wtorek, 23 maja 2017

Nie moge sie pozbierać... Wokol smierć. francuska codzienność: Cześc 88.

Jest mi zle, bardzo zle.

Wczoraj wieczorem zadzwoniłaś ty Karino kochana by powiedzieć mi, ze odeszła Iza... Nasza szkolna przyjaciolka, przyjaciolka rowniez Oazowa. Iza miała tyle lat co my. Ten sam rocznik.

Na jej facebookowym profilu uśmiecha sie do mnie twarz piękniej, młodej, wysportowanej kobiety. Jej synowie, maz...
Ja pamietam Izę z czasow szkolnych, jej wysoka postać, zdecydowany charakter, uśmiech. Pamietam te wszystkie chwile, które spędziliśmy razem, te nasze rozmowy, rozważania czasem bardzo głębokie bo o wierze, o egzystencji, o nas... Nasze wspólne śpiewanie, granie...

Kilka godzin wczesniej wzruszyłam sie bardzo bo odszedł Wodecki. Znakomity piosenkarz mojego dzieciństwa. Jego piosenki znam na pamiec, przypominają mi konkretne chwile, miejsca, ludzi... I wciaz go słucham... Na youtubie pisząc czy gotując tak jak słucham Młynarskiego, Grechutę czy Niemena czy Jarocka. To moj świat, świat moich odczuć, emocji...

Kilka godzin pozniej dowiedziałam sie o ataku w Manchestrze... Na dzieci...
Nie spałam wiele.
Nie moge sie pozbierać... Rzeczywistość mnie boli, bardzo boli. Jestem ale tak jakby mnie nie było.

Byłam w pracy, cały dzien...
Po lekcjach niektórzy uczniowie podchodzili porozmawiać...
" co sie stało?" - pytają...
 A mi sie oczy świeca od kropel słonej wody... Świat mnie boli, zycie mnie boli. Nie mam siły. Złe mi. Odwaga poszła w długa, optymizm zgasł jak zdmuchnęła świeczka.

Wiem, ze żyć trzeba i to tak by COS zostało z tych dni, dni... Bo tylko to sie liczy. Ale dzisiaj nie potrafię.

niedziela, 21 maja 2017

Odrobina luksusu, praca i zmeczenie, fryzjer i ilosc zadan domowych czyli Francuska codziennosc: Czesc 88.


Zacznijmy od przyjemnosci.. w piatek w przerwie obiadowej popedzilam na poczte odebrac moja paczke. Czekalam na nia z wielka niecierpliwoscia bo z braku czasu by pojechac w koncu do Dordogne, do sklepu Repetto po balerinki, znalazlam inne rozwiazanie, internetowe tyle, ze z inna marka balerinek.


Zamowilam sobie dwie pary w granacie i w turkusie. To buty luksusowe... robione recznie, cale ze skory wraz z podeszwa. Podeszwa zreszta jest przecieta i szyta recznie by zapewnic komfort i wygode. Takie buty to oczywiscie powazan inwestycja, na kilka lat z pewnoscia. Moje poprzednie baleriny posrebrzane i rozowe nosze juz lat 6 i bede zreszta nosic nadal tyle, ze w inne miejsca. Koszt takich balerinek to od 150 do 220 euro za pare. Droga internetowa udalo mi sie oczywiscie uzyskac znacznie nizsza cene. I ciesze sie, ze moglam z takiej oferty skorzystac. Podobnie jak w sklepie fabrycznym... zawsze jest minimum 40% taniej tylko trzeba dlugo o daleko jechac...


Przyjemnosci ciag dalszy byl wczoraj bo bylam u Caroline, mojej fryzjerki i poprawilam moj blond. Lubie siebie taka, jasna i sloneczna, ale blond jest strasznie wymagajacym kolorem i musze wciaz w niego inwestowac to zanczy w zaiegi, maski i we fryzjera... kiedys wlosow nie farbowalam, mialam ciemny wlasciwie taki mysi, nijaki blond... dzis jak patrze na te stare zdjecia to sie zastanawiam dlaczego taka nijaka chodzilam po tym swiecie????? he, he, he...

A oprocz przyjemnosci jest tez wprogramie spore zmeczenie, zadyszka po ubieglotygodniowym pedzie... wystawianie ocen i opini, lekcje, przygotowania do matur, egzaminy, maz w Normandii, dziecko ze swoimi problemami... wykocznona byla wczoraj, dzis jest troche lepiej a od jutra, od 6 rano znow ten sam ped ale tylko na 3 dni bo w srode zaczyna sie 4 dniowy week-end i bedziemy w Paryzu!!!!

Tymczasem Antek bo wczorajszej, calodniowej nieobecnosci, musial ostro ruszyc przy niedzieli do pracy... jestesmy juz po 4 godzinach zadan domowych i na pyszczek padamy a jeszcze fizyke trzeba ba wtorek przygotowac i historie judaizmu na srode... Antek dostaje kota... i nie wiem czy sie da???? Teraz przerwa na final tenisowy na kortach... spokoj i chwila relaksu.

sobota, 20 maja 2017

Spory sukces Antosia i przetrenowanie kolana... czyli Francuska codziennosc: Czesc 87.

Zacznijmy od sukcesow... Wczoraj, pod wieczor dowiedzielismy sie, ze nasz syn zajal 41-sze miejsca na ponad 260 000 uczniow pierwyszch klas francuskich gimnazjow! Radosc byla ogromna i tym wieksza, ze calkiem niespodziewana.
Wmarcu bowiem odbyly sie ogolnonarodowe testy z matematyki. 20 zadan od prostych po bardzo trudne, 55 minut. Wszyscy uczniowie francuscy poza nieobecnymi oczywiscie do nich przystepowali. Moj syn w ogole bez zadnego przygotowania bo nic nam nie raczyl powiedziec. Rano sie dwiedzielismy, ze dzis sa testy z matematyki.

I wczoraj opublikowano wyniki... lekki opad szczeki nas rodzicow i oczywiscie wielka duma. Antek "gazuje" jak sam to sobie tym slowem okresla cokolwiek ono znaczy.

Zdziwienie jest tym wieksze, ze jego oceny w ty roku z matematyki nie naleza do najlepszych... jest moze 25 ty w swojej klasie na 32 uczniow... ja nie moge zniesc jego nauczyciela od matematyki i sposobu w jaki traktuje dzieci. A tutaj prosze taka niespodzianka. Drugi w swojej szkole na 9 klas po 32 uczniow w kazdej klasie i 41-szy we Francji... Calkiem niezly wynik! W jego szkole natomiast cialo pedagogiczne twierdzi, ze Antek jest literacki bo ma znakomitewyniki z francuskiego, jezykow obcyc czy historii i geografii. A ja w sumie nie wiem jaki jest? Jest jaki jest! Kochany synus!

Oprocz sukcesu matematycznego mamy sportowy przestoj i to az 3 tygdoniowy na poczatek. Antek ma zdiagnozowany od czwartku, przez lekarza sportowego syndrom Singing Larson Johansson. To z przetrenowania w fazie wzrostu. Przypadlosc bardzo popularna i powszechna u mlodych sportowcow.  Sciegno w kolanie naciska na kosci, te sa w fazie wzrostu i niesttety nieco je uszkadza... gdy pojawia sie bol trzeba zrobic przerwe w sporcie i chodzic na masaze.

Masaze u fizykoterapeuty beda od poniedzialku. Sportu zakaz jest na 3 tygodnie... Antek w placz... ale trudno sie mowi. Musi przezyc...i ten okres dla niego trudny i nudny.

O odrobinie luksusu, zmeczeniu, fryzjerze i innych sladnikach francuskiej codziennosci jutro...

czwartek, 18 maja 2017

Pierwsza moja wizyta u Sofrologa i kontrola u dietetyczki. Francuska codzienność : Część 86




 

Dziś, od samego rana, byłam bardzo zajęta. Zaraz po odwiezieniu Antka do szkoły miałam umówione moje pierwsze, dwugodzinne, spotkanie z sofrologiem.

Antek ma swoją panią sofrolog od kilku miesięcy już ale on chodzi do niej na konsultacje ze względu na swoją “karierę” sportową. Każdy sportowiec kogoś takiego ma.

Ja natomiast umówiłam się ze względu na mój pogłębiający się problem bezsenności.

 

Zaczęlo się kilka miesięcy po urodzeniu Antka, stan depresyjny, niemowlak w domu, ja dojeżdżająca do pracy te 560 km raz w tygodniu albo raz na 10 dni… I życie mi się skomplikowało. Pojawiły się kłopoty z zasypianiem. Okresami są one poważne bo pozwalają mi tylko na 3-4 godziny snu czasami są lżejszego kalibru i udaje mi się te 6 godzin przespać. Jak do tej pory nic mi nie pomaga… ani dieta dobrana do tej problematyki, ani sport, który uprawiam 6 razy w tygodniu, ani żadne zioła, wyciągi z ziół, ani melatonina bo to też było testowane, ani medytacje w pełnej świadomości, które owszem trochę polepszają ten stan, ale nie rozwiązują mojego problemu… szklanki mleczka i relaksująca muzyka to również nie działa jak i odmawianie różańców. Kilka razy w tygodniu biorę środki nasenne by przespać choć te 6 godzin bo mam nazajutrz 7 godzin lekcji plus dwie rady pedagogiczne, plus dom i Antka do obsłużenia.

