czwartek, 20 kwietnia 2017

Powielkanocnie, zakupowo, stażowo, trochę wakacyjnie z garścią smutnych myśli na dodatek. Francuska codzienność. Część 81.

Koebe






Wielkanoc minęła nam znakomicie. Po Triduum Paschalnym, o którym pisałam w porzednim poście, wielkanocna niedziela przywtiała nas słońcem i ciepełkiem.


O godzinie 8h30 zaczęłam dzwonić dzwonkiem na domowych schodach i wyśpiewywać Alleluja bo panowie jeszcze spali ( we Francji nie ma porannej mszy rezurekcyjnej). Ale wstałam pierwsza bo w całym domu pochowałam jajka czekoladowe i inne baranki dla Antka. Ten zerwał się na równe nogi, chwycił za pozostawiony przy swoim łóżku kosz i rozpoczął łowy.


Potem zjedliśmy słodkie śniadanko i wyszykowaliśmy się do kościoła i do naszych przyjaciół na godzinę 10. Wiozłam ze sobą 4 torby jedzenia… ciasta osobno, sałatki w pudełkach, jajka faszerowane… Zostawiliśmy dobytek u Claudi i Eric’a i ruszyliśmy na Mszę świętą do naszej starej parafii czyli kościoła Świętego Ludwika. Tam urzekł mnie wystrój kwiatowy i dekoracja Paschału więc telefonem śmig, drobna fotka.


Msza byla piękna i uroczysta, jeden chrzest podczas mszy malutkiego Feliksa… i tak trwała kolejne półtorej godziny. Antek co prawda dostał lekkiej « schizy » tuż przed komunią bo kilka tak długich uroczystości zaliczył w ostatnich dniach i jak to chłopak w jego wieku chciał się ruszać. Poleciłam mu więc, zaraz po komunii wyjść przed kościół, poskakać na schodach i wrócić na modlitwę i błogosławieństwo co też uczynił.


Obiad świąteczny w domu naszych przyjaciół był wyśmienity, rozmowy ciekawe i śmieszna zarazem bo wspominaliśmy, każde z nas, nasze swieta Wielkanocy. Po słonym ruszyliśmy do parku na spacer po czym znów wróciliśmy do domu na słodkie i herbatę. I tak do wieczora… od 10 rano. Umówiliśmy się na przyszły rok.


 


W poniedziałek odwiedziła nas moja przyjaciółka Florence i od obiadu do wieczora też było miło, intelektualnie i świątecznie.


 


Na poświąteczny wtorek zaplanowałyśmy sobie z Claudią wyprawę do Dordogne po balerinki od Repetto, ale nic z tego nie wyszło bo czasu nam nie starczyło. Najpierw odstawiłam Antka na jego chóralny staż, pod Bordeaux i tutaj zaczęło się spóźnienie… Zdjęcia ze stażu na mojej stronie Facebookowej.


Tak więc Claudię złapałam koło południa w centrum miasta. Odwiedziłyśmy kilka butików i jedną skandynawską restaurację. Kupiłam sobie dwie polówki i nowe spodnie do biegania w Uniqlo bo lubię tę markę.


Spodnie już wczoraj przestestowałam na 5 kilometrowym dystansie w 33 minuty. Oj byłam z siebie dumna.


Na obiadek zaszłyśmy do Claudiowych przyjaciół, którzy prowadzą na ulicy Palais Galien restaurację Koebe… Coś pysznego!



Skandynawskie talerze… dwa rodzaje łososia, trzy rodzaje śledzi, czarny chleb, chrzan i cynamonowe bułki. Piknie było i smacznie było. Polecam dla tych co w Bordeaux!


 


I dobrze, że były Święta i to wyjście bo ciężko mi poczuć wakacje… Siedzę otoczona setkami sprawdzianów i poprawiam, poprawiam, poprawiam… nawet wkład z czerwonego długopisu się wyczerpał he, he. Na przyszły tydzień wyjeżdżam więc bo jak zostanę w domu to z odpoczynku będa wielkie nici a ja do 14 lipca muszę być w formie! I tak miała być Hiszpania, pod Barceloną ale wychodzi na to, że sama bym musiała tam jechać 721 km. Dla mnie z doświadczeniem maksymalnym 2 godzinnej jazdy to trochę wyzwanie. Myślałam więc o noclegu w połowie drogi, ale suma sumarum chyba pojadę bliżej, do kraju Basków… znalazłam fajną ofertę i pogodę piękną zapowiadają więc??? Wyjazd za dwa dni… po antkowej uroczystości.


 


Dziś za to kupiłam Antkowi nowy materac do łóżka, żarówkę do jego lampy co to od 6 tygodni nie świeci, poduszki dla odnowy… zasobów i orchideę.


