sobota, 26 września 2015

Zawistnicy czyli Antoś u psychologa.




 

Wczoraj wieczorem byliśmy po raz pierwszy z Antkiem u psychologa sportowego. Wizyta dawno umówiona, wyczekana i nawet taka trochę z obawami. Bo nie wiedzieliśmy do końca z czym to coś się je ???

 

I wczoraj szczęki nam opadły… nam rodzicom!

 

Człowiekowi wdaje się, że tak dobrze zna swoje dziecko, że przebywa z nim na codzień, zna obawy, strachy, radości, sukcesy, porażki, cierpienia nawet. Wczorajsza wizyta pozwoliła nam spojrzeć, przynajmiej jeśli o mnie chodzi,  na mojego syna jak na zupełnie odrębną OSOBE, autonomiczną jednostkę, niezależną i w jakiejś części nieznaną! Tak nieznaną!

 

Przyglądałam mu się jak zasiadł w wielkim pomarańczowym fotelu, na przeciwko pani psycholog. My, po przeciwnej stronie gabinetu, przez większą część spotkania siedzieliśmy po prostu cicho.

Mówił Antoni i to mówił o sprawach, zdarzeniach, o których nie byliśmy, po części, poinformowani. Przede wszystkim zaskoczyła mnie jego dojrzałość, tego od zawsze pieszczącego się i czułego chłopca.  Chłopca, który czasem powtarza, że chce mieć 4 latka… a nie 10.

 

Po drugie Antka problemy… jest ich trochę a przede wszystkim jest jeden… relacje z ZAWISTNIKAMI… Nie przypuszczaliśmy, że jest to tak poważne, tak dużo miejsca zajmuje, tyle energii i wymaga i zużywa.

Pani psycholog od razu wyczuła powagę sytuacji i wczoraj przez 40 minut pracowała z Antkiem nad tą kwestią. Bo jak 10 letni chłopak otoczony 8 -oma kolegami w klasie, którzy mówią mu, że jest “ZEREM” bo został wytypowany do golfowych rozgrywek departamentalnych ma stawić czoła tej masie???

 

Antek jest jedynym grającym w golfa chłopakiem w klasie… jego koledzy o tym wiedzą, o niektórych jego sukcesach też i… zawistnie próbują mu udowodnić, że nic nie jest wart. Co prawda Antoś ma wsparcie kilku innych chłopców, ale źle przeżywa te sytuacje.

I spadliśmy z wysoka…

 

Zawistników wokół Antka sporo. Stawianie im czoła to praktycznie codzienna czynność.

Sytuacja sprzed 2 tygodni… Antek wychodzi ze szkoły wcześniej bo ma koncerty z chórem i próbę. Tuż przed wyjściem mówi do swojego rzekomo “najlepszego kolegi”, że trochę się stresuje tym koncertem bo będzie dużo ludzi. Kolega, który nie śpiewa i musi zostać w klasie odpowiada:

- nie zgrywaj się! mam gdzieś twoje śpiewanie…

 

Nie będę mnożyć opisów, to nie cel tego wpisu…

 

Cieszę się jednak, że dzieci z lig sportowych, wystawione na ogromny stres i ciężką harówkę mają wsparcie psychologów sportowych. My rodzice nie dalibyśmy rady i nie mamy też odpowiednich kompetencji. Wczorajsza psycholożka wykonała z Antkiem kilka ćwiczeń:

-          jak się zachować, gdy inni wyrażają swoja zazdrość i zawiść

-          czy mówić o swoich sukcesach i porażkach i jak… z rówieśnikami

-          jak reagować, gdy rówieśnicy reagują przemocą słowną albo i fizyczną

Antek wyszedł od niej z mega uśmiechem na ustach. Mam wrażenie, że kilka ciężarków spadło mu z pleców. Będzie jednak się z wyżej wymienionym czyli z zawiścią stykał właściwie na codzień… no chyba, że zostanie przeciętniakiem, wtedy dużo mniej.

Jest mu jednak niezwykle trudno zrozumieć i nam też zresztą niektóre reakcje rówieśników… Jak bardzo trzeba być sfrustrowanym i nieszczęśliwym by już w wieku 10 lat wyżywać się na koledze i dawać upust swojej zazdrości czasem w niewybredny sposób.

 

Taka jest ludzkość czasem piękna i wielka czasem podła i niska. Niezależnie od wieku.

piątek, 25 września 2015

W sumie… to ja głupia jestem




 

Bo wypisałam się wczoraj na blogu, dałam ujście swej frustracji i swoim żalom. Któż jak nie ja? Jest taki biedny, skrzywdzony, sfrustrowany? Któż?

 

Od wczoraj minęło jednak kilkanaście godzin i to one pozwoliły mi na nabranie dystansu, trochę dystansu.

 

Bo tak naprawdę… czyż ja nie wiedziałam zdając konkursy we Francyji, że są takie a nie inne reguły gry?

 

Wiedziałam!

 

No to co? - zapytacie.

 

A no to, że wiedząc to wszystko od wielu miesięcy wciąż do końca nie przyjmowałam do swojej świadomości, że i owszem, I MNIE może to spotkać! Wydawało mi się, że:

  • mi się uda
  • potoczy się po mojej myśli
  • gdzie tam, nie wyślą mnie daleko od domu
    bo ja niby taka wyjątkowa… bo mam doktorat, bo konkurs tak wybitnie zdałam, że się na 27 pozycji we Francji znalazlam z ponad 7 000 zdających… tak! wydawało mi się, że mnie to ominie, że jestem jakaś tam, że reguły gry to dla… innych.
     