Moja internistka ostatnio załamując ręce stwierdziła, że pozostaje juz tylko sofrologia albo w ostateczności hipnoza plus tabletki nasenne w razie potrzeby.

 

Moim problemem nie jest sen sam w sobie, jak już śpię to śpię. Moim problem są moje niepokoje i pewien wyuczony system funkcjonowania mojego mózgu, który nie pozwala mi na sen.

 

Tak więc, pełna nadzieii i niepokoju, znowu ten niepokój! udałam się na poranne RDV. Czułam się dziwnie… za to teraz czuję się taka spokojna, że za chwilę zasnę!

 

Czym jest sofrologia? To dyscyplina i dziedzina wiedzy stworzona w 1960 roku przez Alfonsa Caycédo, neuro-psychiatrę. Pomieszał on w niej a raczej zespolił w jedną całość: jogę, relaksację, hypnozę oraz ćwiczenia fizyczne. Sofrologia nie zastępuje medycyny ale jest jej komplementem. Ma tę zaletę, że w ciągu 6-8 seansów problem zostaje rozwiązany lub znacznie złagodzony. Sofrologia uczy zarządzania własnymi emocjami, rozwija koncentrację i kreatywność, pomaga w wydobyciu naszego potencjału jak i również w jego wykorzystaniu. Aktorzy, politycy, sportowcy mają swoich sofrologów na stałe bo potrzebują ich i ich ćwiczeń regularnie. Ja mam na kilka seansów by sprawdzić czy to podejście pozwoli mi na reprogramację, że się tak brzydko wyrażę, mojego mózgu i na lepszy sen.

 

Cwiczyłam dzisiaj całą godzinę… oddechy, ćwiczenia relaksujące z jogi, wizualizację… następne RDV za 10 dni. Zobaczymy czy z czasem będzie mi lepiej.

 

To co mi się najbardziej podobało to tłumaczenie a raczej wytłumaczenie mi laikowi jak funkcjonuje nasz mózg i dlaczego spać nie mogę. Jest to dla mnie dość niepokojące samo w sobie, ale będę nad tym pracować.

 

Po dwóch godzianch wałkowania niepewnosci w sofrologa zahaczyłam o kontrolę przed wakacyjną u dietetyczki… Miło było. Zgubiałam kilogramik, moja waga jest w tej chwili idealna. Masa tłuszczowa znów spadła, mięśniowa rośnie… jeszcze trochę jej brakuje do stanu optymalnego ale już jest dobrze. Przemiana materii znacznie przyśpieszyła bo potrzebuję aż o 300 kcal dziennie więcej na podstawową przemianę materii niż te 1300 z kawałkiem ze stycznia… teraz jest nieco ponad 1600 kcal…mięśnie spalają więcej i szybciej niż tkanka tłuszczowa albo nadmiar wody. Mój cel został osiągnięty!!!!

 

Pozostaje kontynuować. Dieta wyjściowa, ze stycznia się nie zmienia, logika pozostaje dokładnie taka sama. Mogę za to częściej pozwolić sobie na przyjemności drobne czy zwiększyć ilość spożywanego białka na przykład. To nawet jest wskazane bo za kilka lat menopauza i im wejdę w nią lekką nogą z prawidłowa masą mięściową tym lepiej. Skutków ubocznych mniej, widmo osteoporozy i reumatyzów dużoooo mniejsze. No I samopoczucie genialne!

 

 

niedziela, 14 maja 2017

Znowu Tenis! I do tego nowy Prezydent... Ja dumna Francuzka. Francuska codziennosc: Czesc 85.



W Bordeaux rozpoczal sie wczoraj coroczny turniej ATP. Antek jak zwykle jest zaangazowany jako zieracz pilek i widz. Z przyjacielem z klasy, Arturem i z jednym z graczy Ymer, rodem ze Szwecji kolejny dzien na kortach i na trybunach.

Czeka nas intesywny tydzien sportowy. Antos bedzie cala srode popoludniu gral tam w turnieju mlodych talentow. Ja juz ledwo dysze, ale moj syn jest w znakomitej formie. 

Na wtorek zapowiadaja upaly do 30°C wiec bedzie ciezko. Nie wspominajac szkoly, lekcji do uzupelnienia,  godzin pracy w domu. 

Dzisiejsz poranek natomiast spedzilismy przed TV! My, ktorzy rzadko kiedy ten ekran wlaczamy bo nigdy nie ma czasu by sobie usiasc i na cos sie gapic. Dzis bylo inaczej bo od rana trwaja uroczystosci zaprzysiezenia nowego prezydenta. I uroczystosci te sa wyjatkowo piekne, ich symbolika bogata i wielce znaczaca a i emocji tez nie jest malo.

Nasz nowy prezydent Macron, jest niezwykle godny swojej nowej funkcji. Zadnego faux pas. Jego przemowy sa blyskotliwe, wypelnione trescia i wiedza. I chyba to bedzie go wyrozniac najbardziej od poprzednikow. Od czasow Mitterand'a nie mielismy jeszcze tak inteligentnego prezydenta i otoczonego tak wyjatkowej klasy ludzmi. 
Bardzo mnie to cieszy i chyba nawet troche wiecej... dumna jestem z tego, ze jestem tez Francuzka!

I w koncu mamy powrot Pierwszej Damy... pieknej, inteligentnej i nietypowej... po duzo starszej od swojego meza prezydenta. Narazie sie jej przygladamy wszyscy... podziwiamy stroje, uczucia, ktore sobie ta prezydencka para okazuje publicznie... 
Czekamy na cd... 

sobota, 13 maja 2017

Francuska drozyzna! Francuska codziennosc: Czesc 84



Koszty zycia we Francji sa coraz bardziej znaczace... a zarobki? No coz... nie rosna. Albo rosna tak wolno i w takim wymiarze, ze trudno cos z tym fantem zrobic. Pomyslow na wieksze pieniadze brak oprocz zagrania albo i regularnego grania w totolotka!

W ubieglym tygodniu dostalismy obuchem po glowie... Chcemy bowiem kupic mieszkanie w Bordeaux. Domki, jak doszlismy do wniosku po mieszkaniu tutaj prawie 3 lata sa zupelnie nie dla nas. Nie lubimy domow i domkow! Przyczyna prosta... tarasem, roslinami, garazem zajmuje sie TYLKO ja... a ja nie daje rady ze wszystkim i mam tez inne priorytety w zyciu niz malowanie, sprzatanie i sadzenie roslin. Stéph ma to gdzies... on jedzie rano do pracy, wraca pozno wieczorem i w weekendy chce odpoczywac a nie podlewac, porzadkowac czy co tam jeszcze innego robic. Zapadla wiec decyzja o zmianie lokum na mieszkanie, najlepiej w naszej poprzedniej dzielnicy, na pietrze, w starym budownictwie...

I wszystko byloby pieknie i ladnie gby nie okazalo sie, ze CENY skoczyly o 12% w 2016 roku, o 4% od poczatku tego roku... wynik jest taki, ze 1 metr mieszkania tam, gdzie chcemy mieszkac kosztuje ponad 5000 euro!!! sic! w miescie prowincjonalnym, gdzie zarobki nijak sie maja do tych paryskich.

Tak wiec na nic nasze wysilki oszczednosciowe... bo wkladajac 80% tego co mamy i dobierajac kredyt na 200 000 euro na 20 lat... mozemy sobie kupic 90 metrow kwadratowych a to dla moich panow jest stanowczo za malo...

Tak wiec ostro sie klocilismy, negocjowalismy, i szukalismy rozwiazan...
Ja nie mam nic przeciwko innym dzielnicom, w tym tej, w ktorej mieszkam, ale moi panowie stoja okoniem. Tutaj ceny sa nieco nizsze. Stac nas na spory dom pod miastem, nawet w gminie przyklejonej do miasta i to z ogrodem, ale moja rodzina krzyczy NIE. Ma byc w miescie i blisko centrum. A tutaj nas nie stac na to na co chcemy...

Spekulacja na nieruchomosci plynie wartkim potokiem w Bordeaux, bo za kilka tygodni bedziemy oddaleni o 2 h pociagiem od Paryza. Naplyw ludnosci jest ogromny. Miasto jest sliczne, wciaz w jakis konkursach wygrywa, przez UNESCO docenione to i... sa wynik tego stanu rzeczy...

Wczoraj po dniach negocjacji, okazalo sie, ze wybierzemy chyba inna opcje... przeprowadzka na wynajete... mieszkanie takie jakie chcemy, w dobrej dzielnicy ale wynajete do czasu ustatkowania sie cen...czyli jak zapowiadaja specjalisci jakies 3-4 lata.

Mi to juz w sumie wszystko jedno bo bic sie z mezem i zyc w nerwach nie zamierzam.


