sobota, 30 listopada 2013

Obrażanie nauczyciela, rzucanie stołami and co.


 


W ubiegły piątek, dnia 22 listopada na jednej z lekcji z najtrudniejszą klasą padłam ofiarą dwóch uczniów – patrz wpis « Zsodomizowany ».  Lekcja zaczęła się normalnie, wręcz dobrze jak na tę klasę. Oddałam im sprawdziany, dobrze ściągali więc mieli dobre oceny. Rozpoczęłam nowy dział w geografii i temat « Zdefiniować granice Europy ». Rozdałam kserokopie materiałów, które dla nich przygotowałam, dokumentów geograficznych wyciągniętych z różnych książek. Następnie puściłam im film wideo, który znalazłam i nagrałam na klucz USB z kolekcji « Le dessous des cartes » dość naukowe podejście. Gdy dziennikarz w filmie poruszył kwestię wejścia Turcji do UE i problem religii 97% Turków są muzułmanami... Troje uczniów w klasie, rodem z Magrebu ,zaczęło podnosić krzyk, wrzask, że to jest :

« Rasistowski program i oni nie będą tego oglądać » Próbowałam opanować, ale się nie dało… programu już nie było słychać. Powiedziałam więc tym uczniom, że ich zachowanie jest niedopuszczalne i że mają każdy 2 godziny dodatkowej pracy w środę popołudniu za karę. Jeden z nich zerwał się z krzesła, chwycił je i rzucił w moją stronę. Jednocześnie kierował się do wyjścia przewracając stoły na swej drodze i rzucając krzesłami. Reszta uczniów pochowała się pod ławki. Na całe szczęście nikomu nic się nie stało.

Uczeń wyszedł i zaczęliśmy sprzątać. Korzystając z ogólnego zamieszania dwóch chłopaków zamiast nam pomagać zaczęło tańczyć na środku klasy. Zwróciłam im uwagę, wyśmiali mnie, powiedziałam, że też mają dwie godziny dodatkowej pracy za takie zachowanie, za karę… Jeden z nich podszedł i zaczął mnie błagać bym ich nie karała. Powiedziałam krótko i stanowczo, że nie jest to możliwe, że byli uprzedzeni setki razy ale najwidoczniej nie rozumieją…

Wtedy jeden z nich wyzwał mnie od zsodomizowanych błaznów, bufonów i od kurew… Wybiegli z klasy.. w tym momencie kolega po fachu z sali obok wkroczył do mojej klasy… wezwał komórką pomoc, dyrekcję szkoły oraz panią pedagog. Zaczęło się pisanie raportu, dochodzenie, tłumaczenie.

Zajście to  nosi ogólną nazwę : Outrage au professeur dans l’exercice de ses fonctions czyli Znieważenie profesora podczas wykonywania jego czynności służbowych – tłumaczę na żywo i na szybko, więc ogólnie tylko

2. Zajście to podlega dwum artykułom prawnym : Artkuł 21/345 Kodu edukacji narodowej oraz Artykuł 433-5 Kodu penalnego.

3. Mam więc prawo za proferowane obelgi, uszkodzenia mienia szkoły złożyć sprawę do sądu.

Code pénal. Il est défini ainsi dans l’article 433-5 : « Constituent un outrage puni de 7 500 Euros d'amende les paroles, gestes ou menaces, les écrits ou images de toute nature non rendus publics ou l'envoi d'objets quelconques adressés à une personne chargée d'une mission de service public, dans l'exercice ou à l'occasion de l'exercice de sa mission, et de nature à porter atteinte à sa dignité ou au respect dû à la fonction dont elle est investie. Lorsqu'il est adressé à une personne dépositaire de l'autorité publique, l'outrage est puni de six mois d'emprisonnement et de 7 500 Euros d'amende. Lorsqu'il est commis en réunion, l'outrage prévu au premier alinéa est puni de six mois d'emprisonnement et de 7 500 Euros d'amende, et l'outrage prévu au deuxième alinéa est puni d'un an d'emprisonnement et de 15 000 Euros d'amende. » Porter atteinte à tout citoyen, qui plus est investi d’une mission de service public, relève donc de l’outrage. Textes de loi : Loi sur la liberté de la presse du 29 juillet 1881 Article 433-5 du Code pénal

 

Sprawy do sądu nie złożyłam. Złożyłam raport i w nim zaproponowałam sankcje karne dla uczniów. W ubiegły poniedziałek rodzice delikwentów zostali wraz z dziećmi postawieni przed Komisją dyscyplinarną liceum, o godzinie 12 w południe… sprawa więc poszła bardzo szybko do przodu. Jeden się przyznał, dwóch się wyparło ale gospodarz klasy potwierdził zajście.

