy całkiem, całkiem różne… najwięcej tych praw z Francji ale mam też jedno z Uniwersytetu Colombia z Nowego Yorku, potem z Uniwersytetu Lomonosov z Moskwy, z tego z Twieri… i oczywiście też z Polski…



I tak mi się nostalgicznie zrobiło. Obejrzeć się w tył, na chwilę, na kilka minut. Zobaczyć co się zrobiło, kiedy, gdzie, z kim… jak to było…



Dopiero teraz, w wieku 40 lat dociera do mnie jak wiele interesujących wątków zawiera moje zwykłe, szare, codzienne życie, na które tak często się skarżę… a bo jakiś uczeń, jakiś szef, a bo zmęczenie, jakiś kłopot… jak mało te problemy są warte, jak mało znaczące w porównaniu z tym co udało mi się zrobić, z tym co przeżywam każdego dnia…

Uśmiecham się do siebie bo właśnie taką siebie lubię!

środa, 24 września 2014

Uczniowie, szkoły, chóry i przeprowadzka czyli misza masz codzienny.

Zbyt dużo się ostatnio dzieje by móc opisać codzienność. Każdy dzień jest niezwykle intesywny. Gdy się budzę i wyjeżdżam z domu o 7h15 by dotrzeć na około 8h do mojej szkoły mój mąż i Antoś jeszcze śpią. Stéphane wstaje jak ja wychodzę a mój syn kilkanaście minut później. Co rano to Stéphane odstawia Antka do szkoły po czym jedzie do pracy.



Teraz czyli w środę o 14h36 mogę napisać, że nie widziałam Antosia od poniedziałku wieczór choć mieszkamy w tym samym mieszkaniu.







Jak on wczoraj wyruszył do szkoły to mnie już nie było. Po szkole ( wyjazd miał wczoraj) miał próbę swojego chóru do 19h, wrócił więc koło 19h30 do domu ale ja opuściłam dom przed 19 h by jechać na moją próbę chóru. Gdy wrociłam o 22h30 mój syn już spał. Gdy dziś rano wyjeżdżałam do pracy… jeszcze spał. Gdy wróciłam dziś o 13h30 (we Francji licea i gimnazja pracują w środowe poranki, od tego roku szkoły podstawowe publiczne też, ale prywatne nie) już go nie było bo jechał na swój trening golfa. Po nim ma saksofon w Konserwatorium.



Zobaczymy się więc dzisiaj wieczorem… 48 h.



Nigdy jeszcze nie mieliśmy tak napiętego grafiku w pracach, w domach, w szkole.



I muszę przyznać, że jest to dość ciężkie.







Antek jednak jak narzie na nic się nie skarży tylko ostro pracuje w wielu dziedzinach i dobrze ten rytm znosi. Ba, znosi go dużo lepiej niż my jego rodzice.



Ja czasami mam serdecznie dość… schorowanych uczniów z problemami, planów przewidujących 6 h lekcji non stop w poniedziałek – wychodzę po nich kompletnie nieprzytomna i to do tego stopnia, że boję się, że spowoduję wypadek na drodze wracając. Mało wtedy do mnie dociera. A odbieram w ten dzień Antka ze szkoły… jak i w piątki zresztą.







Stéphane ledwo zipi,  po 8 do 10 h dziennie w pracy plus transport, plus wożenie małego plus… przeprowadzka!







Czekamy na nią jak na “zbawienie” bo będziemy wszyscy mieć bliżej do prac i do szkół, będziemy mieć dwa miejsca parkingowe przed naszym domem oraz garaż… czyli ja nie będę już musiała okrążać przez kwadrans dzielnicy by znaleźć coś do zaparkowania, jakąś wolną przestrzeń. Stracimy znacznie mniej czasu na dojazdy i na parkowanie ... na samą myśl się uśmiecham!







Przeprowadzka już 16 października.







Tymczasem wizytują nas przedstawiciele firm przeprowadzkowych by wycenić koszta przedsięwzięcia… Było ich już 4 i ceny sa zaskakujące od 2000 euro do 792 euro… za tę same według ich rozpiski usługi??? Któż to pojąć może?