Ceny na zywnosc tez wciaz rosna...
Jak co czwartek bylam po zakupy. 124 euro zostawialam w: warzywno-owocowo-serowo-miesno-rybnym... na 3 osoby na tydzien... dopelnilam ogolnospozywczymi za 80 euro i mrozonkami za 23 euro... razem ponad 220 euro na tydzien na tak zwane zwykle zycie, bez gosci, swiat i ekscesow. Faktem jest, ze jemy zdrowo, kupuje duzo zywnosci ekologicznej, nie kupuje slodyczy, napojow slodzonych, alkoholu oprocz czerwonego wina czy papierosow.  Najdrozej kosztuja mnie warzywa 55 do 60 euro tygodniowo ale jemy ich 1,5 kilograma dziennie! na nas trzech... jest tego troche.

Stanialy tylko podroze, sprzety elektroniczne czy ubrania.. ale tego nie kupuje codziennie i jak kupuje to zawsze z wielka obnizka. W ubieglym tygodniu zamowilam sobie dwie pary balerinek... powinnam po sklepowej cenie zaplacic za nie 326 euro ale zaplacilam 126... mam swoje sposoby.

Jednym slowem zycie we Francji jest strasznie drogie. Ceny wciaz rosna, zarobki mniej ale staramy radzic sobie z tym co mamy i zaoszczedzic kazdego miesiaca na "zas". Czasem bywa ciezej czasem lzej. Ciekawe jak bedzie za Macron'a?

niedziela, 7 maja 2017

Brawo Francja, Brawo Francuzi!

Brawo Francuzi! Nie dalismy sie ekstremizmom.... Jest nas dwa razy wiecej niz tych pelnych nienawisci.
Brawo Emmanuel Macron!

Poranek w operze i na wyborach. Francuska codziennosc: czesc 83.

Opera

Przez jakis czas bede musiala pisac bez polskiej czcionki. Moj stary komputer ledwo dyszy i zrobienie na nim czegokolwiek to conajmniej godzinna strata czasu. Nowy kupie dopiero we wrzesniu jak wyjdzie na rynek IMAC, to znaczy jego nowy model. Tymczasem pozostaje komputer pracowy meza albo tablet.

Dzisiejszy poranek zaczal mi sie kulinarnie... mieso po japonsku, ptysie z kremem limetkowym... o tym jednak na blogu obok. Musialam jednak o 8 h wstac by sie wyrobic z kuchnia i na 11h do opery. Z racji antkowego wieku jestesmy fanami porannych koncertow i oper bo sa krotsze czyli dostosowane do dzieci i rodzin. Trwaja 1,5 godziny zamiast 3!
Dzis tez bylo pieknie... opera Bizet'a, fragmenty "Lowcy perel". I tak od tych 11 lat moje dziecko edukuje operowo, filharmonicznie i w kazdej innej dziedzinie. Uwazam to za swoj obowiazek.

Szef choru naszej narodowejopery wyjasniajac dzieciom i niewyksztalconym doroslym ( na poczatku pytal kto jest w operze po raz pierwszy  i kilku doroslych podnioslo rece) na czym polega praca choru w operze, a ktory jest Wlochem wyglosil przy pkazji przemowe o Bogactwie roznorodnosci! I tym trafil do naszych serc.
W Bordeaux w naszym chorze spiewaja bowiem Rosjanie, Bulgarzy, Hiszpanie, Koreanczycy, Japonczycy itd... i to i kompetencje tych osob sprawiaja, ze obcujemy z KULTURA na takim poziomie... a nie zamkniecie granic, nie przyjecie migrantow czy wszelkie inne pomysly FN. 

Po porannej, wiosennej operze i spotkaniu kilku znajomych ruszylismy w drodze powrotnej glosowac...

czwartek, 4 maja 2017

Pijana uczennica na lekcji ; polityczne francuskie bagno ; praca, sporty – taki codzienny misz-masz ! Francuska codzienność : Część 82




 

We wtorek rano z wielką ochotą wróciłam do pracy, do liceum. Lubię, bardzo lubię być z moimi uczniami, prowadzić lekcje, dyskutować i żartować, a czasem się wzruszać też! A tutaj niespodzianka… Dzień miałam ciężki bo lecje od 8 do 18 non stop z 2 godzinną przerwą na obiad od 12 do 14h, jak to zazwyczaj jest we Francji. I na ostatniej godzinie… lekcja od 17 do 18, wchodzi jedna bardzo dobra uczennica, rozweselona na maksa, chichocząca… Ja tam lubię wesołych ludzi, więc coś jej powiedziałam tylko delikatnie, żeby nieco ciszej bo jak mam ich 36 to trudno coś zrobić w ogólnym rozgardiaszu.

To była geografia… robili uczniwoie moi schematy geograficzne na podstawie fotografii więc krążyłam między nimi i odpowiadałam na pytania. Aż tu nagle słyszę “bum”. Lecą piórniki, wszystko rozsypane. Uczennica, którą roznosiło poległa na ławce. Pytam czy coś konsumowała… nie i chichot. Wysłałam ją z gospodarzem klasy do pielęgniarki. I… sporo alkoholu we krwi choć po zapachu nic nie wyczułam. Zawołali pogotowie, rodziców delikwentki… I tak oto po raz pierwszy w mojej karierze zaliczyłam incident związany z pijaństwem…

 

 

Głupi wybryk, jak to bywa w wieku lat 16… wczoraj przyszła z przeprosinami… eh…

W pracy ostro… końcówka roku. 7 rad pedagogicznych mam w ostatnim tygodniu maja. Lekcje oficjalnie do 9 czerwca, ale sporo wolnych długich weekendów pomiędzy. Od 14 czerwca matury, plus ustne plus poprawki. Koniec maratonu 13 lipca. Od przyszłego tygodnia zaczynam egzaminowanie na Naukach Politycznych i mam kilka tematów do przygotowania. A 30 i 31 laja mam matury ustne z historii-geografii po rosyjsku w innym liceum.

Bedę też zdawać kolejny egzamin z polskiego do klas międzynarodowych więc muszę w czerwcu przygotować pisemne dossier… ale zrobi się.

Jednocześnie wychodzi moja książka, więc też jest nad czym pracować.

Moi uczniowie też zdają matury więc się trochę angażuję… a jedna z moich uczennic zdała pisemny konkurs na Nauki polityczne! Dumna jestem strasznie!!!!!!!!!!

 

Antek też zasuwa. Kończy pierwszą klasę gimnazjum 23 czerwca. Pracuje po kilka albo i kilkanaście godzin dziennie by wszystko ogarnąć no i przede wszystkim mieć znakomite  stopnie, takie jak on lubi. Na początku czerwca Antek zdaje kolejny egzamin Cambridge, kolejny pułap z angielskiego więc ostro codziennie powtarza.  We wtorek był w szkole od 8 do 18:30 a później pracował w domu, wczoraj 5 godzin lekcji, 2,5 h pracy w domu, 2 h treningu… Z tego co widzę to tzw: dobrych francuskich rodzin z jego szkoły to zupełnie nie dziwi, uważają, że to norma by 11-12 latek do 22 pracował.  Może mają rację? Nie wiem myślę nad tym… Widzę jednak, że on całkowicie akceptuje, jakby to było oczywiste, jasność najjaśniejsza… koledzy tak robią, przyjaciele, takie jest ich życie.

 

W tym całym pędzie znajduję czas na sport. Możś nie codziennie ale tak 3-4 razy w tygodniu. Mam coraz lepsze wyniki w bieganiu… moje ciało wygląda coraz lepiej, masa mięśniowa mi się wciąż powiększa. Nawet Antek tak wysporotowany sprawdza twardość moich mięśni brzucha pięścią i z zadowoleniem kiwa głową he, he…

 

Stéph też pędzi. Ostatnie dwa dni go nie było bo po dróżkaż Cantal’u jeździ. Kontrakty podpisuje a ja się cieszę razem z nim.

 

Tymczasem w moim kraju polityczne bagno…Wczorajsza debata pomiędzy dwoma kandydatami w prezydenty nie pozostawia złudzeń. Jest tylko jeden POWAZNY kandydat między złodziejami i ekstremizmami. Zniesmaczona byłam całkowicie. I chyba pod tym względem nie ma we mnie krzyty tolerancji dla ekstremizmów wszelkiej maści a już tym bardziej dla tych, których finansuje pan Putin morderca. W niedzielę idę głosować I trzymam kciuki do wieczora by głupota i nienawiść nie przeszły. Choć to nie koniec boju… w czerwcu wybory prlamentarne więc jeszcze tutaj będzie ostro bo prezydent sam niewiele może albo tyle co nic.

 

 

 

poniedziałek, 1 maja 2017

Wujek Edzio. Lekcja miłości ?


Edzio



Zadzwonił wczoraj wieczorem, koło godziny 18… i może nie był to przypadek po mojej wczorajeszej refleksji ?

Zabrzęczał cicho mój tablet na biurku a ja akurat na komputerze poprawiałam redakcję mojego tekstu. Odpowiedziałam od razu. Zawsze mi się oczy śmieją jak wujek Edward dzwoni. A ostatnio to on dzwoni częściej do mnie niż ja do niego. Zazwyczaj dzwoni w niedzielę na Facetime.