Oprócz zaproponowanych przeze mnie kar: w tym dla tego, który wyzywał 14 obowązkowych dni  pracy w stowarzyszeniu opiekującym się młodymi inwalidami podczas wakacji świątecznych Bożonarodzeniowych, przeprosin na piśmie od rodziców i ustnych od ucznia, dodatkowej pracy szkolnej… administracja liceum zadecydowała jeszcze dodatkowo 3 dniowe wykluczenie delikwantów z liceum z obowiązkiem uzupełnienia wszystkich lekcji.

W tym tygodniu tych uczniów jeszcze nie widziałam wrócą w poniedziałek na lekcje o ile przeproszą i oni i rodzice w przeciwnym wypadku muszę ich znowu wykluczyć z lekcji.

 

Okropne to było dla mnie przeżycie, niesamowite ilości stresu, pracy z raportami, z zadawniem im  pracy…  momentami miałam wrażenie, że sama siebie ukarałam?! Ale myślę, że nie miałam innego wyjścia. W przeciwnym wypadku mój autorytet w tej klasie ległby w gruzach i nie dało by się już nic zrobić do czerwca… dopiero miałabym piekło. Teraz, jak narazie trzymam się sztywno, jak żandarm, wewnętrznego regulaminu liceum. Sankcje sypią się jak płatki śniegu ale nic nie mogę popuścić bo mi wejdą na głowę i zapłacę za to zdrowiem a tego sobie nie życzę. Napędziłam im strachu przez cały tydzień I tym lepiej bo wczoraj w końcu dało się w tej klasie pracować po raz pierwszy od września!

Widocznie ten typ młodzieży innego języka jak ten nie rozumie… a chciałam być miła, dobra I tolerancyjna to mi się dostało… teraz jestem surowa, nie uśmiechnięta, przestrzegająca reguł i  regulaminów… jest lepiej.

 

piątek, 29 listopada 2013

Przyszła szkoła Antosia


 

 

 

Byliśmy wczoraj umówieni na wizytę i rozmowę z dyrektorem szkoły Sainte Marie Grand Lebrun w naszym mieście.

Od ponad roku staraliśmy się by przyjęto naszego syna do tej, jednej z najlepszych szkół w Bordeaux. Udało się. Od przyszłego roku czyli od września, Antek pójdzie do CM1 czyli Cours moyen 1 odpowiednik polskiej 4 klasy podstawowej.

Szkoła ta, katolicka, ale na kontrakcie z państwem ma sekcje od przedszkola szkolnego do liceum oraz klasy Prépa czyli specjalne klasy pomaturalne przygotowujące do tzw : Grandes Ecoles czyli Wielkich szkół, mających egzaminy wstępne i będących we Francji przyczółkiem dla elit tego kraju.

Wybraliśmy tę szkołę z wielu względów. Po pierwsze katolicyzm. Jesteśmy wierzący i chcemy by Antek wzrastał i był wychowywany zgodnie z wyznawanymi przez nas wartościami – we Francji laicyzacja społczeństwa jest daleko posuniętym procesem więc nawet dobra szkoła publiczna, w której jest teraz, nie zapewni tego typu edukacji.

Po drugie poziom nauczania… 100% zdanych matur, klasy Prépa.

Po trzecie – ciąg logiczny od przedszkola do post-matury w jednym miejscu, w tym samym duchu.