 


I takie mnie smutne myśli naszły. Nie nowe, stare… ale męczące… drogi mi się rozchodzą, małżeńskie drogi. Nie nikt na mnie nie krzyczy, nikt mnie nie bije jak biedną żonę radnego… tylko jest nijak. Dobrze, słodko, poprawnie, ale nie ma mocy. Jest codzienność, zalatanie, to moje wieczne robienie wszystkiego, staranie się o wszystko nawet o żarówkę… Mijamy się. On w pracy od 8 do 19-20h… wraca zmęczony, coś zjemy, pogadamy i śpimy bo on padnięty, siły na czytanie czy wyjście już nie ma. Ja też padnięta bo próbuję wszystko ogarnąć, zorganizować, o niczym nie zapomnieć i lecę jak ta formuła 1. Rano wstajemy, uśmiechamy się do siebie, śniadanie szybko i do pracy… Ja wiem, że im dalej w las tym tak częściej bo rutyna, obowiązki… ale czuję, że coś umyka. Ostatnio wolę być sama, sama w domu, sama z Antkiem… bo Stéphane do mojej codzienności niczego nie wnosi, nie czuję potrzeby jego obecności, żadnej.


Budzimy się w weekend na zawieź, przywieź… jesteśmy takim starym małżeństwem bez polotu…


Jak odnaleźć polot, moc, chęć????


Jeszcze nie wiem. Choć wiem, że jak znów pojedziemy na wakacje w trójkę to odnajdziemy ale kilka dni po powrocie wszystko zgaśnie. Zero inicjatywy z jego strony a mi ręce opadają ze zmęczenia…


No to sobie ponarzekałam…


sobota, 15 kwietnia 2017

Całkiem Wielkanocnie… Francuska codzienność : część 80.






Babka Wielkanoc 17
 


Wielka Sobota, początek wieczoru… Wielkanoc 2017. Siedzę w moim biurze i piszę ten post myśląc o dwóch ostatnich dniach.


 


Wielki Piątek – jak dla mnie jeden z najważniejszych dni w roku, musiałam spędzić w pracy od godziny 8 do godziny 17, ale z przerwą na obiad. A że jedna lekcja mi wypadła to i przerwę miałam trzy godzinną i upiekłam w tym czasie mazurki.


Po Wielkoczwartkowej Litrugii, w której uczestniczyłam z wielką radością wraz z moim synem, wzruszonym i przejętym szczególnie przeniesieniem monstracji do ciemnicy, przygotowałam sobie już w domu dwa różne mazurkowe ciasta, była prawie 22 godzina, ale dałam radę. Tak więc w dwie godziny piątkowe zdołałam pokroić, przygotować i upiec resztę. I tak powstały, jak co roku, mazurki czekoladowy i bakaliowy.


 


Byłam jednak dość sfrustrowana koniecznością siedzenia w liceum i niemożnością przygotowania Świąt a przed wszytkim zajrzenia na drogę krzyżowa, która przeszła w centrum Bordeaux od 12 do 14… by zakończyć się w katedrze. Ja musiałam prowadzić lekcje i je poprowadziłam bawiąc się nieco moim socjologicznym badaniem, którego pierwszy zarys wrzuciłam na Facebook’a.


Podsumowanie wieczorne było takie, że na 148 uczniów tylko 2 wiedziało jakie Święta obchodzą chrześcijanie i żydzi w ten week-end ! Kultura ogólna czyli z francuska « culture générale » a chodzi o taką zwykłą wiedzę, szeroko pojętą… jest przerażająca. Pytanie o różnice w chrześcijańskiej i żydowskiej wielkanocny czyli Święcie Paschy, o znaczenie słowa Pascha i o symbolikę czekoladowych jajek, dzwonów i rybek, których kilogramy ci sami uczniowie będą zjadać… spotkało się z wielkim zdziwieniem. Nikt nie wiedział… nic… Wnioski wyciągnęłam dość przerażające.


Dzieląc się z nimi z kolegami historykami w naszej kapciorze spotkałam się z pewnym zrozumieniem koleżanki ale i z ostrą ironią i z krytyką kolegi po fachu, który zarzucił mnie śmiejąc się «  moje polskie korzenie i moją polskość ». I wyparowałam, zupełnie nie wielkopiątkowo pytając go ostro by w takim razie zaproponował mi «  jakąś francuską tradycję Świąteczną bo te 3-ciej czy 4 Republiki mnie nie odpowiadają a wspomnienia rewolucyjne mało świątecznie dla mnie wyglądają ». Speszył się i chyba nacisnęlam mu na odcisk, ale niestety każdy atak na moją polskość powoduje u mnie ostre i niektrolowane rekacje bo ataki te śmierdzą politowaniem i takim poczuciem francuskiej wyższości cywilizacyjnej, na którą mam od lat silną alergię. Kiedyś nie reagowałam teraz śpieszę z komentarzem.


 


Ostatnia lekcja od 16 do 17 h była okropna. Uczniowie, przed dwoma tygodniami wakacji, stwierdzili, że są na wakacjach od teraz więc hałas był niemiłosierny i dwóch śmiałków zwaliło na podłogę już uszkodzoną ławkę jak konsultowałam ćwiczenie gegoraficzne z inną grupą uczniów. Wściekłam się po raz drugi. Zrobiłam natychmiastową kartkówkę, do końca lekcji i absolutną ciszę, wlepiłam kilka zer i tyle. Nie lubię uciekać do takich środków, nie jest to pedagogicznie poprawne, ale moje zdrowie jest jednak ważniejsze niż rozróby 32 chłopaków i 4 dziewczyn. 5 minut przed końcem lekcji wygosiłam im mowę bardzo moralizatorską i po wakacjach zakręcę kurki z moją dobrotliwością. Jak ktoś mnie nie szanuje to i na moje specjalne traktowanie nie zasługuje.