 

28 lipca wujek Ed skończy 87 lat. Mieszka w prowincji Manitoba, w miasteczku Brandon, na południu Kanady. Jest synem polskich emigrantów, przybyłych tutaj na samym początku XX wieku: Genowefa i Mikołaj do Kanady, przez Atlantyk, dotarli. Edward urodził się już tutaj, w Nepawie.

 

W 1950 roku, w maju ożenił się z moja ciocią Marylą, córką siostry mojego dziadka, która przybyła tutaj z mężem z Wołynia, kilka lat później. Piękna to była para, która dzisiaj spogląda na nas z czarno-białych zdjęć. Maryli już nie ma. Ed został sam.

 

Nadal mieszka w domu, w którym już jako emeryci zamieszkali z ciocią, kilkanaście lat przed jej śmiercią. Sam robi sobie zakupy, sam sprząta, sam jeździ samochodem, sam gości przyjmuje, sam działa w swojej parafii, gdzie dwa razy w tygodniu rozdaje ubogim posiłki i ubrania. Bo wujek Ed to taki kochany wujek, z dobrej katolickiej, polskiej rodziny. Choć nigdy w Polsce nie mieszkał i odwiedził Polskę dwa razy, po polsku mówi dość dobrze.

 

Nasza wczorajsza rozmowa, jak zawsze przepełniona była śmiechem. Bo Ed to taki typ… rzadko się skarży albo prawie wcale. Wczoraj dzielił się ze mną radosną nowiną – narodziny 14-stej prawnuczki Michael’i. Razem wnuków i prawnuków Ed ma 31 sztuk… do tego         6-cioro własnych dzieci plus ich żony i mężowie razem 43 bliskie osoby.

 

Z dumą mnie wczoraj informował, że on na każde ich urodziny kartki wysyła, każdemu, nawet bobasom… ma wszystko zapisane i pamięta. Każdego dnia wnuczki i wnukowie (lokalni) oraz ich żony i mężowie go odwiedzają. Nie ma takiego dnia w tygodniu by Ed był cały dzień w domu sam. Przjeżdżają, mówią do niego “dziadzi” i tulą się.

Co jakiś czas robią razem pierogi… wtedy Ed dzwoni do mnie i mówi 236 pierogów my zrobili dzisiaj!  - zaciąga trochę jak kresowiak.

Jego lodówka jest obklejona zdjęciami dzieci, wnuków i prawnuków, każdy kalendarz w domu to dzieło jakiegoś wnuka. Na lodówce są też zdjęcia Antosia mojego choć on wnukiem nie jest…
 







Ostatnia nasza wizyta u niego, latem minie 3 lata, do dziś, we wspomnieniach, jest ona cudownym momentem.

I tak się zastanawiam czy znów nie pojedziemy? Latem chyba nie wyrobię się, ale za rok, jeśli Ed będzie jeszcze żył, a wierzę, że będzie… to dlaczego nie? Choć Antek będzie przez 3 tygodnie w Chinach więc trzeba będzie się zorganizować.

 

Te zdjęcia ilustrują chyba najlepiej relację jaką Antek ma ze swoim wujkiem, który choć z bardzo daleka wciąż mi kibicuje we wszystkim… przez Facetime…
Wiesz co wujku? Kochamy Cie!



niedziela, 30 kwietnia 2017

Lekcja nienawiści





W każdym z nas drzemie nienawiść.


We mnie, w tobie… no może jacyś święci jej doznali choć i w to śmiem mocno wątpić.  


Zaczyna się niewinnie… bardzo wcześnie… ta kilkulatka nie może znieść nowej  spódniczki z trzepaka ani nowych adidasów ze szkolnego korytarza uderzy wiec delikatnie tam gdzie boli, bo coz bardziej naturalnego odczuwając ból dać go również odczuć innym ?

To takie nic, taka drobnostka, za którą nikt nie ukarze, nikt sie nie poskarży mamie ani Panu Bogu.


Ona jednak wrosnie i powoli rozwinie swoje skrzydła odżywiania niechęcią, strachem, tchórzostwem, brakiem refleksji, zazdrością i zawiścią. 


Nienawiść nie pozwoli ci pisać, czytać i myśleć po twojemu. Bo twoje jest dla niej obce a to co obce należy zniszczyć, usunąć, zakazać.


Nienawiść nie pozwoli ci studiować, rozwijać skrzydeł bo sama wie wszystko najlepiej i te twoje dyplomy, tytuły i falkutety nic dla niej nie znaczą, są jak śmieci, które należy wyśmiać i skrytykować.


Nienawiść nie pozwoli ci na przeżywanie żałoby po twojemu, nie w czerni, nie w szlochach tylko w skupieniu, w ciszy albo i w szaleńczym śmiechu. To nie przystoi. Nienawiść wie co, kiedy i jak przystoi.


Nienawiść nie pozwoli ci jeść po twojemu bo ona tak nie je, a że posiadła wiedzę wszelką twoją może tylko skrytykować i wystrzelić ci z patelni w twarz, naburmuszona.


Nienawiść nie chce byś wierzyła jak wierzysz, żyła jak żyjesz, praktkowała jak praktykujesz… ustawiała szklanki jak ustawiasz, zmywała talerze jak zmywasz, przychodziła do niej w odwiedziny taka jaka jesteś…


Czego szukasz u nienawiści ?


Miłości ? Jej tam nie ma i nigdy nie było. Strzępy iluzji.


Radości ? Jej tam nie ma i nigdy nie było.


Bo nienawiść się boi. Boi się konfrontacji, na pytania i na listy nie odpowiada, boi się pokazać swoją twarz światu bo cóż ten świat jej powie? Że zdjęcie nieudane, że ma zmarszczek za dużo, że skrzywiona jakaś taka? Samotna? Opuszczona? Lepiej, żeby nikt się niczego o niej nie dowiedział. Ukryć, schować, zamieść. Czysto ma być.


Dla innych, tych obcych, ma inną twarz. Ugrzecznioną taką, odpowiednio odzianą, torebka do butów, ławka do modłów, klęcznik wytarty, grób wypucowany, firanki świeże, uśmiech napięty… Dla “swoich”? Hm… to już inna lekcja, ta u góry.


Nienawisci domaga sie przeprosin… stale. Sama za NIC przepraszać nie musi. To oczywiste.


Trzeba zbierac walizki, spakowac to  Czego nienawisc jeszcze nie pozarla, bo ona czeka, wciaz czeka na swoje ofiary i na ich przeprosiny.

Czasem ma ponad 90 lat czasem tylko 10 a bywa, że kolo 40-stki? 


Tak, nienawiść drzemie w każdym z nas, gdy dojrzewa może zabić. 

sobota, 29 kwietnia 2017

Drewniany krzyż śpiewaka i ostatni tydzień wakacji. Francuska codzienność : część 81.

Drewniany krzyz





 


W ubiegłą sobotę słońce przygrzewało już prawie letnio. Termometry w Bordeaux wskazywały 26°C, niebo było błękitne a my szykowaliśmy się do znaczącej dla Antosia uroczystości-przyjęcia drewnianego krzyża chóralnego śpiewaka.


Przez cały pierwszy tydzień wiosennych wakacji Antek był na chóralnym stażu pod Bordeaux, w La Sauque. Tam chóry męski i żeński ćwiczyły śpiew pod dyrekcją nauczycieli z akademii muzycznej, każdy miał trzy indywidualne lekcje, plus lekcje grupowe, plus oczywiście próby, nowe utwory i praca z dyrygentem.


Nasz syn, jak prawie zawsze, zachwycony ! Rozśpiewany przede wszystkim…



 


O 10h30 dotarliśmy na miejsce, gdzie było już ponad 180 rodziców chórzystów. Ceremonia odbyła się na dziedzińcu tego katolickiego liceum. Więcej zdjęć znajdzie na mojej Facebook-owej stronie. Tutaj tylko Antek w roli głównej ze swoim chrzestnym chóralnym również blond Antoniem i kilkoma kolegami. Krzyż metalowy noszony przez ponad dwa lata został zastąpiony drewnianym a to oznacza zaangażowanego i wykształconego chórzystę.


Pięknie było i wesoło.


 
Stamtąd ruszyliśmy dwoma samochodami na nasze wakacyjne miejsce. Bo suma sumarum do Hiszpanii nie dojechałam za to wynajęłam mieszkanie w Pierre et vacances w kraju Basków, w Moliets. Było super ! Spędziliśmy tam z Antkiem 6 dni, nasz tata tylko 2 bo nie miał urlopu… Mieszkanko było bardzo przyjemne i dość spore choć niedrogie w tym sezonie. Antek zapisał się na lekcje sztuki cyrkowej i codziennie chodził po linie, żonglował, skakał na trampolinie. Po czym grał w nogę, tenisa, golfa i badmintona z wakacyjnymi kolegami, których była garstka… Ośrodek był w 2/3 pusty choć pogoda typowo letnia. Kąpaliśmy się w basenach i opalaliśmy do wieczora, do godziny 19.


O 21 zawsze był jakiś konkurs albo spektakl.


 
Moliets 1
Wakacyjna sypialnia. Antek jeszcze w stroju koncertowym.