Po czwarte ze względu na dobór uczniów  w szkole… z tzw : dobrych rodzin… oczywiście i w dobrych rodzinach bywa różnie ale nie chcę by moje dziecko chodziło do szkoły z tą młodzieżą, którą zajmuję się na przykład ja… wśród wulgaryzmów, przemocy, rzucania krzesłami i ogólnej mierności intelektualnej. Kryje się też za tym pewien podstawowy fakt… od małego Antek będzie wyrabiał swoje relacje społeczne z ludźmi, w większości, interesującymi, mającymi szanse na studia wyższe a tym samym na dobrą pracę w życiu dorosłym. Jako emigrantka nie mam tutaj znajomości żadnych by mu te relacje zapewnić, mój mąż pochodzi z bardzo skromnej pod tym względem rodziny… musimy więc zadbać o to my, już od najmłodszych jego lat.

 

Jeszcze kilka lat temu nie pomyślałabym o tym. Jednakże widząc tutejszy model życia, poznając ten model np w Australii u mojego kuzyna, który całą swoją pensję wydał na edukację dzieci w dobrych szkołach a domostwa się nie dorobił i patrząc gdzie te dzieci są teraz pod względem profesjonalnym… stwierdzam, że warto.

 

Koszt uczęszczania do takiej szkoły nie jest dużo wyższy niż koszt szkoły publicznej… po kalkulacjach myślę, że zamknie się w jakiś 3 000 euro rocznie… nie jest to La Rosière w Szwajcari… na nią nas nie stać ! Robimy więc co możemy by zapewnić dziecku możliwie najlepszą edukację i zwiększyć jego szanse na dobry start w życiu dorosłym.

 

Dyrektor okazał się ogromnie miłym człowiekiem. Zaskoczył nas niezwykle pozytywnie tym, że wypytał o charakter Antka, zainteresowania, sposób pracy… bo uważa, że jest to wyjątkowo ważne przy dobrze klasy i wychowawcy dla dziecka ! sic ! Zreszta spotkanie dyrektor, nauczyciele, dzieci i rodzice odbedzie sie juz w czerwcu.

W publicznej szkole jest przydzielony do klasy, nikt o nic nie pyta i ma się dostosować ! Podstawowa różnica ! Poczuliśmy się, w końcu, jak rodzice, człowieka, który jest ważny. Jego predyspozycje, charakter są brane pod uwagę już na wstępie…

 

Szkoła proponuje poza podstawowym nauczaniem dokładnie takim samym jak w szkole publicznej choć dyrektor wyznał, że wykraczają poza program, gdyż mają zdolne dzieci, wiele zajęć. Na 5 hektarach znajduje się tutaj kaplica, kilka obiektów sportowych w tym sala do szermierki i dojo do judo, teren tenisowy, biblioteki, prawdziwa sala teatralna… dzieci mają 2 h teatru w tygodniu z profesjonalnym aktorem ! Przygotowują sztukę na maj…
Ucza sie angielskiego, hiszpanskiego, rosyjskiego a przede wszystkim chinskiego.

Proponowany jest też wysokiej klasy bo znany w całej Francji chór – Les Petits chanteurs de Bordeaux coś w rodzaju naszego Stuligrosza. Chór ten jezdzi po całym Świecie. W zeszłym roku byli w Brazyli.

Każda klasa wyjeżdża na tydzień, raz w roku poza Francję do krajów europejskich. Wyjeżdżają też na narty w wakacje lutowe, do Bretanii wiosną… jest mnóstwo ciekawych projektów.

Na koniec dowiedzieliśmy się i odczuliśmy ulgę, że szkoły katolickie nie przejdą na 4 i pół dniowy system tygodniowy od przyszłego roku… jest to reforma obowiązująca szkoły publiczne we Francji od września 2014… Sroda staje się dniem nauki do 11h30… w tej szkole zachowują normalny, stary rytm z wolną środą… i tym lepiej !

Jednym słowem… jesteśmy bardzo zadowoleni…
 

środa, 27 listopada 2013

Dlaczego na wywiadówkę przychodzą TYLKO rodzice najlepszych uczniów ?

 

 

 

Takie pytanie zadałam mojej « szefowej » zwanej po francusku « tutrice » po zebraniu rodziców kończącym 1 trymestr nauki… zebranie dotyczyło 3 klas liceum, które w tym roku zdają maturę z francuskiego a w przyszłym resztę przedmiotów maturalnych.