    A tutaj figa z makiem! Głupiaś kobieto! I tyle. Mogło być po twojej myśli ale nie musiało. No i nie jest.  Mogłaś dostać prezent od losu = pracę blisko domu, w dobrej szkole, dobry plan lekcji… ale nie dostałaś.
     
    Zona poza komfortem… zona trudna, zmuszająca do stawiania sobie samemu pytań, szybkiego dojrzewania i nie zawsze całkiem pozytywnych i ładniutkich wniosków. Nikt nie obiecywał dolce vita! W ogóle nikt nic nie obiecywał poza pracą do emerytury i pensją, niską ale zawsze. Coś za coś.
     
    Niestety, czas zrozumieć, że wszystkiego mieć nie można (czasami!), że komfortu nikt nie gwarantował i że jak się coś wybrało, do czegoś dążyło i to osiągnęło to z pełnym dobrodziejstwem inwentarza czyli z wszystkimi konsekwencjami! Nawet jak przyjdzie zęby zaciskać i płakać z wycienczenia i chorować…

czwartek, 24 września 2015

Nic tylko się pociąć z… taką pracą…




 

Kłopotów ciąg dalszy i nie tylko tych niżej opisanych. Otóż wciąż czekam na telefon z kuratorium z przydziałem do pracy. Jak narazie biorę  bowiem pieniądze za siedzenie w domu. To są subtelności francuskiego systemu!

 

Jak nauczyciel tytułowany, ale nie posiadający wystarczającej ilości punktów ( za męża mam niestety tylko jednego i dziecko jedno a to za mało!) na otrzymanie stałej pracy w jednym gimnazjum bądź liceum, jestem tzw: nauczycielem tytułowanym na terytorium. Moje terytorium to cały department Gironde. Największy powierzchniowo we Francji.

 

I tak w ubiegły wtorek otrzymałam telefon z gimnazjum znajdującym się 76 km od Bordeaux, że na popołudnie mam tam dojechać by przeprowadzić lekcje. Dzwoniła pani wice-dyrektor i bardzo nalegała. W ogóle była cała zestresowana, bo chciała mieś natychmiast zastępstwo.

 

Przypomniałam jej delikatnie o artykułach prawnych, które dla nas “lotnych nauczycieli” przewidują 48 h roboczych na przygotowanie się przed objęciem nowej funkcji. Nic jednak pani na ten temat nie chciała słyszeć i próbowała na mnie wymusić zaangażowanie na bycie w tej szkole następnego dnia o godzinie 8.

 

Tego poranka wykonałam chyba z ponad 20 telefonów… do kuratorium, do moich związków zawodowych, do tych szkół, na kolej, na linie autobusowe… gdzie się dało.

Bo:

-          po pierwsze okazało się, że mój etat byłby w dwóch miejscowościach oddalonych od siebie o 22 km.

-          po drugie dwa dni w tygodniu musiałabym zapewnić lekcje w jednej i w drugiej szkole – pokrążyć

-          po trzecie nie chodziło o zwykły etat 18 h a o 21 h

-          po czwarte dojazd z mojego domu do jednej z tych szkół to… 1,5 h samochodem w jedną stronę… 152 km dziennie i 3 h minimum jak nie ma korków. Czyli na taką 8 h muszę najpóźniej wyjechać o 6h15 czyli wstać o 5h15… w poniedziałki i wtorki kończyłaby lekcje o 17h… powrót do domu około 19h…

-          po piąte… do jednej miejscowości dojeżdża pociąg ale z dworca jest 2 km pieszo do gimnazjum i nic nie jeździ bo to malutkie mieścinki. Do drugiej miejscowości nie dojeżdża NIC : ani pociąg, ani autobus… i pomiędzy dwoma też nic nie jeździ…

-          po szóste obecnie mamy z mężem TYLKO JEDEN SAMOCHOD…

-          po siódme świetlica w Antka szkole otwarta jest od 7h30 rano do 18h30… ciekawe kto miałby zaprowadzić i odebrać dziecko ze szkoły o innych zajęciach nie wspomnę…

 

Tłumaczyłam to wszysko w kuratorium… niestety jako jedyną odpowiedź dostałam same POGROZKI… a, że mi stopień nauczycielki zredukują i co za tym idzie 25% pensji ; a że mnie do egzaminu z rosyjskiego nie dopuszczą ; a że ich to NIC nie obchodzi… itd…

 

Związki podobnie… choć milej… z cyklu, że każdy urzędnik państwowy ( takim jest nauczyciel) ma we Francji mieć samochód. Jego brak nie może być żadnym wytłumaczeniem a co za tym idzie prawo jazdy… Oczywiście nie możesz powiedzieć, że ty nigdy w życiu tyle nie jeździłaś i się boisz zimą po ponad 150 km codziennie jeździć – znaczy, żeś idiotka !  Do dziecka się zatrudnia personnel… samochodu jak się nie ma to trzeba sobie wynająć w te 48 h a następnie kupić w week-end.

 

Nie napiszę jak wyglądał ten mój wtorek bo to był po prostu koszmar… Jak narazie, ale nie wiem na jak długo udało mi się uniknąć tego zastępstwa. Nikt nie dzowni. Ale możliwe, że wlepią mi blâme czyli naganę profesjonalną za niewypełnienie obowiązków. Na dodatek od 1 października mój mąż będzie przez dwa tygodnie przebywał w Paryżu bo tam ma szkolenie – nowa praca… więc przeraziło mnie to wszystko i broniłam się rękami i nogami. Tyle, że najprawdopodobniej za to wysoką cenę zapłacę… jeszcze nie wiem jaką.

poniedziałek, 21 września 2015

Nowenna do Świętego Jana Pawła II.