Ja porannie szalałam ze sportami : jogging, cross fit itd… do dziś mnie wszystko boli ale uwielbiam to ! Zresztą dziś rano znów byłam biegać, kolejne 5 km i jeszcze musiałam męża poganiać bo słabł mi biedaczek.


Brzusio mu rośnie, co zgubi to znów w restauracjach tydzień, dwa i trzy z rzędu od śniadania do kolacji i tyje mu się… Takie yoyo.


 
W Środę odwiedziłam z Antosiem Saint Jean de Luz – uwielbiam to miasteczko! Tam Antek spotkał kolegę z klasy, obiadowaliśmy po baskijsku…


Jestem naładowana energią i radością na ciężką końcówkę roku… bo taka się zapowiada do 14 lipca matury… buuu…


 


Ale też dostałam w czwartek tekst mojej powieści już zredagowany. Nanoszę ostatnie poprawki… uf… a to zawsze jest wielka radość i wielka przygoda!


 Mliets 2
Maz mnie namowil na selfi przed wyjsciem na basen, stroj plazowy, he, he...


I gdyby nie pewna Lekcja Nienawiści… którą dostałam w prezencie z Polski a moja mama musiała ją przeżyć “na żywo” to czas Zmartwychwstania i wiosny byłby czasem całkowicie pięknym i radosnym. Do tej lekcji nienawiści wrócę jutro…

czwartek, 20 kwietnia 2017

Powielkanocnie, zakupowo, stażowo, trochę wakacyjnie z garścią smutnych myśli na dodatek. Francuska codzienność. Część 81.

Koebe






Wielkanoc minęła nam znakomicie. Po Triduum Paschalnym, o którym pisałam w porzednim poście, wielkanocna niedziela przywtiała nas słońcem i ciepełkiem.


O godzinie 8h30 zaczęłam dzwonić dzwonkiem na domowych schodach i wyśpiewywać Alleluja bo panowie jeszcze spali ( we Francji nie ma porannej mszy rezurekcyjnej). Ale wstałam pierwsza bo w całym domu pochowałam jajka czekoladowe i inne baranki dla Antka. Ten zerwał się na równe nogi, chwycił za pozostawiony przy swoim łóżku kosz i rozpoczął łowy.


Potem zjedliśmy słodkie śniadanko i wyszykowaliśmy się do kościoła i do naszych przyjaciół na godzinę 10. Wiozłam ze sobą 4 torby jedzenia… ciasta osobno, sałatki w pudełkach, jajka faszerowane… Zostawiliśmy dobytek u Claudi i Eric’a i ruszyliśmy na Mszę świętą do naszej starej parafii czyli kościoła Świętego Ludwika. Tam urzekł mnie wystrój kwiatowy i dekoracja Paschału więc telefonem śmig, drobna fotka.


Msza byla piękna i uroczysta, jeden chrzest podczas mszy malutkiego Feliksa… i tak trwała kolejne półtorej godziny. Antek co prawda dostał lekkiej « schizy » tuż przed komunią bo kilka tak długich uroczystości zaliczył w ostatnich dniach i jak to chłopak w jego wieku chciał się ruszać. Poleciłam mu więc, zaraz po komunii wyjść przed kościół, poskakać na schodach i wrócić na modlitwę i błogosławieństwo co też uczynił.


Obiad świąteczny w domu naszych przyjaciół był wyśmienity, rozmowy ciekawe i śmieszna zarazem bo wspominaliśmy, każde z nas, nasze swieta Wielkanocy. Po słonym ruszyliśmy do parku na spacer po czym znów wróciliśmy do domu na słodkie i herbatę. I tak do wieczora… od 10 rano. Umówiliśmy się na przyszły rok.


 


W poniedziałek odwiedziła nas moja przyjaciółka Florence i od obiadu do wieczora też było miło, intelektualnie i świątecznie.


 


Na poświąteczny wtorek zaplanowałyśmy sobie z Claudią wyprawę do Dordogne po balerinki od Repetto, ale nic z tego nie wyszło bo czasu nam nie starczyło. Najpierw odstawiłam Antka na jego chóralny staż, pod Bordeaux i tutaj zaczęło się spóźnienie… Zdjęcia ze stażu na mojej stronie Facebookowej.


Tak więc Claudię złapałam koło południa w centrum miasta. Odwiedziłyśmy kilka butików i jedną skandynawską restaurację. Kupiłam sobie dwie polówki i nowe spodnie do biegania w Uniqlo bo lubię tę markę.


Spodnie już wczoraj przestestowałam na 5 kilometrowym dystansie w 33 minuty. Oj byłam z siebie dumna.


Na obiadek zaszłyśmy do Claudiowych przyjaciół, którzy prowadzą na ulicy Palais Galien restaurację Koebe… Coś pysznego!



Skandynawskie talerze… dwa rodzaje łososia, trzy rodzaje śledzi, czarny chleb, chrzan i cynamonowe bułki. Piknie było i smacznie było. Polecam dla tych co w Bordeaux!


 


I dobrze, że były Święta i to wyjście bo ciężko mi poczuć wakacje… Siedzę otoczona setkami sprawdzianów i poprawiam, poprawiam, poprawiam… nawet wkład z czerwonego długopisu się wyczerpał he, he. Na przyszły tydzień wyjeżdżam więc bo jak zostanę w domu to z odpoczynku będa wielkie nici a ja do 14 lipca muszę być w formie! I tak miała być Hiszpania, pod Barceloną ale wychodzi na to, że sama bym musiała tam jechać 721 km. Dla mnie z doświadczeniem maksymalnym 2 godzinnej jazdy to trochę wyzwanie. Myślałam więc o noclegu w połowie drogi, ale suma sumarum chyba pojadę bliżej, do kraju Basków… znalazłam fajną ofertę i pogodę piękną zapowiadają więc??? Wyjazd za dwa dni… po antkowej uroczystości.


 


Dziś za to kupiłam Antkowi nowy materac do łóżka, żarówkę do jego lampy co to od 6 tygodni nie świeci, poduszki dla odnowy… zasobów i orchideę.


 


I takie mnie smutne myśli naszły. Nie nowe, stare… ale męczące… drogi mi się rozchodzą, małżeńskie drogi. Nie nikt na mnie nie krzyczy, nikt mnie nie bije jak biedną żonę radnego… tylko jest nijak. Dobrze, słodko, poprawnie, ale nie ma mocy. Jest codzienność, zalatanie, to moje wieczne robienie wszystkiego, staranie się o wszystko nawet o żarówkę… Mijamy się. On w pracy od 8 do 19-20h… wraca zmęczony, coś zjemy, pogadamy i śpimy bo on padnięty, siły na czytanie czy wyjście już nie ma. Ja też padnięta bo próbuję wszystko ogarnąć, zorganizować, o niczym nie zapomnieć i lecę jak ta formuła 1. Rano wstajemy, uśmiechamy się do siebie, śniadanie szybko i do pracy… Ja wiem, że im dalej w las tym tak częściej bo rutyna, obowiązki… ale czuję, że coś umyka. Ostatnio wolę być sama, sama w domu, sama z Antkiem… bo Stéphane do mojej codzienności niczego nie wnosi, nie czuję potrzeby jego obecności, żadnej.


Budzimy się w weekend na zawieź, przywieź… jesteśmy takim starym małżeństwem bez polotu…


Jak odnaleźć polot, moc, chęć????


Jeszcze nie wiem. Choć wiem, że jak znów pojedziemy na wakacje w trójkę to odnajdziemy ale kilka dni po powrocie wszystko zgaśnie. Zero inicjatywy z jego strony a mi ręce opadają ze zmęczenia…


No to sobie ponarzekałam…


sobota, 15 kwietnia 2017

Całkiem Wielkanocnie… Francuska codzienność : część 80.






Babka Wielkanoc 17
 


Wielka Sobota, początek wieczoru… Wielkanoc 2017. Siedzę w moim biurze i piszę ten post myśląc o dwóch ostatnich dniach.


 


Wielki Piątek – jak dla mnie jeden z najważniejszych dni w roku, musiałam spędzić w pracy od godziny 8 do godziny 17, ale z przerwą na obiad. A że jedna lekcja mi wypadła to i przerwę miałam trzy godzinną i upiekłam w tym czasie mazurki.


Po Wielkoczwartkowej Litrugii, w której uczestniczyłam z wielką radością wraz z moim synem, wzruszonym i przejętym szczególnie przeniesieniem monstracji do ciemnicy, przygotowałam sobie już w domu dwa różne mazurkowe ciasta, była prawie 22 godzina, ale dałam radę. Tak więc w dwie godziny piątkowe zdołałam pokroić, przygotować i upiec resztę. I tak powstały, jak co roku, mazurki czekoladowy i bakaliowy.


 


Byłam jednak dość sfrustrowana koniecznością siedzenia w liceum i niemożnością przygotowania Świąt a przed wszytkim zajrzenia na drogę krzyżowa, która przeszła w centrum Bordeaux od 12 do 14… by zakończyć się w katedrze. Ja musiałam prowadzić lekcje i je poprowadziłam bawiąc się nieco moim socjologicznym badaniem, którego pierwszy zarys wrzuciłam na Facebook’a.