 


Do domu dotarłam koło 18 bo stałam trochę w korkach. Wypiłam herbatę i ruszyłam na liturgię Pasji do pobliskiego kościoła. Antek nie szedł bo miał Drogę Krzyżową w szkole. Nabożeństwo było przepiękne. Na końcu wszycy wierni utworzyli wokół Krzyża wielki krąg, trzymając się za ręce i każdy mógł zabrać głos, wygłosić jakąś modlitwę. Ja również się włączyłam. Specjalny moment.


 


Wieczorem oglądaliśmy Drogę Krzyżową z koloseum… byliśmy pod wrażeniem tekstów i postawy jej uczestników. To był moment rodzinnej modlitwy choć na początku gadałam jeszcze chwilę z moim bratem.


 


Dziś od rana, od godziny 8 punktualnie byłam w kuchni… Aż do godziny 12,  bez przerwy. W tym czasie zrobiłam sernik według przepsiu Felder’a ( na moim blogu kulinarnym), babkę, która rzuciła nas na kolana! Coś cudownego… babka muślinowa Cwierczakiewiczowej, 20 żółtek na 220 g mąki. Cudo, rozpływające się w ustach. Przepis wrzucę za chwilę na mój kulinarny blog www.est-ouest-est-ouest.blogspot.com


 



Zrobiłam też sałatkę mojej mamy, jajka faszerowane, szparagi zielone, malowanie jajek… Pogadałam w międzyczasie z Elizą… po czym zaległam w kąpieli… spocona, zmachana bo oczywiście wszystko robię sama, tylko jajka syn ze mną malował.


Mąż za to zrobił obiadek i ogarnął kuchnię.  


Po obiedzie z Antosiem przygotowaliśmy nasz koszyczek na Święconkę. I zaraz po 15 ruszyliśmy do Saint Médard d’Eyrans czyli 20 km od Bordeaux by poświęcić pokarmy. Po raz pierwszy w Bordeaux!!! Spotkaliśmy wspaniałego księdza, Jarosława Kucharskiego. Piękna, dwujęzyczna ceremonia.


 Wielkanoc 2017


I w końcu zasłużony odpoczynek… herbata, mazurek bakaliowy, telefon do mamy i taty, i do Claudi bo jutro u nich świętujemy cały dzień.


 


I tak życzę Wam pięknych Świąt!!! Niech Zmartwychwstały Chrystus wam błogosławi każdego dnia!


ps: Antek mnie rozczulil... ja tutaj sobie pisze a on wykapal sie, ubral w szlafrok i przygotowal na jutro... biala koszule, marynarke bezowa , te od komunii, granatowe spodnie z pomaranczowym paskiem i czarne mokasyny... kochany syn!





piątek, 14 kwietnia 2017

Wielki Piatek 2017. Francuska codzienność cześc 79.

Ponad 4500 chrztów dorosłych w wielkosobotnia noc we Francji. 2 razy wiecej niz 10 lat temu... Czy to znak naszych czasów?

U mnie tymczasem ostatni dzien pracy i z doskoku przygotowanie do Świat. Mazurki upieczone. Wczorajsza celebracja Wielkiego Czwartku w towarzystwie mojego syna była przepiękna i wzruszająca choc długa, półtorej godziny. Dzisiaj czytanie Pasji Chrystusa o 19h.... Droga krzyżowa wieczorna i kilka kolejnych kulinarnych przygotowań.
Pozdrawiam przedświąteczne...
ps: francuscy licealiści nie wiedza czego symbolem sa jajka.... Jakie swieta obchodzą Żydzi i chrześcijanie w nadchodzący weekend ani dlaczego będę sami jeść jajka czekoladowe.... Przetestowane na 72 uczniach, dzis rano.... Żaden nie wiedział....

niedziela, 9 kwietnia 2017

Wielkanoc 2017 – przygotowania. Francuska codzienność : część 79.

Wielkanoc 2017
Slodkie zajaczki w dwoch wersjach, serwetka - ostatnie dzielo mojej Mamy!, pisanki po dziadku Henryku...


Na tym blogu tylko kilka zdjęć z przygotowań… dekoarcji w domu, naszej tegorocznej palmy, która we Francji jest bukietem zieleni oraz pierwszych słodkości : zajączków maślanych ale też maśalno-kokosowych. Przepisy na blogu kulinarnym Est-ouest. Link obok.


 

Wielki tydzień zapowiada nam się bardzo pracująco. Na dodatek, że nasza zona nie ma jeszcze wakacji tak więc do Wielkiego Piątku wieczorem będziemy tkwić w robocie z motywacją żadną, to znaczy ja żadną bo będę maksymalnie sfrustrowana francuską laickością, jak co roku, i faktem niemożności udania się na Drogę krzyżową i należytym przygotowaniem do Świąt. To jeszcze obowiązków mam pełne strony kalendarza. Antek zresztą też jak ten robocik zasuwa, ale on w katolickiej szkole w wielki czwartek zwolni tempo i będzie miał msze i celebracje.

Mąż też w robocie do ostatniej chwili, ale w sferze prywatnej tak niestety jest.

Zapowiada się więc męcząco, ale ja jestem uparta jak ten przysłowiowy osioł i w Tridum paschalnym tak czy tak udział wezmę.

W domu z przygotowaniami wychyliłam się już wcześniej więc choć z tej strony jaki taki spokój choć jedzenie na Święta, częściowo przygotuję w sobotę.