 

Nie pierwszy już raz odpowiadamy “tak, jesteśmy” na różne płynnące ze świata prośby o modlitwę. Tym razem jest to modlitwa wyjątkowa bo po pierwsze adresowana do tak bliskiego nam Świętego a po drugie dotyczy ona śmierci i to śmierci dziecka.

 

Chłopiec o imieniu Tanguy umiera… gdzieś pod Paryżem, w swoim rodzinnym domu. Ma on zaledwie 13 lat ale całe jego życie związane jest z chorobami i cierpieniem. Chory się bowiem urodził. Teraz, od dwóch lat zmaga się z rakiem.

 

Kilka dni temu wszelkie lekarstwa i terapie zostały po prostu odstawione. Z medycznego punktu widzenia nie da się już nic zrobić.

 

Tanguy odchodzi więc powoli, gaśnie… otoczony rodzicami, rodzeństwem i naszymi modlitwami.

To syn przyjaciół naszych przyjaciół. Nie znamy ich osobiście, nie znamy Tanguy ale… łączymy się z nimi w cierpieniu i w modlitwie, każdego wieczora… odmawiając tę nowennę i nosząc go w naszych myślach na codzień.

 

Antoś mój jest bardzo przejęty sytuacją i nawet padnięty o modlitwie za Tanguy nie zapomina.

Na początku Antoś modlił się o cud w naszym, ludzkim pojęciu… by chłopiec wyzdrowiał. Jednak z biegiem dni, nowinami od niego dochodzącymi i rozmowami modlimy się o cud, ale raczej dobrej, spokojnej śmierci i o siłę dla jego bliskich. Bo Tanguy z tego co mówią jego najbliżsi chce odejść, już jest Aniołem…

To ważna lekcja życia dla nas wszystkich. A dla mojego syna szczególnie.

 

W naszych codziennych modlitwach staramy się o nikim nie zapominać… o bliskich, dalszych, uchodźcach, ofiarach… ale teraz szczególniej pamiętamy o tym chłopcu i uczymy się niego każdego dnia.

Dziękujemy Ci Tanguy!

 

Link do sobotniego koncertu Antka choru.

https://www.youtube.com/watch?v=KB1tRcmzF7o&feature=youtu.be

niedziela, 20 września 2015

Wczorajsza inauguracja drzwi krolewskich i Antoni z chórem

katedra





 

Trwają europejskie dni dziedzictwa kulturowego… wczoraj byliśmy więc wieczorem w naszej katedrze świętego Andrzeja na uroczystej inauguracji drzwi królewskich. Bo choć katedrę wybudowano w XII wieku to akurat te drzwi, przez które wchodzili do katedry królowie: Ludwik XIII i Ludwik VII by zawrzeć związki małżeńskie, zostały w latach rewolucji zniszczone i zamknięte.  Ponad 200 lat nikt ich nie odnawiał. Dopiero kilka lat temu rozpoczęto prace remontowe i efekt jest olśniewający!

 

Z tej okazji wczoraj wielka uroczystość ściągnęła do katedry tłumy i ważne postacie regionu. Antkowy chór wraz z chórem dziewcząt wykonywali kilka podniosłych kawałków. Trębacze z organami dopełnili reszty… Katedra drżała jak chłopcy wznieśli “Alleluja” Hendla…

 

Owacje na stojąco trwały długie minuty…

Możecie ich podziwiać na oficjalnych zdjęciach chóru tutaj: https://www.facebook.com/lespetitschanteursdebordeaux?fref=ts

 

Była też oczywiście prasa i TV. Podam linki jak będę miała.

 


A tak na marginesie coraz bardziej angażuję się w działalność chóru… stąd moje zdjęcia z wczorajszej próby. Lubię to.

 

A dziś msza święta a wczesnym popołudniem byliśmy w zameczku Labottière… cudowne miejsce ze sztuką współczesną… inspirująco było!

Antek niestety teraz znów na treningu… 4 października gra departamentalny turniej golfowy. Zakwalifikował się i był bardzo z tego dumny bo jest jednym z 36 zakwalifikowanych młodych poniżej 18 roku życia. Cwiczy więc i ciężko pracuje.



sobota, 19 września 2015

Propozycja pracy – dodatkowe godziny dla uchodźców.




 

Wczoraj zaskoczył mnie telefon z liceum, w którym uczyłam dwa lata temu. Przyjęli tam w poczet uczniów małą grupę uchodźców z Gruzji i z Armenii. Młodzież jest jeszcze słabo mówiąca po francusku a mająca zdawać za rok francuską maturę.

Zaproponowano mi dodatkowe, do mojego etatu godziny: historia, geografia, wos po rosyjsku z tymi uczniami.

Oczywiście zgodziłam się od razu. Taka drobna cegiełka dla uchodźców z mojej strony ale też spore zainteresowanie wzbudza we mnie to wyzwanie. Cieszę sie.

piątek, 18 września 2015

Oj na wspomnienia… czyli obiad z przyjaciółką i nasze dzieci !

dzieci
3-cie urodziny Palomy... ona juz panienka moj Antos nieco naburmuszony. Gauthier choc ma tutaj 13 miesiecy wciaz jest glodny...




 

Wpadła dziś do mnie na obiad Cécile – na kulinarnym blogu deser z naszego obiadu (danie wrzucę jutro) – której nie widziałam od kilku miesięcy bo praca, dzieci, wakacje a oni w Australii sporo czasu spędzili. Cóż za cudowny moment !

To jest to co tygrysy lubią najbardziej…

 

I na wspominki nam się zebrało. Cécile poznałam wczesną wiosną 2006 roku. Antoś miał chyba z 7 czy 8 miesięcy a jej Paloma była o 22 dni starsza. Spotkałyśmy się w parku czyli naszym Jardin Public i od razu przypadłyśmy sobie do gustu. A co najdziwniejsze nasze dzieci bardzo się polubiły. Obie w tym czasie pracowałyśmy tylko dorywczo więc byłyśmy całe oddane naszym dzieciom.