Podsumowanie wieczorne było takie, że na 148 uczniów tylko 2 wiedziało jakie Święta obchodzą chrześcijanie i żydzi w ten week-end ! Kultura ogólna czyli z francuska « culture générale » a chodzi o taką zwykłą wiedzę, szeroko pojętą… jest przerażająca. Pytanie o różnice w chrześcijańskiej i żydowskiej wielkanocny czyli Święcie Paschy, o znaczenie słowa Pascha i o symbolikę czekoladowych jajek, dzwonów i rybek, których kilogramy ci sami uczniowie będą zjadać… spotkało się z wielkim zdziwieniem. Nikt nie wiedział… nic… Wnioski wyciągnęłam dość przerażające.


Dzieląc się z nimi z kolegami historykami w naszej kapciorze spotkałam się z pewnym zrozumieniem koleżanki ale i z ostrą ironią i z krytyką kolegi po fachu, który zarzucił mnie śmiejąc się «  moje polskie korzenie i moją polskość ». I wyparowałam, zupełnie nie wielkopiątkowo pytając go ostro by w takim razie zaproponował mi «  jakąś francuską tradycję Świąteczną bo te 3-ciej czy 4 Republiki mnie nie odpowiadają a wspomnienia rewolucyjne mało świątecznie dla mnie wyglądają ». Speszył się i chyba nacisnęlam mu na odcisk, ale niestety każdy atak na moją polskość powoduje u mnie ostre i niektrolowane rekacje bo ataki te śmierdzą politowaniem i takim poczuciem francuskiej wyższości cywilizacyjnej, na którą mam od lat silną alergię. Kiedyś nie reagowałam teraz śpieszę z komentarzem.


 


Ostatnia lekcja od 16 do 17 h była okropna. Uczniowie, przed dwoma tygodniami wakacji, stwierdzili, że są na wakacjach od teraz więc hałas był niemiłosierny i dwóch śmiałków zwaliło na podłogę już uszkodzoną ławkę jak konsultowałam ćwiczenie gegoraficzne z inną grupą uczniów. Wściekłam się po raz drugi. Zrobiłam natychmiastową kartkówkę, do końca lekcji i absolutną ciszę, wlepiłam kilka zer i tyle. Nie lubię uciekać do takich środków, nie jest to pedagogicznie poprawne, ale moje zdrowie jest jednak ważniejsze niż rozróby 32 chłopaków i 4 dziewczyn. 5 minut przed końcem lekcji wygosiłam im mowę bardzo moralizatorską i po wakacjach zakręcę kurki z moją dobrotliwością. Jak ktoś mnie nie szanuje to i na moje specjalne traktowanie nie zasługuje.


 


Do domu dotarłam koło 18 bo stałam trochę w korkach. Wypiłam herbatę i ruszyłam na liturgię Pasji do pobliskiego kościoła. Antek nie szedł bo miał Drogę Krzyżową w szkole. Nabożeństwo było przepiękne. Na końcu wszycy wierni utworzyli wokół Krzyża wielki krąg, trzymając się za ręce i każdy mógł zabrać głos, wygłosić jakąś modlitwę. Ja również się włączyłam. Specjalny moment.


 


Wieczorem oglądaliśmy Drogę Krzyżową z koloseum… byliśmy pod wrażeniem tekstów i postawy jej uczestników. To był moment rodzinnej modlitwy choć na początku gadałam jeszcze chwilę z moim bratem.


 


Dziś od rana, od godziny 8 punktualnie byłam w kuchni… Aż do godziny 12,  bez przerwy. W tym czasie zrobiłam sernik według przepsiu Felder’a ( na moim blogu kulinarnym), babkę, która rzuciła nas na kolana! Coś cudownego… babka muślinowa Cwierczakiewiczowej, 20 żółtek na 220 g mąki. Cudo, rozpływające się w ustach. Przepis wrzucę za chwilę na mój kulinarny blog www.est-ouest-est-ouest.blogspot.com


 



Zrobiłam też sałatkę mojej mamy, jajka faszerowane, szparagi zielone, malowanie jajek… Pogadałam w międzyczasie z Elizą… po czym zaległam w kąpieli… spocona, zmachana bo oczywiście wszystko robię sama, tylko jajka syn ze mną malował.


Mąż za to zrobił obiadek i ogarnął kuchnię.  


Po obiedzie z Antosiem przygotowaliśmy nasz koszyczek na Święconkę. I zaraz po 15 ruszyliśmy do Saint Médard d’Eyrans czyli 20 km od Bordeaux by poświęcić pokarmy. Po raz pierwszy w Bordeaux!!! Spotkaliśmy wspaniałego księdza, Jarosława Kucharskiego. Piękna, dwujęzyczna ceremonia.


 Wielkanoc 2017


I w końcu zasłużony odpoczynek… herbata, mazurek bakaliowy, telefon do mamy i taty, i do Claudi bo jutro u nich świętujemy cały dzień.


 


I tak życzę Wam pięknych Świąt!!! Niech Zmartwychwstały Chrystus wam błogosławi każdego dnia!


ps: Antek mnie rozczulil... ja tutaj sobie pisze a on wykapal sie, ubral w szlafrok i przygotowal na jutro... biala koszule, marynarke bezowa , te od komunii, granatowe spodnie z pomaranczowym paskiem i czarne mokasyny... kochany syn!





piątek, 14 kwietnia 2017

Wielki Piatek 2017. Francuska codzienność cześc 79.

Ponad 4500 chrztów dorosłych w wielkosobotnia noc we Francji. 2 razy wiecej niz 10 lat temu... Czy to znak naszych czasów?

U mnie tymczasem ostatni dzien pracy i z doskoku przygotowanie do Świat. Mazurki upieczone. Wczorajsza celebracja Wielkiego Czwartku w towarzystwie mojego syna była przepiękna i wzruszająca choc długa, półtorej godziny. Dzisiaj czytanie Pasji Chrystusa o 19h.... Droga krzyżowa wieczorna i kilka kolejnych kulinarnych przygotowań.
Pozdrawiam przedświąteczne...
ps: francuscy licealiści nie wiedza czego symbolem sa jajka.... Jakie swieta obchodzą Żydzi i chrześcijanie w nadchodzący weekend ani dlaczego będę sami jeść jajka czekoladowe.... Przetestowane na 72 uczniach, dzis rano.... Żaden nie wiedział....

niedziela, 9 kwietnia 2017

Wielkanoc 2017 – przygotowania. Francuska codzienność : część 79.

Wielkanoc 2017
Slodkie zajaczki w dwoch wersjach, serwetka - ostatnie dzielo mojej Mamy!, pisanki po dziadku Henryku...


Na tym blogu tylko kilka zdjęć z przygotowań… dekoarcji w domu, naszej tegorocznej palmy, która we Francji jest bukietem zieleni oraz pierwszych słodkości : zajączków maślanych ale też maśalno-kokosowych. Przepisy na blogu kulinarnym Est-ouest. Link obok.


 

Wielki tydzień zapowiada nam się bardzo pracująco. Na dodatek, że nasza zona nie ma jeszcze wakacji tak więc do Wielkiego Piątku wieczorem będziemy tkwić w robocie z motywacją żadną, to znaczy ja żadną bo będę maksymalnie sfrustrowana francuską laickością, jak co roku, i faktem niemożności udania się na Drogę krzyżową i należytym przygotowaniem do Świąt. To jeszcze obowiązków mam pełne strony kalendarza. Antek zresztą też jak ten robocik zasuwa, ale on w katolickiej szkole w wielki czwartek zwolni tempo i będzie miał msze i celebracje.

Mąż też w robocie do ostatniej chwili, ale w sferze prywatnej tak niestety jest.

Zapowiada się więc męcząco, ale ja jestem uparta jak ten przysłowiowy osioł i w Tridum paschalnym tak czy tak udział wezmę.

W domu z przygotowaniami wychyliłam się już wcześniej więc choć z tej strony jaki taki spokój choć jedzenie na Święta, częściowo przygotuję w sobotę.

 

Claudia zrobi resztę i tak sobie poświętujemy.

Nawet do ksiazek kucharskich jeden si dosiadl...
 

Wczoraj wieczorem byliśmy w kościele Świętego Brunona na mszy des Rameaux czyli tej Palmowej. Msza trwała bite półtorej godziny i nawet mój Antek nie zajęczał. Cały był przejęty. Święcenie palm nastąpiło w ogrodzie przykościelnym w pełnym wieczornym słońcu. Temperatura sięgała 26°C. Było uroczyście i podniośle. Mój syn był bardzo przejęty ceremonią, ewangelią i kazaniem. To sobie wczoraj, cały wieczór przedyskutowaliśmy.

 Wielkanoc 2017 - 2
Francuska palma - mieszanka galezi: laurowych, eukaliptusowych, drzewa oliwnego i bazi w tym roku. Pachnie cudnie!

Dziś od rana mój syn grał turniej departementalny golfowy… tak, tak, właśnie w w niedzielę palmową co laickość to laickość. Znów jest gorąco. Z jakieś 28°C w cieniu !

Dobrze Antoś zagrał choć jest wykończony.

