sobota, 28 marca 2015

Po wizycie Marioli i z antkowego podwórka: 1-sza Komunia, mecze i koncerty.

W ubiegłym tygodniu odwiedziła nas moja stara przyjaciółka, jeszcze z okresu studiów w Rennes, kochana Mariola! Była w Bordeaux na kongresie medycznym i miałyśmy okazję się spotykać. Dużo wspomnień, myśli, nostalgi czasem wręcz wewnętrznego bólu wypływającego z tej świadomości, że i ją i mnie “los rzucił” tam gdzie oprócz męża i dzieci nie mamy rodziny, bliskich. Samotne dryfujące żaglówki. Może dlatego więź, która nas połączyła prawie 20 lat temu w Rennes i wciąż trwa jest taka żywa? Ona w Tunisie, ja w Bordeaux. Każda z nas w innej rzeczywistości. Takie dalekie i takie bliskie – to właśnie odczuwałam przez te ostatnie dni, tę niesmowitą bliskość. I tak mi było z tym dobrze, ciepło…



A dziś pozostały wspomnienia, zdjęcia, uśmiechy zawieszone gdzieś w przestrzeni mojego domu i serca, i… smutek.







Gdyby nie ciągła aktywność Antka to wpadłabym w melancholię, niestety się nie da!







Życie mojego syna płynie w tempie rakietowym. Mecze tenisowe i turnieje, koncerty saksofonowe i śpiewacze, gry teatralne, czytanie książek w przedszkolu, szkoła i jeszcze teraz 1 KOMUNIA, zapowiedziana na 31 maja.







Eyka pisała o komunii Okruszka. U nas też szykuje się komunia ale nie napawa mnie ona smutkiem raczej radością. Niestety i u mnie też nie będzie żadnej rodziny z Polski – zbyt daleko na 1 dniowe Święto… będą tylko teściowe, jego chrzestny z rodziną a chrzestna to albo przyjedze sama albo z kimś ze swojej rodziny choć tego jeszcze nie wiemy. Będzie więc to komunia w małym gronie od 9 do 13 osób maksymalnie.



Znalazłam jedną dość porządną restaurację na pokomunijny obiad. Czekam jeszcze na propozycję drugiego lokalu i będę musiała coś wybrać. Wybór niestety nie jest duży po większość restauracji jest w niedziele po prostu zamknięta.



Marzył mi się obiad w winnicach, pod Bordeaux ale niestety ci co przyjadą przyjadą pociągami i za miasto nie będzie jak dojechać. Robimy więc w centrum.



Teściowie zanocują u nas w domu, reszta gości w hotelach.



I tak to będzie wyglądać… Nia ma we Francji garniturków, alb czy innych “wymysłów”. Mój syn śpiewając w chórze pójdzie do komunii w swoim chóralnym stroju bo podczas tej mszy też będzie śpiewał.  Komunia we Francji jest po prostu… zwyczajna… bez zadęcia. Nie ma prób przed, nie ma zebrań, nie ma składek na kwiaty dla księdza i dla katechetek… jest spowiedź, uroczysta msza, posiłek w rodzinie i tyle. Nie ma też żadnego szału na prezenty. Dziadkowie i chrzestni składają się mu na rower. Więcej prezentów nie będzie i Antek tego nie oczekuje. Jest skupiony i modli się codziennie – I to wydaje się nam najważniejsze choć żałuję, że nie chodzi co niedziela na mszę bo zazwyczaj gra mecze tenisowe w niedziele rano a tylko wtedy u nas jest msza święta. Chodzi za to na msze w szkole, w piątki po obiedzie. Chociaż to.







W Wielki Czwartek zamiast mszy czeka nas koncert w konserwatorium – bo akurat taka jest data, szkoda… ale cóż we Francji bycie katolikiem staje się coraz bardziej skomplikowane. W niedzielę wielkanocną też Antek miał grać mecze tenisowe z ligii ale odmówiliśmy… Święta nie Święta większość osób nie zwraca tutaj na to najmniejszej uwagi.

sobota, 21 marca 2015

Cudze chwalicie swego nie znacie czyli jeszcze raz o « Idzie ».