 

No i się zaczęło… Park, codziennie popołudniu razem. Gdy padało i było zimno każde popołudnie razem raz u jednej raz u drugiej, dzieci wciąż razem. Szybko nasza grupka rozszerzyła się o nowe osoby, mamy z podobnymi dziećmi. I tak to trwało. Były złe momenty, choroby dzieci, spięcia małżeńskie, kłótnie, u niektórych nawet rozwody ale nasze dzieci rosły razem i my z nimi. 

 

Potem zaczęła się szkoła i im dalej w las tym więcej zajęć, przeprowadzek, zakupu domów. Park został gdzieś za nami. Wczesne dzieciństwo naszych pociech za nami.

 

To był piękny czas! Zdecydowanie piękny pomimo napotykanych trudności. Nasza przyjaźń trwa już prawie 10 lat. Nasze dzieci choć widzą się rzadko bardzo się lubią i jak się spotykają na urodzinach czy kolacjach to dopiero widać jak bardzo są ze sobą związane.

Mój Antoine został już na zawsze dla Palomy i jej brata Gauthier  po prostu “Nioniem” – Nionio… tak na niego wołali bo Antoine jeszcze wtedy wymówić nie potrafili… a Paloma jest “Omą”, Gauthier nadal jest po prostu “Szaszu”… ej… życie zbyt szybko mija!




Urodzinowa zabawa


i urodzinowe przyjecie dla 3 latkow...



czwartek, 17 września 2015

Kupiłam sobie BUDZIK !

 photo DSCF3907_zpsmm6hemiv.jpg

 

Ot co ! pomyślicie czy nawet powiecie : każdy głupi ma budzik a raczej każdy człowiek pracujący go ma, bo inaczej… no właśnie, inaczej żyć się nie da no chyba, że ktoś codziennie zaczyna pracę w południe i nie ma dzieci.

 

Jak do tej pory miałam tzw : zwykłe budziki czyli zegarki kwadratowe, owalne, prostokątne, które o naznaczonej godzine wyrywały mnie ze snu soczystym dzwiękiem : brr, brr albo kuku, kuku… Był czas, że miałam radio-budzik, malutkie czarne radio z budzikiem. Wyświetlało ono cyfry godziny na diabelsko czerwono i o naznaczonej godzinie, jak prądu ani na sekundę w nocy nie odcięli bo w przeciwnym wypadku ustrojstwo nie działa, włączało wybraną stację… I tutaj do wyboru :

  • wspaniałe wiadomości w stylu : zginęło, zamach stanu, zmarł, kryzys, huragan, powdódź…
  • muzyka waląca w uszy bezlitośnie bo oczywiście dzwięk jest źle uregulowany
  • reklama w stylu « Mediamart właczamy niskieeee cenyyy »
  • albo w ogóle jakiś grechot bo antena nie łapie…
    uf…
     
    po latach cierpienia, urwanych snow, koszmarnych pobudek, dochodzenia do siebie przez długie minuty po i ogólnego stresu… MAM! ZNALAZLAM!
     
    Co prawda musiałam zainwestować, nie ukrywam. Zakup przez internet pozwolił mi zaoszczędzić 30% ceny ale… to mimo wszystko wydatek rzędu 80 euro… MAM NORMALNY BUDZIK!
     
    Od ubiegłego poniedziałku budzę się idealnie, wypoczęta, w humorze… mój narzekający wiecznie mąż też jest bardzo zadowolony i dziś rano znów powiedział “ ale fajnie rześmy ten budzik kupili”. Ale fajnie!
     
    Symulator świtu z lampą 300 luksów ( trzeba miec aparat minimum 200 luksow by dzialala funkcja luminoterapii), regulowaną na 20 poziomach z dźwiękiem: ptaków, wiatru, fal morskich itd… Jest też radio, ale z wyżej wymienionych przyczyn nie korzystam.
    Od wtorku budzimy się… he cudownie, powoli, bez pośpiechu.
    Lampę programuję na 30 minut przed ostateczną godziną wymarszu z łóżka. Światło powoli staje się coraz bardziej intesywne a o wyznaczonej godzinie słyszę sowę, dalej wróble, skowronki i mewy nawet…
     
    Mój organizm, nasze organizmy  powoli redukują poziom melatoniny wydzielanej podczas snu i podwyższają poziom kortyzonu. I ten czas 30 minut jest idealny, biologiczny. Gdy za oknem noc i szaruga to zdrowy i delikatny sposób na pobudki.
    Zakupiony aparat ma nawet odwrotną funkcję czyli powolne wyciemnianie lampy i redukcję naturalną kortyzolu by móc lepiej zasnąć.
     
    Wygląda to trochę jak ufo na nocnym stoliku ale już nie zamienię tego ustrojstwa na żadne inne! Chyba, że na nowocześniejszy stymulator świtu!
    Polecam.


 

środa, 16 września 2015

Dzieci i komórki. Czyli ile, jak kiedy ?




 

Byłam w ubiegły poniedziałek świadkiem rozmowy między moim synem Antkiem i jego rówieśnikiem Markiem-Antoninm. Wychodziliśmy właśnie ze szkolnego terenu, dochodziła 17. Obok stała grupa dziewcząt. Jedna z nich wyjęła swoją komórkę, jakiegoś smartfona i coś pokazywała na nim pozostałym.