 

Claudia zrobi resztę i tak sobie poświętujemy.

Nawet do ksiazek kucharskich jeden si dosiadl...
 

Wczoraj wieczorem byliśmy w kościele Świętego Brunona na mszy des Rameaux czyli tej Palmowej. Msza trwała bite półtorej godziny i nawet mój Antek nie zajęczał. Cały był przejęty. Święcenie palm nastąpiło w ogrodzie przykościelnym w pełnym wieczornym słońcu. Temperatura sięgała 26°C. Było uroczyście i podniośle. Mój syn był bardzo przejęty ceremonią, ewangelią i kazaniem. To sobie wczoraj, cały wieczór przedyskutowaliśmy.

 Wielkanoc 2017 - 2
Francuska palma - mieszanka galezi: laurowych, eukaliptusowych, drzewa oliwnego i bazi w tym roku. Pachnie cudnie!

Dziś od rana mój syn grał turniej departementalny golfowy… tak, tak, właśnie w w niedzielę palmową co laickość to laickość. Znów jest gorąco. Z jakieś 28°C w cieniu !

Dobrze Antoś zagrał choć jest wykończony.

Chciałabym się zatrzymać na chwilę… pomyśleć, pomodlić się… i doświadczyć obecności Boga tutaj, obok, dzisiaj. Nie ceremonii ani komemoracji bot ego na pęczki jest wszędzie – jutro w PL zaczną przypominać Smoleńsk, ale właśnie OBECNOSCI BOGA – CZLOWIEKA w nas.

I tego wam na ten tydzień życzę…

piątek, 7 kwietnia 2017

Tyranobójstwo?

Tyranobójstwo?
Czy jesteśmy przed czy juz w trakcie tego procesu? Co zrobi Trump? Co zrobi świat i ONZ?
Tyranobojstwo.... Pomimo jego prawnej i moralnej naganności było, w ostatnich latach, kilka razy zastosowane. Efekt? Całkiem rożny.
Czasem bardzo pozytywny czasem okazał sie wstępem do jeszcze większych zabójstw.
Czy przemoc moze zrodzić dobro i wyeliminować zło?

Jak powiedział kiedyś Dalai Lama gdyby nasze dzieci medytowaly każdego dnia przemoczostala by wyeliminowana w ciagu jednego-dwóch pokoleń. Mało kto w to jednak wierzy.
W polskim radiu dyskusja o posiadaniu broni... Większość Polakow jest za... Czyli zupełnie nie ten kierunek! Bomby, zabójstwa, gwałty i przemoc codzienna słowna, fizyczna...


Czy gest Trumpa to tylko wierzchołek tej gory czy początek zmian na lepsze w Syrii? Oto jest pytanie....

wtorek, 4 kwietnia 2017

Dzieci i żałoba. Francuska codzienność : część 78.


Antek
Antek tego lata w Polsce, genialne zdjecie mojego brata Igora.

Pisałam już, że od jakiegoś czasu Antek ma swoją panią sofrolog, która się nim opiekuje, uczyć zarządzać emocjami szczególnie tymi skrajnymi w jego przypadku związanymi z ogromnym stresem turniejów tenisowych i golfowych. Wszystko to odbywa się bardzo dobrze, szczęśliwe i z pożytkiem dla całej naszej rodziny.

 

W ubiegłą sobotę zostaliśmy jednak zaskoczeni. Otóż Antoś opowiedział jej o dwóch zgonach z ubiegłego lata. Chodzi o śmierć mojego kochanego wujka Bogdana i o samobójstwo zakrystianina naszej katedry i nieśpiewającego członka antkowego chóru czyli Nicolas. Ani ja, ani Antoni tych śmierci się nie spodziewaliśmy. To były osoby młode, pełne życia, pełne planów na jutro i na pojutrze…

 

Byliśmy dwa tygodnie na wakacjach w Polsce… Właściwie drugiego dnia dowiedzieliśmy się, że nasz wujek jest w szpitalu w stanie poważnym. Kilka dni później przez telefon Stéph poinformował nas o samobójstwie Nicolas, 29 lat… Szok, niezrozumienie, antkowe łzy… za kilak dni mieli razem jechać na tournée do Rosji… W pogrzebie nie mogliśmy wziąść udziału bo byliśmy w Polsce a zresztą rodzina Nicolas nikogo na pogrzeb na cmentarzu nie zaprosiła i była wyraźna prośba by poza mszą pogrzebową na cmentarz nie iść.

 

W przeddzień naszego wylotu z Polski, podczas 90 urodzin mojej babci… przyszła wiadomość o zgonie wujka. Na pogrzebie nie zostaliśmy… odbył się kilka dni po naszym wylocie i w przedzień wylotu Antka do Rosji.

Rozmawialiśmy o tych zgonach, oglądaliśmy zdjęcia, wspominaliśmy… ale Antoni jak się okazało w sobotę nie przeszedł przez wszystkie etapy żałoby jeszcze i bardzo cierpi z tego powodu choć mało o tym mówi.

Wujka Bogdana wspominamy prawie codziennie, przy różnych okazjach. Na mojej biblioteczce, w moim biurze, stoi jego zdjęcie, obok zdjęć tych wszystkich, którzy odeszli a którzy są mi, nam tak bliscy.