 

Fakt pierwszy… z każdej klasy pojawiło się 2 do 4 rodziców czyli na średnio 26-28 dzieci w klasie, 2 bądź 4 była reprezentowana przez rodzica.

Fakt drugi… byli to rodzice dzieci, które mają średnią powyżej 14 punktów na 20…

Fakt trzeci… rodzice dzieci, które mają problemy, złe oceny na wywiadówkę nie przyszli.

 

Nie pierwszy to raz, jest tak zawsze. Co 3 miesiące historia się powtarza.

Czy należy wobec tego wysnuć wniosek, że dzieci, które otrzymują w domu odpowiednie wychowanie, i którymi rodzice się po prostu interesują jakby w ciągu logicznym dobrze w szkole pracują?

Czy można powiedzieć, że uczniowie, którzy mają poważne problemy z nauką i z dyscypliną mają je dlatego, że rodzice się nimi nie interesują? Nie poświęcają im zbyt wiele czasu, olewają by powiedzieć brzydko i dosadnie? Czy to może wina nauczycieli, że dzieci te mają złe wyniki bo nauczyciele źle uczą? Albo mają złe wyniki bo nauczyciele nie mają pedagogicznego podejścia, powołania, kompetencji?

 

 

Nie wiem jak w Polsce, ale we Francji Logika ta potwierdza się co trymestr choć bardzo bym chciała, ja osobiście i wielu moich kolegów być choć raz mile zaskoczonym… ujrzeć troskę rodzica dziecka trudnego…

Jak narazie nic z tego…

Najbardziej jednak uderzyło mnie to, że z klasy mega trudnej, z wielkimi problemami… patrz wpis “Zsodomizowany”, którego ciąg dalszy niebawem nastąpi, przyszła 1 mama!!!! Jedna, jedyna mama, najlepszego ucznia, który ma 18 punktów na 20. Rodzice dzieci obrażających nauczycieli, rzucających stołami na zebraniu się nie pojawili. Rodzicie dzieci, które mają 5 punktów na 20 również…

Jak jest w waszych krajach?

piątek, 22 listopada 2013

Zsodomizowany...

No wlasnie co? kto? Dzis po lekcji z trudna klasa... bo do pracy poszlam choc ledwie nogami powlocze i mam zwolnienie... uslyszalam od jednego ucznia, ze jestem "bouffonne enculée" a to oznacza bufona, komedianta, blazna zsodomizowanego...



O co poszlo? Poszlo o to, ze wypelnilam dokument "skazujacy" go na 2 h dodatkowej pracy za krzyczenie w klasie, chodzenie po niej i za niepracowanie... kilku delikwentow dostalo takie same kary za to samo. Pomimo Karty wspolzycia w klasie napisanej wspolnie, podpisanej przez uczniow, rodzicow, dyrektora, nauczyciele... klasa zachowuje sie wlasciwie nadal tak samo a moze i gorzej sadzac po dzisiejszej wpadce.



Wlasciwie to zaczelo sie od wczoraj... bo nauczycielka hiszpanskiego - dowiedzialam sie o tym dzisiaj, zostala na pismie (sic!) potraktowana przez rodzicow jednego ucznia "psychopatka, bipolarna, rasistka". Papier zawisl zkserowany w pokoju nauczycielskim... dzisiaj.



Ja dzisiaj od jednego ukaranego uslyszalam co wyzej...



Wezwalam dyrektora szkoly, pania pedgagog... i poniewaz nie mam co robic to wlasnie spedzilam 2 godziny na pisaniu raportu zajscia i ustalaniu kar...



Na 12 roznych klas jest ta, jedna, jedyna...



buuuuuu...



nie zawsze widac jest latwo i pozytywnie.