 

Antek z kolegą wyrazili głośno swoją dezaprobatę. Spytałam ich w której klasie są te panienki i odpowiedzili mi, że to gminazjalistki czyli miały 11-12 lat (pierwsza klasa gimnazjum). Scena trwała kilkanaście sekund bo po chwili pan woźny pilnujący wejścia do szkoły podszedł do tych dziewcząt i telefon zakonfiskował.  W antkowej szkole bowiem telephony są zakazane od podstawóki po liceum nawet jak ktoś go ma w torbie czy plecaku na terenie szkoły w ogóle nie może go wyciągać.

Uważam to zresztą za bardzo słuszne. Wszędzie tam gdzie pracowałam i pracuję telefon można mieć ale tylko wyłączony i w torbie. Licealiści próbują najczęściej ten zakaz obejść i konfiskaty są na porządku dziennym.

 

Nie wiem jak jest w Polsce. We Francji telephony komórkowe dla dzieci ze szkół podstawowych czyli do 11 roku życia są zakazane… nie tylko w szkołach, na ulicach, w klubach sportowych itd. Choć ich wyraźnego wpływu na zdrowie jak do tej pory żadne badania naukowe nie potwierdziły uważa się, że skoro jest niepewność to obowiązuje zasada zapobiegania i unikania. Wszak dziecięcy mózg jest znacznie bardziej wrażliwy od tego dorosłego.


Także i owszem spotyka się czasem małe dzieci rozmawiające przez komórkę ale raczej rzadko, no ja przynajmniej nie widzę w mojej dzielnicy, wokół mnie. Podobno problem ten jest dość powszechny  w dzielnicach bloków… ale nie mieszkam, nie sprawdziłam cytuję tylko prasę.

 

Antek ma 10 lat i w jego przekonaniu komórki są “be” szkodliwe, niepotrzebne… w każdym razie żadnego zainteresowania moj syn nimi nie wykazuje.

 

W polskiej prasie wyczytałam, że 34% dzieci w wieku 7-14 lat ma już komórkę i 20% w wieku 7-10 lat. To wydaje mi się być bardzo dużo.  We Francji 25% dzieci w wieku powyżej 11 lat ma komórkę. W wieku 14 lat ot już 90%. Niedawno magazyn “Science et avnir” opublikował wyniki brytyjskich badań dotyczące dzieci 11-12 letnich posiadających komórkę. I wyniki nie są zbyt pocieszające gdyż dzieci te tracą średnio 25% funkcji poznawczych. Przez co stają się mniej inteligentne niż ich rówieśnicy bez komórki. Używanie komórki powoduje też zmianę zachowań: większość tych dzieci okazała się niezdolna do podejmowania decyzji!  Komórki bowiem zmieniają jak się okazuje nasz styl życia i myślenia.

 

Tak więc… dopóki będzie to możliwe mój syn będzie żył bez komórki…  bo jak potwierdzają także te badania komórka zapewnia dobre samopoczucie przede wszystkim rodzicom, którzy używają jej jak pretekstu mającego zapewnić bezpieczeństwo dzieciom. A to tylko ułuda.

Jak jest u was?

wtorek, 15 września 2015

Cudaczek !

 photo DSCF3905_zpsk5vkmysj.jpg




 

Cudaczek z tego mojego syna ! Wczoraj odebralam go ze szkoły ze śpiewem na ustach. Był szczęśliwy i to z kilku powodów.

 

Po pierwsze – odbyła się pierwsza lekcja z historii i Antek się na niej ( jak zwykle chciałabym napisać) wykazał ogromną wiedzą… pan nauczyciel stwierdził, że teraz Antoś będzie lekcje prowadził bo wiedział : czym jest historia ?; jak się ją tworzy ? na jakich dokumentach opiera badania ?... miał też refleksje osobiste na temat związku historii z prawdą… miał przykłady. Tak więc kilku jego kolegów, po tej lekcji, zaproponowało, że…

 

Po drugie – zostaną jego « ochroniarzami » czyli gardes du corps. Dopytywałam się wczoraj na czym ma to niby polegać ? Otóż to jest ich taka zabawa w szkole, między chłopcami… tworzą grupy, ci najsilniejsi stają na czele oczywiście i mają ochroniarzy… jakby ktoś chciał ich zaatakować. Normalnie jak na wojnie ! Ale syn zapewnił mnie, że nie ma u nich zbyt dużo przemocy, że to tylko w razie czego…

 

Po trzecie – Antek ograł na przerwie w nogę swych towarzyszy i powiększył grupę swych ochroniarzy. Ma ich 7-miu dzisiaj.

 

Po czwarte – DZIEWCZYNY ! Oj matko co to się wyrabia w wieku 10 lat ! W ubiegłym roku była Józefina… a w tym wydaje się, że nastąpi zmiana. Co prawda Józefina została przez Antka zaproszona na 4 października, na jego urodziny z kolegami ale została zaproszona z JADE… bo teraz Jade jest hm… wybranką?

Jade jest złotą, regionalną, medalistką w swojej grupie wiekowej w jeździectwie… Ma 150 cm wzrostu i wielu chłopców z klasy uderza do niej… Antek na początku twierdził, że on nie ma szans, że jest za niski i że Marek-Antoni jest jej preferowanym. Tymczasem wczoraj… Jade powiedziała Antkowi mojemu, że po pierwsze przyjdzie na jego urodziny a po drugie, że cytuję: “Jak ty Antoine mówisz to wszystko brzmi tak poetycko”!!!

 

Matko i córko… wczoraj cały wieczór musieliśmy tego zdania wysłuchiwać bo mój syn przeprowadzał analizę.

Cudaczek! Mówię wam cudaczek!  

niedziela, 13 września 2015

Chóralny program Antka



 photo 11988239_1419989884806279_6143612107771591839_n2_zpsxhupflxj.jpg







 


I zaczęło się… a właściwie to russzyło z kopyta ! W ubiegły wtorek, zaraz po szkole odbyła się pierwsza dwu godzinna próba Les Petits Chanteurs de Bordeaux.