Antoś jednak wciąż przeżywa te zgony i chce, bardzo chce symbolicznie oddać hołd tym osobom. I tak po nitce do kłębka powiedział pani sofrolog, że on musi złożyć kwiaty i zapalić świece na grobach tych osób.

 

Na grobie wujka zrobimy to latem, jak będziemy w Polsce, na grobie Nicolas możemy zrobić to już teraz tylko muszę się dowiedzieć gdzie jest grób i na jakim cmentarzu… a to sprawa delikatna… ale się dowiem, najwyżej cemantarze obdzwonię. Chcemy zamówić też mszę świętą za te osoby i za innych bliskich.

 

Nie wiem jakie są wasze doświadczenia z odczuwaniem żałoby przez dzieci ? Dla mnie to sobotnie wyznanie było zaskoczeniem. Z drugiej strony dojrzałość duchowa i intelektualna mojego syna jest dla nas wciąż nieustającym źródłem inspiracji. Nie ma on przecież 12 lat… a obchodzą go sprawy ziemskie i wieczne w sposób tak szczególny. Ale czegóż mogłabym oczekiwać od dziecka, które wieku 19 miesięcy przy zmienianiu pieluchy spytało mnie «  kto stworzył księżyc i gwiazdy ? » zamykając mi usta na dość długo.

Tak jest i tym razem…

niedziela, 2 kwietnia 2017

Przygotowanie do Świąt Wielkanocnych czyli Francuska codzienność : część 77.




 

 

Byłam dzisiaj z moim synem rano na mszy świętej w jego szkolnym kościele. Ludzi było sporo a dzieci i młodzieży ponad połowa dużego kościoła.

 

Nie wiem czy wiecie, ale we Francji jak się wchodzi do kościoła to otrzymuje się kartkę z rozpisanym przebiegiem całej mszy. Jest więc nazwa prafaii/kościoła, data, tekst śpiewu wstępnego, teksty psalmów, czytań, ewangelii oraz modlitwy powszechnej. Pozostałe pieśni też są na owej kartce wydrukowane a czasem wręcz Credo czy inne modlitwy.

Tak więc jak człowiek do kościoła wchodzi to czuję się już od progu powitany, mile widziany, oczekiwany. Bardzo się do tego przyzwyczaiłam i nawet do ciągłych rozmów w kościele czy do zabaw i rysunków dzieci. Bo dzieci w kościele we Francyji nie siedzą spokojnie w ławkach jak trusie tylko wiercą się niemiłosiernie i wyciągają z toreb i plecaczków papier, kredki, książeczki i siadają gdzie chcą i kolorują podczas mszy. Mój Antek też tak miał. Dopiero od jakiś 3 lat siedzi spokojnie i ewnetualnie swoją Biblię sobie czyta jak go kazanie nudzi.

 

Ale dzsiejsze kazanie było cudowne… księdza, który Antkowi 1 komunii udzielał i wybrzmiało w nim pytanie : « Jak moja wiara zmienia moje postrzeganie rzeczywistości i moje działanie w tej rzeczywstości »… tak sobie zapamiętałam.

 

Postanowiliśmy z Antkiem po powrocie z mszy, że do Wielkanocy, co wieczór przeczytamy cztania dnia liturgicznego i nad nimi trochę pomedytujemy – takie nasze późne wielkopostne postanowienie. Mam odpowiednie książeczki w domu « Prions en Eglise ».

Nie ma bowiem, jak już pisałam gdzieś na Facebooku rekolekcji u nas, jako takich ale ja je mam za pośrednictwem Tygdonika Powszechnego… i za to redkacji tego tygodnika, mojego ulubionego, bardzo dziekuję !

 

 

Święta za 2 tygodnie, niecałe…

Byłam wczoraj po część zakupów. Po farbki do jajek, po specyfiki do wypieków i tonę czekoladek świątecznych… Kwiatami dom stoi wciąż wiosennie ustrojony. Przyjdzie wysiać mi rzeżuchę za tydzień i dziadkowe pisanki pozawieszać na tegorocznej palmie. To taki piękny i wzruszający rytuał.

Okna pomyłam w ubiegłą środę wieczorem. Więcej pewnie nic zrobić nie zdąrzę bo jak co roku biję się z francuską laickością!

 

Antek ma w niedzielę Palmową turniej golfowy… myślałam, że mnie przysłowiowy szlag trafi… ale zdoła pójść na mszę w sobotę palmową… wieczorem ze swoim ojcem choć o mały włos trenerka by nie odpuściła, ale się uparłam! Jak taki osioł! Pracuję oczywiście do ostatneij chwili – Wielki Piątek 17 godzina… Droga krzyżowa, znów nie będę mogła uczestniczyć… strasznie mnie to boli i ciąży na mnie… jak taka kłoda pod nogami. No ale później będą już wakacje I Święta spędzamy z przyjaciółmi w tym roku! I na to się bardzo cieszę!

niedziela, 26 marca 2017

Francuskie wybory…Francuska codzienność. Część 76.




 

Nie wiadomo czy pisać przez duże czy przez małe « W » ?

 

W ubiegły piątek znalazłam w mojej skrzynce dwie karty wyborcze. Nasze, nowe karty wyborcze. I tym sposobem temat wyborów powrócił jak bumerang choć w mojej przestrzeni osobistej i publicznej jest go ostatnio mnóstwo.