środa, 20 listopada 2013

Céline Dion


Każdy z nas, na różnych etapach swojego życia, miał czy ma różnych idoli, albo poważniej, docenia pewne autorytety z najróżniejszych dziedzin. Nigdy nie kryłam się z moimi… byli nimi rodzice, dziadkowie, Jan Paweł II, na początku liceum Stachura cyz Pink Floyd szczególnie ich album « The Wall », byli różni pisarze, dziennikarze w tym ukochana Anna Politkowska, filozofowie… ale też piosenkarze czy piosenkarki w tym jakże dzielonym przez wszystkich rozdziale życia, którym jest muzyka.

 

Od dawna, dość dawna słucham i wciąż zachwycam się od nowa, każdym nowym albumem Céline Dion. Niektórzy z was może uśmiechną się pod nosem bo taka popularna piosenkarka i to co śpiewa jest takie « pop »… Ja jednak ją podziwiam. A podziwiam za wiele rzeczy… przede wszystkim za Ogromny talent, za głos, wyjątkowy, za sposób w jaki prowadzi swoją karierę, za to jaką jest Mama i kobietą też. Nie szuka skandali, nie rozwodzi się co roku, nie ćpa… ma wartości, o których nieustannie mówi czy to na koncertach czy w programach telewizyjnych, a które są też moimi wartościami.

Urodziła się jako 14-ste dziecko w biednej, kanadyjskiej rodzinie… Wychowana jako niemowlę w szufladzie komody, gdyż nie miała łóżeczka, nosząca ubrania po 13-ciorgu starszych , niezbyt ładna, zakompleksiona, zła uczennica… Miała i ma talent! Jej mama Teresa i starszy brat uparli się, że ten talent trzeba pokazać światu, wysłali dziesiątki, domowym sumptem nagranych, kaset, molestowali telefonami wielkich impresario aż znalazł się ten, dzisiejszy mąż Céline, który postanowił ją wylansować… Dom swój w zastaw hipoteczny zastawił… I tak to się zaczęło. Céline miała 14 lat… Mało, jak na światową karierę.

Powoli, krok po kroku, płyta za płytą… wygrana w Eurowizji w 1988, Igrzyska w Atlancie, kilka filmów Disney’a… coś zaczęło się ruszać, aż do pamiętnego albumu “D’eux”, po francusku JJ Goldman’a w 1995 roku… wybuch…

 

Na jej piosence “Pour que tu m’aimes encore”… poznałam mojego męża, to był nasz pierwszy taniec… Ryczałam jak bóbr przy «  La mémoire d’Abraham »… Uwielbiam « All by myself » i «  I’m alive’… Z ostatniego albumu śpiewamy wciąż w domu «  Parler à mon père » - płaczę przy tym regularnie i « Petits pas de Léa ».

Gdy byłam w ciąży słuchałam jej kołysanke w tym «  Je lui dirai »…. Ulubiona piosenka z posłaniem !  W okresie Bożego narodzenia słuchamy piosenek świątecznych w jej wykonaniu…

Jej słowem Céline żyje z nami, towarzyszy nam w domu, w aucie, w drodze do pracy, na sport…

 

Kuzyn mojego męża Jacques Veneruso jest autorem wielu jej piosenek w tym «  Parler à mon père » czy « Sous le vent »…  Tego lata będziemy w Las Vegas i pdziemy na jej spektakl do Cesar Palace… nie mogę się doczekać…

wtorek, 19 listopada 2013

Problemy ze zdrowiem


 

 

Nie wiem czy to 40-stka czy to co to… ale czuję się fatalnie. Zaczęło się w niedzielę wieczorem, nagle… powtórka z rozrywki, bo już raz ten ból przerabiałam, tego lata w Polsce. Też przyszedł nagle, też wieczorem i trzymał długą część nocy. Dwa dni temu zaczął się około 17h, skończył ostre natarcie około 2 h nad ranem. Fale spasmów przypływały i odpływały. Przyjechał lekarz z pogotowia późnym wieczorem, dał mi zastrzyk rozkurczowo-przeciwbólowy. Ale do dzisiaj nie czuję się dobrze. Mam szereg badań do zrobienia: dziś krew i inne podstawowe, jutro USG jamy brzusznej całej, a w czwartek rano gastroskopia…

Podejrzenie padło na wrzody żołądka choć jam am cały czas nadzieję że to jakaś większa niestrawność…

Zobaczymy… czuję się jednak źle i zwolniłam życiowe tempo.

niedziela, 17 listopada 2013

Moi teściowie i 3- miesięczne niemowlę.