Chciałabym się zatrzymać na chwilę… pomyśleć, pomodlić się… i doświadczyć obecności Boga tutaj, obok, dzisiaj. Nie ceremonii ani komemoracji bot ego na pęczki jest wszędzie – jutro w PL zaczną przypominać Smoleńsk, ale właśnie OBECNOSCI BOGA – CZLOWIEKA w nas.

I tego wam na ten tydzień życzę…

piątek, 7 kwietnia 2017

Tyranobójstwo?

Tyranobójstwo?
Czy jesteśmy przed czy juz w trakcie tego procesu? Co zrobi Trump? Co zrobi świat i ONZ?
Tyranobojstwo.... Pomimo jego prawnej i moralnej naganności było, w ostatnich latach, kilka razy zastosowane. Efekt? Całkiem rożny.
Czasem bardzo pozytywny czasem okazał sie wstępem do jeszcze większych zabójstw.
Czy przemoc moze zrodzić dobro i wyeliminować zło?

Jak powiedział kiedyś Dalai Lama gdyby nasze dzieci medytowaly każdego dnia przemoczostala by wyeliminowana w ciagu jednego-dwóch pokoleń. Mało kto w to jednak wierzy.
W polskim radiu dyskusja o posiadaniu broni... Większość Polakow jest za... Czyli zupełnie nie ten kierunek! Bomby, zabójstwa, gwałty i przemoc codzienna słowna, fizyczna...


Czy gest Trumpa to tylko wierzchołek tej gory czy początek zmian na lepsze w Syrii? Oto jest pytanie....

wtorek, 4 kwietnia 2017

Dzieci i żałoba. Francuska codzienność : część 78.


Antek
Antek tego lata w Polsce, genialne zdjecie mojego brata Igora.

Pisałam już, że od jakiegoś czasu Antek ma swoją panią sofrolog, która się nim opiekuje, uczyć zarządzać emocjami szczególnie tymi skrajnymi w jego przypadku związanymi z ogromnym stresem turniejów tenisowych i golfowych. Wszystko to odbywa się bardzo dobrze, szczęśliwe i z pożytkiem dla całej naszej rodziny.

 

W ubiegłą sobotę zostaliśmy jednak zaskoczeni. Otóż Antoś opowiedział jej o dwóch zgonach z ubiegłego lata. Chodzi o śmierć mojego kochanego wujka Bogdana i o samobójstwo zakrystianina naszej katedry i nieśpiewającego członka antkowego chóru czyli Nicolas. Ani ja, ani Antoni tych śmierci się nie spodziewaliśmy. To były osoby młode, pełne życia, pełne planów na jutro i na pojutrze…

 

Byliśmy dwa tygodnie na wakacjach w Polsce… Właściwie drugiego dnia dowiedzieliśmy się, że nasz wujek jest w szpitalu w stanie poważnym. Kilka dni później przez telefon Stéph poinformował nas o samobójstwie Nicolas, 29 lat… Szok, niezrozumienie, antkowe łzy… za kilak dni mieli razem jechać na tournée do Rosji… W pogrzebie nie mogliśmy wziąść udziału bo byliśmy w Polsce a zresztą rodzina Nicolas nikogo na pogrzeb na cmentarzu nie zaprosiła i była wyraźna prośba by poza mszą pogrzebową na cmentarz nie iść.

 

W przeddzień naszego wylotu z Polski, podczas 90 urodzin mojej babci… przyszła wiadomość o zgonie wujka. Na pogrzebie nie zostaliśmy… odbył się kilka dni po naszym wylocie i w przedzień wylotu Antka do Rosji.

Rozmawialiśmy o tych zgonach, oglądaliśmy zdjęcia, wspominaliśmy… ale Antoni jak się okazało w sobotę nie przeszedł przez wszystkie etapy żałoby jeszcze i bardzo cierpi z tego powodu choć mało o tym mówi.

Wujka Bogdana wspominamy prawie codziennie, przy różnych okazjach. Na mojej biblioteczce, w moim biurze, stoi jego zdjęcie, obok zdjęć tych wszystkich, którzy odeszli a którzy są mi, nam tak bliscy.

Antoś jednak wciąż przeżywa te zgony i chce, bardzo chce symbolicznie oddać hołd tym osobom. I tak po nitce do kłębka powiedział pani sofrolog, że on musi złożyć kwiaty i zapalić świece na grobach tych osób.

 

Na grobie wujka zrobimy to latem, jak będziemy w Polsce, na grobie Nicolas możemy zrobić to już teraz tylko muszę się dowiedzieć gdzie jest grób i na jakim cmentarzu… a to sprawa delikatna… ale się dowiem, najwyżej cemantarze obdzwonię. Chcemy zamówić też mszę świętą za te osoby i za innych bliskich.

 

Nie wiem jakie są wasze doświadczenia z odczuwaniem żałoby przez dzieci ? Dla mnie to sobotnie wyznanie było zaskoczeniem. Z drugiej strony dojrzałość duchowa i intelektualna mojego syna jest dla nas wciąż nieustającym źródłem inspiracji. Nie ma on przecież 12 lat… a obchodzą go sprawy ziemskie i wieczne w sposób tak szczególny. Ale czegóż mogłabym oczekiwać od dziecka, które wieku 19 miesięcy przy zmienianiu pieluchy spytało mnie «  kto stworzył księżyc i gwiazdy ? » zamykając mi usta na dość długo.

Tak jest i tym razem…

niedziela, 2 kwietnia 2017

Przygotowanie do Świąt Wielkanocnych czyli Francuska codzienność : część 77.




 

 

Byłam dzisiaj z moim synem rano na mszy świętej w jego szkolnym kościele. Ludzi było sporo a dzieci i młodzieży ponad połowa dużego kościoła.

 

Nie wiem czy wiecie, ale we Francji jak się wchodzi do kościoła to otrzymuje się kartkę z rozpisanym przebiegiem całej mszy. Jest więc nazwa prafaii/kościoła, data, tekst śpiewu wstępnego, teksty psalmów, czytań, ewangelii oraz modlitwy powszechnej. Pozostałe pieśni też są na owej kartce wydrukowane a czasem wręcz Credo czy inne modlitwy.

Tak więc jak człowiek do kościoła wchodzi to czuję się już od progu powitany, mile widziany, oczekiwany. Bardzo się do tego przyzwyczaiłam i nawet do ciągłych rozmów w kościele czy do zabaw i rysunków dzieci. Bo dzieci w kościele we Francyji nie siedzą spokojnie w ławkach jak trusie tylko wiercą się niemiłosiernie i wyciągają z toreb i plecaczków papier, kredki, książeczki i siadają gdzie chcą i kolorują podczas mszy. Mój Antek też tak miał. Dopiero od jakiś 3 lat siedzi spokojnie i ewnetualnie swoją Biblię sobie czyta jak go kazanie nudzi.

 

Ale dzsiejsze kazanie było cudowne… księdza, który Antkowi 1 komunii udzielał i wybrzmiało w nim pytanie : « Jak moja wiara zmienia moje postrzeganie rzeczywistości i moje działanie w tej rzeczywstości »… tak sobie zapamiętałam.

 

Postanowiliśmy z Antkiem po powrocie z mszy, że do Wielkanocy, co wieczór przeczytamy cztania dnia liturgicznego i nad nimi trochę pomedytujemy – takie nasze późne wielkopostne postanowienie. Mam odpowiednie książeczki w domu « Prions en Eglise ».

Nie ma bowiem, jak już pisałam gdzieś na Facebooku rekolekcji u nas, jako takich ale ja je mam za pośrednictwem Tygdonika Powszechnego… i za to redkacji tego tygodnika, mojego ulubionego, bardzo dziekuję !

 

 

Święta za 2 tygodnie, niecałe…

Byłam wczoraj po część zakupów. Po farbki do jajek, po specyfiki do wypieków i tonę czekoladek świątecznych… Kwiatami dom stoi wciąż wiosennie ustrojony. Przyjdzie wysiać mi rzeżuchę za tydzień i dziadkowe pisanki pozawieszać na tegorocznej palmie. To taki piękny i wzruszający rytuał.

Okna pomyłam w ubiegłą środę wieczorem. Więcej pewnie nic zrobić nie zdąrzę bo jak co roku biję się z francuską laickością!

 

Antek ma w niedzielę Palmową turniej golfowy… myślałam, że mnie przysłowiowy szlag trafi… ale zdoła pójść na mszę w sobotę palmową… wieczorem ze swoim ojcem choć o mały włos trenerka by nie odpuściła, ale się uparłam! Jak taki osioł! Pracuję oczywiście do ostatneij chwili – Wielki Piątek 17 godzina… Droga krzyżowa, znów nie będę mogła uczestniczyć… strasznie mnie to boli i ciąży na mnie… jak taka kłoda pod nogami. No ale później będą już wakacje I Święta spędzamy z przyjaciółmi w tym roku! I na to się bardzo cieszę!

niedziela, 26 marca 2017

Francuskie wybory…Francuska codzienność. Część 76.




 

Nie wiadomo czy pisać przez duże czy przez małe « W » ?

 

W ubiegły piątek znalazłam w mojej skrzynce dwie karty wyborcze. Nasze, nowe karty wyborcze. I tym sposobem temat wyborów powrócił jak bumerang choć w mojej przestrzeni osobistej i publicznej jest go ostatnio mnóstwo.