 

Z wielkim zdziwienie i zaskoczeniem przeczytałam w 11-stym numerze TP wywiad z Pawłem Pawlikowski oraz dane dotyczące niedawno nagrodzonego Oscarem filmu « Ida ». Pierwsze zdziwienie to, to dotyczące frekwencji polskich widzów. Gdy we Francji, Niemczech czy Anglii niecałe 2 tygodnie po premierze film widziało już, w każdym z tych krajów, ponad pół miliona widzów, w kraju nad Wisłą po kilku miesiącach od premiery frekwencja przekroczyła z trudem 125 tysięcy widzów czyli ¼ wspomnianych państw. Dopiero, jak pisze polski dysrtybutor « Idy » po zagranicznych sukcesach widownia w Polsce się filmem zainteresowała i zachwyciła nawet – jakaś jej część.

 

Film jednak trafił do multipleksów dopiero po nominacjach do Oscara… Jednym słowem więc Polacy mając u siebie, pod nosem, na własnym terytorium i we własnym języku coś wyjątkowego… dostrzegli tego wartość jak obcy pokazali im palcem – He, to jest świetne!
Sami pozostawali ślepi, wątpiący i nawet skłóceni. Bo jak mówi Pawlikowski w wywiadzie pewna grupa osób ma do niego pretensje bo nie zrobił filmu “ jaki chcemy i jaki trzeba było zrobić”! sic!

 

Znana w świecie nasza słonność do pouczania i moralizowania wypłynęła tutaj na szerokie wody rodzimej ignorancji podpartej butelką piwka i jedynie słuszną wizją wspłóczesnego świata: kto i co powinien, kiedy i jak.

Jak twierdzi Pawlikowski “Na szczęście masa widzów – od Francji po Finlandię, od Korei po Kolumbię – przyjęia “Idę” w całej jej wieloznaczności i poetyce”.

Znowu obcy… szkoda…


“Trzeba być totalnie zaślepionym, żeby myśleć o tych postaciach jednoznacznie” – chodzi oczywiście o postacie z filmu.  Wanda i Ida to Polki… “Chciałem pokazać, jaka ta Polska, jakie to życie jest gęste, ciekawe, niepokojące, żywe i paradoksalne. I jak potrzebne jest nam w tym wszystkim poczucie absolutu”.  Polska przedstawiona na filmie to Polska z dzieciństwa Pawlikowskiego: czarno-biało-szara, krzywa, z błyszczącymi neonami… I tak ją fantastycznie pokazał!

Film otrzymał 68 głównych nagród w kraju i na świecie… nie docenili go tylko nad Wisłą i na festiwalu w Wenecji.

 

Choć i to może się zmienić…

sobota, 14 marca 2015

Polki we Francji

Polki we Francji




Są różne. Poznałam ich przez całe lata życia tutaj bardzo wiele. Od 1992 roku do 2015… kawał czasu i tyle dziesiątek napotkanych Polek. Twarze, charaktery, zawody, problemy, dzieci, małżeństwa i rozwody, dramaty i szczęśliwe chwile.





W ubiegłą niedzielę wybrałam się na Polski Dzień Kobiet zorganizowany przez stowarzyszenie Polskie Bordeaux. Stowarzyszenie to istnieje od kilku lat, prowadzi polską szkołę sobotnią « Kleks » i organizuje różne polskie imprezy. Ta ostatnia była świętem z rozmachem. Nie przypuszczałam, że spotkam w tym dniu 70 Polek… mieszkających w Bordeaux i w jego okolicach. Jak do tej pory i przez ostatnie 10 lat znałam tutaj tylko 3 panie z nadwiślańskiego kraju.











Jest nas tutaj jednak bardzo dużo.