 

Dzisiaj dostałam maila od dawnej znajomej, nawołującej do udziału w « Politycznych Café » by niejaki François Fillon, czy prawicowy oskarżony o oszustwa kandydat mógł wygrać. A wczoraj przyjaciele dzownili i nawoływali do głosowania na lewicę czyli socjalistów jako jedynych uczciwych w tej kampanii.

Przed chwilą Stéph pokłócił się ze swoimi rodzicami bo oni głosują na oskarżoną prawicę bo jest prawicą a jak nie na niego to na skrajną prawicę czyli lokalnych nazistów.

 

Wybory za miesiąc i z całego serca mam nadzieję, że będą one okazją do wymiany całej tej naszej skorumpowanej, kłamliwej i bezczelnej klasy politycznej. Oczywiście nie o totalnej wymianie tutaj mowa, bo każdy z kandydatów ma już od kilku jak nie o kilkudziesięciu lat palce umaczane w politycznej brei. Ale są tacy, którzy poznali smak innej kariery niż tylko ta polityczna i mają w swych ekipach ludzi spoza określonych kręgów.

 

Ja mam jednak z tymi wyborami inny problem, bardziej osobistej natury. A związany on jest z moim niezrozumieniem, niepojęciem, nieogarnięciem umysłowym, intelektualnym i duchowym tego faktu, że czarne można nazwać białym nie cierpiąc na daltonizm, oszustwo można nazwać działniem zgodnym z określonymi normami i standardami przy czym mianować siebie katolikiem; być oskarżonym ale głosić przed kamerami, że to Spisek czarnego gabinetu popierając jednocześnie bez mrugnięcia okiem jeden z najbardziej dyktatorskich reżimów i finansując swoje kampanie jego brudnymi pieniędzmi – ostatnie afery w Rosji. Tego wszystkiego nie pojmuję i opinie ludzi, którzy legitymują tego typu zachowania mam w pogardzie.

Wybór pozostał mi niewielki…

czwartek, 23 marca 2017

Pierwsze truskawki czyli WIOSNA, ale z kłopotami. Dietetyczka. Francuska codzienność. Część 75.

Truskawki







 Drugi tydzień już ! Są !!! Francuskie, smakowite truskawki, które przypominają nam o wiośnie ale też trochę o lecie.


 


Byłam dzisiaj po zakupy tzw : świeże zakupy po które jeżdżę raz w tygodniu. I muszę wam przyznać, że uwielbiam te wyprawy. A od dwóch tygodni nie mogę się napodziwiać, naoglądać, nasmakować i nawąchać.


 


Na moim kuchennym oknie, wychodzącym na taras jest już cała kolekcja ziół : bazylia, tymianek, rozmaryn, mięta, pietruszka, szczypiorek, koperek, kolendra, szałwia…  na tarasie kwitną zresztą tulipany i żonkile choć te ostatnie już przekwitają… niestety. Są za to w domu w doniczkach.


 


A w warzywniaku prawdziwa uczta… drugi tydzień są szparagi i to w trzech gatunkach, są młode cebule ze szczypiorem i młodziutki czosnek, są sałaty, maluśkie listki szpinaku i innego ziela, są dorodne pęczki rzodkiewek i młode marchewki… dzisiaj po raz pierwszy kupiłam kalarepki…


 


No i przede wszystkim są te dorodne, czerwone i słodziutkie truskawki… te na zdjęciu to gatunek Clery, ale są też już Gariguette tyle, że trochę droższe.


I jak tu się nie cieszyć ?


U sprzedawcy serów świeżutkie twarożki kozie… uhmmmm poezja !


 


Jednym słowem wpadam powoli w zielony, wiosenny kulinarny szał ! Uwagi garnki !


 


Z tego też powodu zakupiłam kilka nowych talerzy w kolorze ? Zielonym ! Nie miałam jeszcze takich.


 


Te radości przeplatają się z kilkoma kłopotami… głównie moimi zdrowotnymi… Nie jest najlepiej choć najgorzej też nie jest. Wizyta u laryngologa 13 kwietnia dopiero. Narazie utrzymuję się na powierzchni ale zupełnie zdrowa nie jestem. Staram się jednak jakoś sobie z tym radzić. Pracy mam ponad miarę i dopiero teraz wychodzę powoli z bardzo ciękiego okresu. Zbyt dużo wzięlam sobie na głowę zamiast zadowolić się etatem. Taka moja wada…


 


Byłam dzisiaj na kontroli u naszej dietetyczki i jest bardzo dobrze. Kolejne 2 kg w dół, tak skutek uboczny. Wyniki badań bardzo dobre.


 


Cieszę się, że żyję, ot tak zwyczajnie !


niedziela, 19 marca 2017

Prawo pracy i walka o swoje czyli o tym jak mój mąż dba o własne interesy. Francuska codzienność. Część 75




Wczoraj dowiedzieliśmy się, że mój mąż wygrał proces ze swoim poprzednim pracodawcą, który zwolnił go we wrześniu rzekomo za błędy, “poważne błędy” jak to było określone w dokumentach. Mój mąż jednak dowiódł ze swoim adwokatem, że te błędy były wymysłem firmy, która od wielu miesięcy traciła pieniądze i chciała się pozbyć pracownika pod byle jakim pretekstem.