 

Dzisiaj dostałam maila od dawnej znajomej, nawołującej do udziału w « Politycznych Café » by niejaki François Fillon, czy prawicowy oskarżony o oszustwa kandydat mógł wygrać. A wczoraj przyjaciele dzownili i nawoływali do głosowania na lewicę czyli socjalistów jako jedynych uczciwych w tej kampanii.

Przed chwilą Stéph pokłócił się ze swoimi rodzicami bo oni głosują na oskarżoną prawicę bo jest prawicą a jak nie na niego to na skrajną prawicę czyli lokalnych nazistów.

 

Wybory za miesiąc i z całego serca mam nadzieję, że będą one okazją do wymiany całej tej naszej skorumpowanej, kłamliwej i bezczelnej klasy politycznej. Oczywiście nie o totalnej wymianie tutaj mowa, bo każdy z kandydatów ma już od kilku jak nie o kilkudziesięciu lat palce umaczane w politycznej brei. Ale są tacy, którzy poznali smak innej kariery niż tylko ta polityczna i mają w swych ekipach ludzi spoza określonych kręgów.

 

Ja mam jednak z tymi wyborami inny problem, bardziej osobistej natury. A związany on jest z moim niezrozumieniem, niepojęciem, nieogarnięciem umysłowym, intelektualnym i duchowym tego faktu, że czarne można nazwać białym nie cierpiąc na daltonizm, oszustwo można nazwać działniem zgodnym z określonymi normami i standardami przy czym mianować siebie katolikiem; być oskarżonym ale głosić przed kamerami, że to Spisek czarnego gabinetu popierając jednocześnie bez mrugnięcia okiem jeden z najbardziej dyktatorskich reżimów i finansując swoje kampanie jego brudnymi pieniędzmi – ostatnie afery w Rosji. Tego wszystkiego nie pojmuję i opinie ludzi, którzy legitymują tego typu zachowania mam w pogardzie.

Wybór pozostał mi niewielki…

czwartek, 23 marca 2017

Pierwsze truskawki czyli WIOSNA, ale z kłopotami. Dietetyczka. Francuska codzienność. Część 75.

Truskawki







 Drugi tydzień już ! Są !!! Francuskie, smakowite truskawki, które przypominają nam o wiośnie ale też trochę o lecie.


 


Byłam dzisiaj po zakupy tzw : świeże zakupy po które jeżdżę raz w tygodniu. I muszę wam przyznać, że uwielbiam te wyprawy. A od dwóch tygodni nie mogę się napodziwiać, naoglądać, nasmakować i nawąchać.


 


Na moim kuchennym oknie, wychodzącym na taras jest już cała kolekcja ziół : bazylia, tymianek, rozmaryn, mięta, pietruszka, szczypiorek, koperek, kolendra, szałwia…  na tarasie kwitną zresztą tulipany i żonkile choć te ostatnie już przekwitają… niestety. Są za to w domu w doniczkach.


 


A w warzywniaku prawdziwa uczta… drugi tydzień są szparagi i to w trzech gatunkach, są młode cebule ze szczypiorem i młodziutki czosnek, są sałaty, maluśkie listki szpinaku i innego ziela, są dorodne pęczki rzodkiewek i młode marchewki… dzisiaj po raz pierwszy kupiłam kalarepki…


 


No i przede wszystkim są te dorodne, czerwone i słodziutkie truskawki… te na zdjęciu to gatunek Clery, ale są też już Gariguette tyle, że trochę droższe.


I jak tu się nie cieszyć ?


U sprzedawcy serów świeżutkie twarożki kozie… uhmmmm poezja !


 


Jednym słowem wpadam powoli w zielony, wiosenny kulinarny szał ! Uwagi garnki !


 


Z tego też powodu zakupiłam kilka nowych talerzy w kolorze ? Zielonym ! Nie miałam jeszcze takich.


 


Te radości przeplatają się z kilkoma kłopotami… głównie moimi zdrowotnymi… Nie jest najlepiej choć najgorzej też nie jest. Wizyta u laryngologa 13 kwietnia dopiero. Narazie utrzymuję się na powierzchni ale zupełnie zdrowa nie jestem. Staram się jednak jakoś sobie z tym radzić. Pracy mam ponad miarę i dopiero teraz wychodzę powoli z bardzo ciękiego okresu. Zbyt dużo wzięlam sobie na głowę zamiast zadowolić się etatem. Taka moja wada…


 


Byłam dzisiaj na kontroli u naszej dietetyczki i jest bardzo dobrze. Kolejne 2 kg w dół, tak skutek uboczny. Wyniki badań bardzo dobre.


 


Cieszę się, że żyję, ot tak zwyczajnie !


niedziela, 19 marca 2017

Prawo pracy i walka o swoje czyli o tym jak mój mąż dba o własne interesy. Francuska codzienność. Część 75




Wczoraj dowiedzieliśmy się, że mój mąż wygrał proces ze swoim poprzednim pracodawcą, który zwolnił go we wrześniu rzekomo za błędy, “poważne błędy” jak to było określone w dokumentach. Mój mąż jednak dowiódł ze swoim adwokatem, że te błędy były wymysłem firmy, która od wielu miesięcy traciła pieniądze i chciała się pozbyć pracownika pod byle jakim pretekstem.


A że trafiło na mojego męża to tak łatwo im nie poszło. Bo to już jego drugi proces z pracodawcą. Pierwszy jest jeszcze nie sfinalizowany ale już częściowo wygrany, drugi został wygrany w niecałe 6 miesięcy z solidnym odszkodowaniem finansowym.

Tak więc wpłynie trochę pieniędzy za kilka dni. To doświadczenie uczy mnie jednego, że nad Sekwaną nie należy się z żadnym nadużyciem godzić, wręcz przeciwnie należy skutecznie, w sądach dochodzić swego. Co prawda kosztowało to go sporo dodatkowej pracy, spotkań i zachodu ale warto było. Tym bardziej, że znalazł nową pracę, na bardzo dobrych warunkach choć znając go nie wiem ile tutaj popracuje… Mój mąż ma to do siebie, że często prace zmienia. Teraz wyglada na to, że się ustabilizuje czego sobie i jemu życzę bo nawet wygrane procesy są denerwujące i męczące.

sobota, 18 marca 2017

Lanzarote – Arrecife stolica wyspy, muzeum sztuki współczesnej czyli Castello i Fundacja C. Manrique. Wysypy Kanaryjskie część 6 i ostatnia.

Trebol 23







 Ostatni, piątkowy dzień na Lanzarote spędziliśmy zwiedzając okolice miasta Arrecife czyli stolicę wyspy. Był piękny letni dzień choć tylko 3 marzec. Arrecife nie należy to najpiękniejszych zakątków wyspy ale przylatując tutaj trafia się prosto do tego miasta. Miasta przyciąga tylko plażami, które znajdują w jego centrum jak i malowniczym zalewem Charco z kolorowymi łódkami wokół którego można skosztować wielu rodzajów kaw, lodów i innych lokalnych specjałów.  





Trebol 24
My przeszliśmy się też po centrum, wokół zamku Świętego Gabriela nad samym oceanem z 1570 roku i kościoła San Ginès z XVII wieku. W tym kościele jak w wielu hiszpańskich kościołah zawsze zdumiewają mnie ogromne rzeźby Pasji Chrystusa, które w Wielkim Tygodniu wychodzą na ulice miast. Są tak przerażające z tym bólem wyrzeźbionym na twarzy, że nie wiem czy zdołałabym wziąść udział w takiej procesji.


 


Po porannej wizycie, kawie i lodach ruszyliśmy w stronę portu. Tam znajduje się bowiem jedno z ciekawszych muzeów Lanzarote czyli Muzeum Sztuki współczesnej. Umieszczone w zamku San José wybudowanym jako twierdza w XVIII wieku prezentuje dzieła welu znakomitych twórców w tym samego César’a Manrique. Wspaniałe schody Manrique kuszą swoją obłością a na zewnątrz zanurzone w oceanie rzeźby 5 konnych jeździców wyglądają dość nietypowo i gdyby nie odległość można by je wziąść za żywe!


 

Trebol 25



Tak ukulturalnieni pojechaliśmy kosztować kultury dalej do Fundacji César’a Manrique. Piękno tego miejsca poraża… dom bowiem wybudowany jest na oceanie wulkanicznej zastygłej lawy. Lawa stanowi jego integralną część. Widać ją w oknach salonu, wokół basenu i w każdym z salonów wybudowanych w utworzonych po lawie wnękach. Każdy z nich ma zresztą inną dekorację i inny kolor. Przestrzeń wewnętrzna i zewnętrzna domu znika w tej koncepcji architektury tworząc jedną i płynną całość. Bardzo by chciała w takim domu mieszkać bo panuje tutaj wyjątkowo atmosfera, jakiś taki spokój i harmonia, której w klasycznych domostwach mi brak.

Trebol 26



Trebol 27


Trebol 28



Trebol 29






 


Popołudnie i wieczór spędziliśmy w ośrodku bawiąc się, rozmawiając, tańcząc… przed kolejnymi wakacjami…