Wczoraj, ponieważ Antek miał pracującą sobotę śpiewał w szkolnej kaplicy na godzinnym koncercie.


 


Zaraz po nim, zaopatrzeni w piniki, zamiast obiadu, chłopcy i panowie ruszyli do katedry Świętego Andrzeja. Tam odbyła się prawie dwu godzinna próba chórów męskich i żeńskich miasta czyli les maîtrises de Bordeaux. Na zdjęciu fragment wczorajszej próby. Wiecej zdjec na stronie Facebookowej choru.


 


Dzisiaj chór śpiewał na mszy, w szkole, otwierającej rok szkolny. We wtorek kolejna próba a w przyszłą sobotę wielki Koncert z okazji dni europejskiego dziedzictwa kulturowego w katedrze w Bordeaux. Na tym koncercie, dla nas rodziców, miejsc nie będzie bo odbędzie się inauguracja odrestaurowanego portalu królewskiego i koncert zamówiła cała miejska “śmietanka”: pan mer  (ktory moze zostanie naszym przyszlym prezydentem) i oficjalne lica jak to się brzydko mówi.


 


Koncertów w najbliższych dniach zapowiada się sporo… część jest związana z corocznym zgrupowaniem chórów chłopięco-męskich, które pod koniec października ma miejsce w Bordeaux. Antek będzie więc śpiewał na wielkim koncercie galowym 19 października… już ćwiczą. Pozostałe koncerty jak zawsze są związane z okresem – vendange czyli winobrania. Tutaj znakomite zamki z regionu uświetniają uroczystości występami antkowego chóru. Co przynosi chórowi konkretne zyski.


 


Największym jednak wydarzeniem nadchodzących dni będzie wyjazd do Rzymu, na Nowy Rok, na zaproszenie papieża Franciszka gdzie chóry z całego świata, w tym 3 polskie, zrzeszone w pueri cantores będą podejmowane w Watykanie. To niesamowita przygoda dla Antka i wyzwanie.


 


Oczywiście sporo tego, nakłada się to na całą resztę prac i zajęć, ale mobilizujemy się! TV nie oglądamy to trochę więcej czasu mamy…


Pozdrawiam was niedzielnie z muzyką w uszach i w głowie!


 

sobota, 12 września 2015

« Polskie dzieci są grubsze od Amerykańskich ! »




 

To tytuł audycji i artykułu opublikowanych 8 września przez francuską międzynarodową stację radiową czyli RFI (Radio France internationale).

 

Od kilku lat wiadomo, że najbardziej otyłym narodem są Meksykanie. Biją wszystkie światowe rekordy Śwatowej Oragnizacji Zdrowia. Jednakże, gdy chodzi o dzieci, te najbardziej otyłe żyją w Polsce według WHO.

W kategorii wiekowej 11-15 lat co 4-te polskie dziecko cierpi nad nadwagę albo wręcz kliniczną otyłość. Te dane wzrosły 10-cio krotnie w ciągu ostatnich 30 lat.

 

Przyczyny… jak czytamy w artykule polskie dzieci jedzą zbyt tłusto, praktycznie wcale nie jedzą warzyw, jedzą zbyt szybko i w ten sposób pochłaniają spore ilości jedzenia nie zaspokajając głodu i oczywiście niewielu z nich uprawia sporty.

 

Dalej jest mowa o nowym artykule prawnym w Polsce zabraniającym sprzedaży śmieciowego jedzenia w szkołach w tzw : sklepikach szkolnych. Ministerstwo edukacji ma też podobno zachęcać do sportów nasze dzieci.

Jak podkreśla się w artykule polskie dzieci nie uczą się zbilansowanej diety ani zasad zdrowego żywienia od rodziców i to jest największa bolączka tego zjawiska.

 

Ja na ten temat badań nie prowadzę, mogę tylko zacytować inne… z własnego doświadczenia napiszę tylko tak…

-          mamy kilka otyłych dzieci w rodzinie czyli coś jest na rzeczy…

-          przyjeżdżjąc do Polski co roku od 10 lat z moim Antkiem, co roku swterdzałam, że polskie dzieci są dużo większe i bardziej nabite niż mój syn a on tutaj należy do « dużych » (139 cm wzrostu i 29,6 kg wagi, 10 lat i 1 miesiąc)

-          moja mama od lat nazywa swojego wnuka « kurczaczkiem » - to znak, że jest przyzwyczajona do widoku znacznie tłuściejszych…

-          często przychodziło mi obserwować dzieci w wózkach z… paczką chrupek i słodkim napojem obok, nie, niestety nie z wodą mineralną…

A moich obserwacji to tyle… a z waszych ?

piątek, 11 września 2015

Ile pracuje mój 10-cio latek…




 

Sporo i muszę przyznać, że aż się boję o niego choć ta jego praca jest niezwykle zróżnicowana. Konsultowani lekarze : internista, pediatra i ten sportowy zgodnie orzekli, że nie mam się o co martwić bo jak będzie czegoś za dużo to Antek sam zrezygnuje, przorganizuje swój plan zajęć. Pewnie i tak…

 

Tymczasem kolejny tydzień mojego Antka zaczyna wyglądać jak ministerialna agenda. To tylko moje skromne zdanie mamy, z którym nawet mój syn się nie liczy bo on raczej radością tryska i przed 22h nie zasypia bo jak twierdzi « nie jest zmęczony ».

Ja jednak mało znam 10-cio latków, którzy maja taki tygodniowy rozkład zajęć, poza kilkoma kolegami Antka z lig sportowych.

 

Tak więc wygląda to następująco w tym roku szkolnym.