A że trafiło na mojego męża to tak łatwo im nie poszło. Bo to już jego drugi proces z pracodawcą. Pierwszy jest jeszcze nie sfinalizowany ale już częściowo wygrany, drugi został wygrany w niecałe 6 miesięcy z solidnym odszkodowaniem finansowym.

Tak więc wpłynie trochę pieniędzy za kilka dni. To doświadczenie uczy mnie jednego, że nad Sekwaną nie należy się z żadnym nadużyciem godzić, wręcz przeciwnie należy skutecznie, w sądach dochodzić swego. Co prawda kosztowało to go sporo dodatkowej pracy, spotkań i zachodu ale warto było. Tym bardziej, że znalazł nową pracę, na bardzo dobrych warunkach choć znając go nie wiem ile tutaj popracuje… Mój mąż ma to do siebie, że często prace zmienia. Teraz wyglada na to, że się ustabilizuje czego sobie i jemu życzę bo nawet wygrane procesy są denerwujące i męczące.

sobota, 18 marca 2017

Lanzarote – Arrecife stolica wyspy, muzeum sztuki współczesnej czyli Castello i Fundacja C. Manrique. Wysypy Kanaryjskie część 6 i ostatnia.

Trebol 23







 Ostatni, piątkowy dzień na Lanzarote spędziliśmy zwiedzając okolice miasta Arrecife czyli stolicę wyspy. Był piękny letni dzień choć tylko 3 marzec. Arrecife nie należy to najpiękniejszych zakątków wyspy ale przylatując tutaj trafia się prosto do tego miasta. Miasta przyciąga tylko plażami, które znajdują w jego centrum jak i malowniczym zalewem Charco z kolorowymi łódkami wokół którego można skosztować wielu rodzajów kaw, lodów i innych lokalnych specjałów.  





Trebol 24
My przeszliśmy się też po centrum, wokół zamku Świętego Gabriela nad samym oceanem z 1570 roku i kościoła San Ginès z XVII wieku. W tym kościele jak w wielu hiszpańskich kościołah zawsze zdumiewają mnie ogromne rzeźby Pasji Chrystusa, które w Wielkim Tygodniu wychodzą na ulice miast. Są tak przerażające z tym bólem wyrzeźbionym na twarzy, że nie wiem czy zdołałabym wziąść udział w takiej procesji.


 


Po porannej wizycie, kawie i lodach ruszyliśmy w stronę portu. Tam znajduje się bowiem jedno z ciekawszych muzeów Lanzarote czyli Muzeum Sztuki współczesnej. Umieszczone w zamku San José wybudowanym jako twierdza w XVIII wieku prezentuje dzieła welu znakomitych twórców w tym samego César’a Manrique. Wspaniałe schody Manrique kuszą swoją obłością a na zewnątrz zanurzone w oceanie rzeźby 5 konnych jeździców wyglądają dość nietypowo i gdyby nie odległość można by je wziąść za żywe!


 

Trebol 25



Tak ukulturalnieni pojechaliśmy kosztować kultury dalej do Fundacji César’a Manrique. Piękno tego miejsca poraża… dom bowiem wybudowany jest na oceanie wulkanicznej zastygłej lawy. Lawa stanowi jego integralną część. Widać ją w oknach salonu, wokół basenu i w każdym z salonów wybudowanych w utworzonych po lawie wnękach. Każdy z nich ma zresztą inną dekorację i inny kolor. Przestrzeń wewnętrzna i zewnętrzna domu znika w tej koncepcji architektury tworząc jedną i płynną całość. Bardzo by chciała w takim domu mieszkać bo panuje tutaj wyjątkowo atmosfera, jakiś taki spokój i harmonia, której w klasycznych domostwach mi brak.

Trebol 26



Trebol 27


Trebol 28



Trebol 29






 


Popołudnie i wieczór spędziliśmy w ośrodku bawiąc się, rozmawiając, tańcząc… przed kolejnymi wakacjami…


środa, 15 marca 2017

Chorób CD.

Zdeprymowana jestem... Wybór miedzy sanatorium, które zadziała bądź nie i operacja znów sie potwierdził. Mam kolejne antybiotyki i kolejne sterydy.... Zwolnienia nie mam, ale leki które zrobią ze mnie warzywko w kilka godzin mam! Wizyta konsultacyjna u kolejnego laryngologa przede mną i czort wie kiedy. Mam ochotę wyciąć sobie gardło, krtań i zatoki może by sie poprawiło?

Antybiotyki na 3 dni kosztują prawie 200 euro choc za nie nie place... Pod tym względem dobrze, ze we Francji mieszkam bo za leki zwracają! Ale co sie namecze to moje. W Polsce pewnie byłabym większość czasu na zwolnieniu i pewnie byłabym mniej zmęczona. Tutaj mam leki, operacje, sanatoria pracując jednocześnie całymi dniami. Taka specyfika.

niedziela, 12 marca 2017

Lanzarote – Femes, groty Herivideros, solanki Janubio, El Golfo I malutka plaża Quemada. Wysypy Kanaryjskie – część 5.

Trebol 16




2 marca, czwartek, to był przedostatni dzień naszego pobytu na Lanazarote. Pogoda była cudowna, około 26°C, słońce… wiatr oczywiście też… I nasze plany wizytowe bardzo ambitne, ale piękne.