Czeka nas spakowanie 40 kartonów – około, jak to panowie określają. Do rozmontowywania mebli najmiemy jak i do opakowywania tzw: szkieł i kryształów. Ubrania z szaf przejadą bezpośrednio na wieszkach i stojakach by  nie trzeba było ich składać ani później prasować. Mimo wszystko czeka nas niezłe przedsięwzięcie, zamieszanie i rozgardiasz.



Dobrze, że od 17 października rozpoczynają się wakacje jesienne… będzie kilka dni wolnych na to by się od nowa urządzić i dokupić co nieco.





wtorek, 23 września 2014

W zamku, u przodków Eric’a czyli…

W zamku, u przodków Eric’a czyli…









 


Europejskie Dni dziedzictwa kulturowego, które obchodziliśmy w ubiegły week-end… od kuchni.


 


A było to tak…


Zostaliśmy już kilka tygodni temu zaproszeni przez naszych przyjaciół : Klaudię i Eric’a na całą niedzielę do ich zamku w Dordogne, 4 kilometry od jednego z najpiękniejszych miasteczek we Francji – Monpazier. To tutaj pomiędzy panem na zamku w Biron a tym w Monpazier, przodkowie Eric’a wybudowali swój zamek – Saint Germain już w XII wieku. Do dzisiejszego dnia poprzez różne rodzinne koneksje i gałęzie posiadłość nieco ( nieco o ziemie różne uszczuplona) jest własnością jego rodziny w tym samego Eric’a.


Eric jest nauczycielem tych samych przedmiotów co ja a z wykształcenia historykiem.


 




Jeden z tomow Encyklopedi Diderot z 1756 roku... z kolekcji zamkowej.


Mój syn uwielbia z nim przebywać, kupować zabytkowe szable i rozgrywać ołowianymi żołnierzykami bitwy napoleońskie. Ubiegła niedziela należała więc do nich.


 


Zajechaliśmy rano do zamku, gdyż od 10h posiadłość otworzono i co godzinę przyjmowano turystów na dziedzińcu, w bibliotece i na salonach.


 


Antoni mój wspomagał jak mógł przewodnika odpowiadając na pytania, otwierając drzwi i przyjmując coraz to liczniejszych gości. Ja z Klaudią wartowałam przed zamkiem, informując turystów co i jak, donosząc co jakiś czas lemoniady dla spragnionych przewodników bo oni nie próżnowali! Co godzinę po 15-20 osób…
cou
na wewnetrznym dziedzincu


W zamku był też wuj Eric’a starszy pan z Paryża ze swoją małżonką ale oni jak na głównych właścicieli przystało z gawiedzią się nie zadawali tylko z wybrańcami konwersowali.


 


Strasznie to francuskie…


 


Około 16 ja już padałam na twarz a przewodnicy dalej i dalej opowiadali i oprowadzali.  Antek był starsznie dumy I stwierdził, że może przewodnikiem zostanie bo już tenisistą chwilowo mu się odwidziało… ale co najważniejsze.. zamek kupić trzeba!

Antek odpowiada na pytania... Eric'a, mala insenizacja.
Gdyby jednak został wielkim tenisistą, co mu wytłumaczyliśmy jasno, zakup zamku takiego małego jak Saint-Germain nie byłby problemem… za to z pensji przewodnika? Hm…


 


Fascynacje, fascynacje. Wiedza Antka wprawia mnie czasem w lekkie osłupienie. Wiedzę Eric’a podziwiam od dawna.


 


Dziś mamy chóry. Antek swój, ja swój. Antek zresztą jest na wyjeździe klasowym cały dzień w wakacyjnym mieście Mauriac’a w Saint Symphorien. Mają fajny program? Za tydzień znów wyjeżdżają tym razem na lekcję historii, do zamku w Roquataillade… całodniową lekcję. Podoba mi się to, że w antkowej szkole uczą się też wyjeżdżając, na żywo, w naturze a nie tylko z podręcznika.


 


 
Tanecznym krokiem przed XV wiecznym kominkiem w jednym z salonow.


I na koniec ciekawostka: 12 milionów Francuzów zwiedziło jakiś historyczny obiekt w ubiegły week-end czyli mniej więcej 1 na 5… wśród moich uczniów – 176 sztuk… 3, słownie troje dzieci zwiedziło coś z rodzicami… reszta siedziała przed TV albo komputerem albo?... nie wiem… ręce opadają jednak, mi do samej ziemii…