 

 
Poniedziałek
Wtorek
Środa
Czwartek
Piątek
Sobota
Niedziela
8h30-11h30
Lekcje. 1 przerwa 15 min.
Lekcje
 
Lekcje
Lekcje
Lekcje -10 pracujących poranków w roku
Msza albo zawody
11h30-13h30
Obiad w szkole
Obiad w szkole i TEATR
Obiad w domu
Obiad w szkole
Obiad w szkole I Brydż
 11h Konserwatorium teoria 1,5 h. Obiad w domu
Obiad w domu
13h30-16h45
Lekcje. 1 przerwa 15 min.
Lekcje
Trening : fizyczny i mental w tenisie 2 h
Lekcje
Lekcje
Golf – trening 4 h z przerwą na podwieczorek
 
17 -19h30
Tenis – trening 1,5h
Chór próba 2 h
 
Tenis 1,5 h
 
 
 
wieczór
lektura
Czasem TV « Sécrets d’histoire »
lektura
lektura
lektura
Film : kino albo TV
lektura

 

I tak… jedynym dniem w tygodniu, w którym Antek nie ma NIC po szkole i o 17h10 ląduje w domu jest… PIATEK… we wszystkie pozostałe pracuje od 8h30 do 19h… ma oczywiście przerwy na obiad, dwie przerwy w szkole rano i popołudniu każda po 15 minut ale to tylko tyle.

Usunęłam mu saksofon… bo nie mamy gdzie go wcisnąć… i Antek chyba wielkim muzykiem nie będzie choć śpiewa znakomicie. Ten krótki zarys planu nie pokazuje oczywiście czasu spędzonego na dojazdach… poza piątkiem Antek je podwieczorki w samochodzie… bo nie ma gdzie, nie ma czasu wrócić do domu. Gdy dodam do tego :

-          koncerty – kilkanaście w roku, plus dwa tygodniowe staże z chórem, plus letnie tournée od 15 do 21 dni, plus teraz jeszcze Nowy Rok w Rzymie…

-          mecze tenisowe – obowiązuje 12 rozgrywek w roku, które trwają od 1 do 2 dni, plus wyjazdy na nie…

-          turnieje golfowe – 8 w roku plus wyjazdy, trwają 1 dzień

-          reprezentacje teatralne 5-6 w roku

Te wszystkie aktywności są oczywiście praktycznie eksluzywnie w week-endy… to…

 

Trwamy przy nim, my rodzice i właściwie to często się po prostu poświęcamy bo inaczej się nie da. Dziadków na miejscu nie mamy ani żadnej rodziny by nas w czymkolwiek wyręczyła. Àle czasem zdarzaja sie dobrzy przyjaciele, ktorzy zaproponuja nam wziecie Antka na sobote i niedziele i opieke nad nim i tak RAZ w roku mamy cos dla siebie... Robimy to bo chcemy i dlatego, że urodziło się nam dziecko utalentowane i tych talentów nie chcemy zmarnować.

Sami przecież też pracujemy. Ale muszę przyznać uczciwie, że czasami mamy dość bo przecież wszystko w domu też zrobić trzeba nie mówiąc o Antkowej diecie. Co do sensu tego działania jestem przekonana… ale chciałabym by mój syn już był w wieku, w którym wybierze jeden sport na poziomie ligi a inne zostawi sobie dla rozrywki bo 2 po ponad 4 h tygodniowo to… ciężko.

 

 

Dobrze, że w szkole idzie bezproblemowo i że zlecanie zadań domowych robione jest z minimum tygodniowym wyprzedzeniem. Robimy je więc trochę w week-end jak jest coś wolnego i będziemy teraz w środowe poranki, znaczy Antek sam będzie bo akurat pod tym względem jest bardzo samodzielny i zorganizowany.

Dla nas rodziców nasze dziecko jest wyzwaniem!

środa, 9 września 2015

Czasem się wstydzę, że jestem Polką




 

Powinnam raczej napisać, że wstydzę się za moich rodaków, wstydzę się ich zachowania, ich agresji, nienawiści, ich rasizmu, ich głupoty… I myślę sobie czasami czy ktoś kiedyś wstydził się za mnie, za mnie jako Polkę, z powodu mojego zachowania?

 

Rozmawiałam wczoraj z moją Agatą przez telefon właśnie na ten temat, że bywa nam wstyd za… Są bowiem takie momenty i wydarzenia, że trudno się przyznać do bycia Polakiem, szczególnie gdy mieszka się poza granicami naszego kraju.

 

Ja osobiście odnotuję tutaj tylko kilka takich chwil.

 

Pierwszą z nich będzie ta obecna, związana z silnym ruchem migracyjnym w Europie, którego jesteśmy naocznymi świadkami. Brzydzę się, tak brzydzę się komenatrzami czy to Facebook’u czy na stronach prasowych moich (niektórych) współrodaków. Gdy czytam o “jebanych czarnuchach” u kogoś z mojej rodziny notabene, o tym, że my nie, że “mają wypierdalać” itd… to robi mi się zimno.

I aż dziw bierze, że nas Polaków mieszka ponad 18 milionów poza granicami Polski! Jak to dobrze, że nas nikt nie “wypierdala” bo dopiero wtedy poziom bezrobocia nad Wisłą dorównałby chyba temu, który znam w zachodnich państwach Europy.

Co mnie oburza?

 

Siła i bezwzględność tej agresji nie poparta ani chwilą refleksji, ani argumentem tylko napędzana strachem, brakiem wiedzy, totalną ignorancją, jednym słowem ślepą głupotą.