Dzień Kobiet był wyjątkowo pięknie zorganizowanym popołudniem i wieczorem. Wokół kobiecych tematów kręciłyśmy się z marchewkowymi koktajlami i z kanapeczkami z bratkami. Były więc porady pani kosmetyczki – Polki, mającej tutaj swój własny gabinet. Już się tam wybieram… do pani Żanety Sergot. Były porady instruktorki fitness, też Polki, jak i znakomity wykład o makijażu i obecnych tendencjach Polki pani Karoliny Popczyk, laureatki 3 miejsca w The Voice of Poland w 2014 roku, która to dała nam wieczorem koncert… Śpiewa przepięknie piosenki cudze i własne. Gra również pięknie na pianinie. I choć mieszka w Tuluzie dołączyła do nas do Bordeaux – na zdjęciu to druga pani od prawej w środkowym rzędzie.





Z niecierpliwością czekam na kolejne spotkanie…





 I tak wspominając ubiegłą niedzielę i patrząc na te lata spędzone we Francji z dość długiej już perspektywy jestem pod ogromnym wrażeniem zmian jakie się dokonały i w samej Polonii i z pewnością w polskim społeczeństwie w ogóle.











Moje pierwsze spotkania z Polkami, jeszcze jako fille au pair, nasycone były tęsknotą, łzami i jakimś takim ogólnym poczuciem biedy i niedopasowania do Francji, Francuzek…











Lata spędzone w Rennes, studenckie lata to lata dysonansu pomiędzy mną Polką i Polkami studentkami a Polkami już dorosłymi kobietami ( ze naszej lokalnej Poloni), których życie było już znacznie bardziej zbliżone poziomem i stylem do tubylców znad Villaine. Choć i w tym środowisku nie brakowało Polek z problemami, bez pracy, z taką ciężkawą emigracyjną egzystencją.











Później był Paryż, pisanie doktoratu, stypendia, prace dla Nauk Politycznych i dla Ministerstwa spraw zagranicznych, wiele podróży nawet na krańce świata… Szokowało mnie wtedy i to bardzo polskie towarzystwo pod polskim kościołem… Czułam się obca, odstawałam, gdyż nie szukałam pracy; nie brakowało mi pieniędzy; nie sprzątałam ani też nie pilnowałam dzieci czy starszych osób by zarobić na chleb… żyłam pełnią życia, korzystałam z Paryża i ze świata. Niczym nie byłam ograniczona poza moimi własnymi wewnętrznymi słabościami. Któż nimi ograniczony nie jest? I to zawsze?











Przyszły lata Bordeaux i ciągłej pracy w Paryżu. Zostałam mamą. I Polek tutaj nie znałam oprócz jednej – Kasi, którą szczęśliwie w ostatnią niedzielę odnalazłam. Lata ciężkie bo ciągłej niepewności, braku pracy -  później jak synek dorastał, zdawania konkursów, pisania książek, publikowania ich i artykułów. Lata szczęścia i nieszczęścia. Rzadko jednak w tej dekadzie czułam, że jako Polka odstaję… raczej byłam i jestem dobrze zintegrowana.











I ta ostatnia niedziela… Polki… jakże jesteśmy różne od tych napotkanych w latach fille au pair i bretońskich Polek. Byłam pod niesamowitym wrażeniem waszej urody, waszych talentów, waszy profesjonalnych karier i osiągnięć i tego poczucia, że nie odstajemy, jesteśmy, po prostu jesteśmy… jakże inne od Polek z lat 1990…





Polki we Francji… panie psycholog; pani dyrektor projektow “Wybitny Polak we Francji”; panie rehabilitantki; panie tworzące własne marki mody znane we Francji, panie dekoratorki wnętrz z własnymi firmami; panie adiunkt i wykładowczynie; panie informatyk i inżynier,; panie nauczycielki… potrafimy wykonywać te wszystkie zawody nie tylko w Polsce ale też tutaj, na obcej ziemii, w obcym języku. Jesteśmy świetne! My POLKI!