 



Zaraz po obiedzie ruszyliśmy na południowy-zachód wyspy czyli w kierunku Playa Blanca. To obok Costa Teguise kolejne zaludnione turystami wybrzeże. Dlatego na samą Playa Blanca żeśmy nie zjeżdżali bo nic nas tam nie interesowało. Wjechaliśmy węższymi drogami w środek wyspy by zatrzymać się na kilka chwil w miasteczku Femes zwanym “Balkonem” bo stąd rozciąga się zapierający dech w piersaich widok na wybrzeże i na Playa Blanca zresztą też. Przed tym kościołem, datującym na XIV wiek ale przebudowanym, kosztowaliśmy słońca i myśleliśmy ( czytaliśmy też) o odkrywcach tych wysp i pierwszych osadach, zawsze oddalonych od oceanicznych brzegów. Obok kościoła znajduję się centrum kulturowe, które wcześniej było budynkiem militarnym, siedzibą wojsk.


 


Z Femes zjechaliśmy w dół aż do solanek Janubio. To ostatnie zachowane świadectwo dawnych relacji ekonomicznych Lanzarote z innymi wyspami archipelagu. Tutaj produkowano sól dla pozostałych wysp. Solanki zaklasyfikowane przez UNESCO do skarbca dziedzictwa ludzkości są tylko do podziwiania z daleka. Zwiedzać ich nie można. Sól z nich jest używana jako dekoracja do procesji Bożego Ciała.


Trebol 17




Obok solanek kilka plaż, plaż cudownych bo czarnych jak węgiel tylko, że tutaj to jest wulkaniczny pył. Na tych plażach jest mnóstwo pół-szlachetnego kamienia po francusku Olivine, wtopionego w czarne, wulkaniczne kamloty… ma on kolor zielono-żółty. Nie trzeba go kupować, można się schylić Iisobie nazbierać co też uczyniliśmy targając z poworotem do Francji dwa wielkie czarne kamienie ze sporymi zielonymi Olivinami, które leżą na antkowym biurku. Sfotografuję je by  pokazać jak to wygląda…



 Trebol 18




Stąd już tylko 5-6 kilometrów dziliło nas od grot Los Hervideros czyli wyżłobionych przez ocean dziur w wulkanicznej skale. Ocean wpływa w nie z wściekłością, rozpryskując swoje pieniące się fale. Nad grotami powstały kilkukilometrowe chodniki spacerowe… można tutaj się przechadzać i przez różne dziury ocean i formacje skalne podziwiać.


 


Po takiej dawce jodu… czas na podwieczorek w miasteczku El Golfo, kilka kilometrów dalej… Fale olbrzymie, podpływały prawie do kawiarnanego tarasu. Podziwialiśmy je konsumując lody i kawę. W Hiszpani to dość tania przyjemność, dwa razy tańsza niż we Francji co za każdym razem doceniamy.


 
Trebol 19
 


Po spacerze po El Golfo, doszliśmy do zielonej Laguny czyli starego wulkanicznego krateru zalanego morską wodą. Stąd jej zielony, intesywnie zielony kolor powstały z żyjącyc tutaj glonów. Laguna jest jakby uwięziona między błękitem oceanu, wielką plażą czarnego piachu i czerwonością pozostałej wulkanicznej skały. Dochodzi się tutaj wąską drogą, w dole której są plaże i kilka kolorowych łodzi lokalnej populacji. To miejsce tak piękne, że trzeba nam było podziękować Stwórcy i mieszkańcom tych wysp za zachowanie takich naturalnych cudów!


 Trebol 20




Do hotelu wracać nam się nie chciało… więc pojechaliśmy dalej… na drugą stronę wyspy na maciupenką plażę Quemada. Zresztą nie jest to plaża a miasteczko położone jakieś 2-3 metry od oceanicznego brzegu. Trochę bałabym się tam mieszkać… że mnie zaleje, ale mieszkańcom nie sprawia to najmniejszego problemu. Wychodzisz z domu na czarne kamienie i po 4 krokach jesteś w wodzie! To miejsce trochę zapomniane przez turystów i tym lepiej! Choć tacy wszędobylscy turyści jak my i kilku innych tutaj też dociera! Dwie restauracje – stopy w wodzie proponują świeżo złowione ryby! Pychota! Kilka domów zamieniono n ate do wynajęcia, casa rurale i chętnie bym tutaj kilka dni spędziła.


 Trebol 21




Ale cóż, nieco inaczej się zarezerwowało… ale wracać wciąż się nie chciało… więc pojechaliśmy do domu José Saramago. Tak, tak! Literacki NOBEL z 1998 roku mieszkał i żył właśnie tutaj! Niestety dom można zwiedzać tylko rano… a my byliśmy wieczorem… ale weszliśmy na dziedziniec bo nas wpuścił dozorca. He, he, jak mu powiedziałam, że ja też piszę, publikuję… no nie na nagrody ale tak, z pasji… Otworzył nam bramę…
Trebol 22

I aż mnie w ziemię wcisnęło… mogłabym tutaj pisać!!!!! Z sypialni widok na Ocean… dziedziniec wenwętrzny ocieniony i chroniony od wiatru… pięęęęęknieeee.


A Saramago pisał tak: “Los nie wybiera, on tylko proponuje!”