 

Nie jestem jednak papieżem Franciszkiem! Nie jestem za przyjmowaniem każdego kto zechce zmienić miejsce swojego bytowania. Bo niestety to też uważam za skrajną głupotę. Należałoby ściśle rozróżnić migrantów ekonomicznych od tych, którzy naprawdę uciekają przed wojną i śmiercią. Ten kryzys jak żaden inny pokazuje bezmiar pustki naszych polityk i polityków, którzy nie tylko nie radzą sobie z sytuacją ale nawet nie chcą widzieć jej zagrożeń ani przewidzieć choćby krótkoterminowych konsekwencji. Tych polityków wybraliśmy jednak my sami i ich działania odzwierciedlają również nas, jako społeczeństwo cywilne, z niskim poziomem i kultury i wymagań im stawianych.

 

Wstydzę się za Polaków, gdy widzę, że prawie 20% społeczeństwa głosuje w wyborach prezydenckich na pojawiających się znikąd populistów, którzy obiecują złote góry. To kolejny przejaw totalnej bezmyślności i skrajnego egoizmu, który zasłania widok poza czubkiem własnego nosa.

 

Wstydzę się za niektórych Polaków, którzy własne dzieci traktują jak niedorozwinięte istoty, niezdolne do poznawania świata w wieku lat 6 za to wyposażone w komórki od lat 7…

 

Wstydzę się za Polaków, gdy widzę, że w sierpniu organizują 2 msze… jedną za byłego prezydenta, drugą za tego co właśnie objął urząd. Gdyby nie wymiar i symboliczne znaczenie tego wydarzenia to sytuacja byłaby wręcz komiczna! Ciekawa jestem tak po ludzku, jakiej mszy sam Pan Bóg wysłuchał? Do których modłów swe boskie ucho przychylił?

Obawiam się, że do żadnych… może umył ręcę a może zaśmiał się głośno z głupoty Polaków i ich ograniczeń tak intelektualnych jak i duchowych?

Pomyślałam sobie wtedy, że gdybym mieszkała w Polsce to z pewnością przestałabym chodzić do jakiegokolwiek kościoła w tym kraju i na jakąkolwiek mszę, liturgię czy nabożeństwo. Bo jak dodać do tego “ewentu” ksenofobiczne, antysemickie i nienawistne wszystkiemu co żyje Radio Maryja, kilka publikacji w tym prasowych, kilka “afer” i zbrodni naszych duchownych to co pozostaje?

Jak dla mnie praktycznie nic… oprócz uczucia obrzydzenia…

 

Tej nienawiści jest tak dużo… szczególnie w sieci, pod byle jakim artykułem, zdjęciem od razu pojawią się nienawistne komentarze, oczerniające, pełne inwektyw brr…

 

Nawet taka bzdura jak wywiad z panią Bojarską Ferenc… pamiętam ją z dzieciństwa a raczej jej programy gimnastyczne i czytam w nim jej opinię o pani Chodakowskiej… krótka piłka, brutalność, byle tylko nie uznać popularności, działań czy nawet sukcesu drugiej, innej osoby.

 

Nikt nie wymaga kochania… ale gdzie podziała się przyzwoitość? Kultura dyskusji?Jasne wypowiedzenie swojego zdania bez wyrażania nienawiści do DRUGIEGO? INNEGO?

 

Wstyd mi, że Polaków nie stać nawet na neutralność bo kultury już nam dawno zabrakło. Chyba przez kolejne dni nie będę przyznawać się do polskości bo o naszej nienawiści do innych jest zbyt głośno poza naszymi granicami a ja się z nią nie utożsamiam.  

wtorek, 8 września 2015

Zmieniam się w wojownika.




 

Wczoraj znacznie mi się poprawiło. Przyczyna ? Złożona… moja terapeutka powiedziała mi dzisiaj, że leki zaczęły działać, biorę je od 10 dni. To na pewno pierwsza przyczyna. Druga to powrót do korekty mojej książki. Dostałam w ubiegłym tygodniu pierwszych 55 poprawionych stron i… zaczęlam w końcu wczoraj nad nimi pracować. Tutaj ogromne podziekowania dla pani EWY W.

 

I uf… lepiej… i nawet powiedziałam sobie, że fajne jest to co napisałam. Oczywiście kilka sekund później zganiłam sama siebie za to osobiste uczucie satysfakcji bo do głosu doszedł stary, wychowawczy trik “lepiej się nie ciesz, nic nie wiadomo, nie chwal się, bądź skromna i złóż rączki skruchy na fałdkach spódniczki”.

Racjonalnie go jednak odrzuciłam! Ba pomyślałam sobie nawet… “Boże kto mi to włożył do głowy, kto mi to wmówił, że teraz odbija się rykoszetem”…

Odpowiedź zapewne też jest złożona. Jednakże ten system wychowawczy okazał się nadzwyczaj skuteczny skoro u lekko ponad 40-letniej kobity tkwi jeszcze w głowie!  

 

Jakimiż znakomitymi programatorami byli ci dawni spece od NLP! Dziś z pewnością mieli by światową sławę a wtedy, w szarzyźnie komunizmu, władali umysłami milionów tylko mało kto o tym pisał i wiedział.

 

Lepiej mi bo sprawy mają się znacznie lepiej z moją mamą i strasznie, strasznie się z tego cieszę !!! pfu, pfu… byle teraz doszło do szczęśliwego końca czyli do całkowitego powrotu do zdrowia !

Sobie też tego życzę.

 

Stand by… chwila oddechu… na jak długo ? Nikt tego nie wie.

Wracam do pisania bo to mi daje radość.

Aha i o jednym zapomniałam. Wczoraj udało mi się wykonać mój trening. Od ponad dwóch tygodni się nie udawało, padalam, plakalam i znow rozpoczynalam od nowa a wczoraj poszłooooo… byłam z siebie strasznie dumna.