Moi teściowie i 3- miesięczne niemowlę.


 

 

Zadzwoniliśmy dzisiaj do nich po obiedzie… przyznam, że trochę z niepokojem bo wiemy, że od poniedziałku 11 listopada mają w domu najmłodszego członka rodziny czyli Léandre. Moja szwagierka przebywa w Nowym Orleanie. Szwagier ma małą Apolline w Paryżu i jakoś sobie radzi z pomocą niań i pań do obsługi domu, teściowie mają Léandre.

I ? Radzą sobie znakomicie !

Naprawdę  jesteśmy z nich dumni. Bo zazwyczaj narzekają, marudzą, nudzą też a dzisiaj ? Pełna forma, wręcz radość. Myślę, że pobyt malucha dobrze im robi, aktywizuje ich, sprawia, że są zajęci od rana do wieczora, uśmiechnięci bo maluszek cały czas się usmiecha albo gaworzy więc jest im z nim dobrze.

 

Wstają o 7 h albo kilka minut po… Léandre nigdy rano nie płacze tylko jak się obudzi gaworzy i jak się do niego podejdzie to uśmiecha się tak ślicznie i szeroko… Teściowa daje mu pierwszą butlę mleka. Później mały ląduje w leżaczku a oni jedzą śniadanie. O 10, 13, 16 i 19 h są kolejne butelki z mlekiem. W międzyczasie 3 sjesty małego poranna, poobiednia i wieczorna. Noc przesypia od około 20 do 7 h rano bez problemu ale tak jest już od ponad miesiąca, francuski wychów z pewnością. Natomiast kolki powoli mu przechodzą bo coraz mniej płacze od 17 do 20… podobno “idzie wytrzymać”.

W międzyczasie spacery na wsi, zabawa, bo już chwyta grzechotki i kolorowe niemowlęce zabaweczki, bawi się też swoimi rączkami sam. Jednym słowem słodziak! Waży równo 6 kg…

W środę mają go zawieźć do Paryża i oddać rodzicom. Teściowa zadecydowała, że sama pojedzie TGV.

 

Teściowa nawet wyznała, że mogłaby go jeszcze potrzymać w domu… chyba przypomina jej się młodość a to zawsze pozytywnie działa. Twierdziła tylko, że jadłospis uprościli bo skoro są wciąż z nim to gotują mnie dla siebie, szybsze dania, ale wymieniają się i jak widać dobrze im idzie.

piątek, 15 listopada 2013

« Koszmar » z pewną klasą licealną

Byłam wczoraj na naszym zebraniu : rodzice ( tylko niektórzy przyszli), dyrekcja liceum, pedagog, psycholog, wszyscy nauczyciele uczący w tej klasie, 3-ciej klasie liceum. Wspominałam już o tej klasie wielokrotnie. Żaden z nas, z nauczycieli oczywiście, nie jest w stanie przeprowadzić lekcji w sposób normalny to znaczy nie krzyczą, nie karając, nie wpisując uwag do zeszytów korespondencyjnych. Niemożliwym jest też zrealizowanie programu czy tematu, gdyż przez większą część 55 minutowej lekcji zajmujemy się ustalaniem co, kto komu i dyscypliną.







Klasa ta bardzo nieliczna – 19 osób znana jest w całym liceum, które liczy sobie ponad 2500 uczniów i 254 nauczycieli.



Przyznam, że jak dotarły do mnie te wszystkie wiadomości to w pierwszym momencie pomyślałam, że mam PECHA ! Teraz myślę, żś to męczące ale ciekawe doświadczenie, gdyż nabrałam dystansu do nich i do siebie na ich lekcjach.



Niestety nie można tego powiedzieć o reszcie kadry. Pani pedagog dała wczoraj popis takiego krzyku i wrzasku, że najwięksi twardziele z klasy zamilkli… niestety tylko na kilka sekund.







Wczoraj probowaliśmy wypracować z nimi Kartę zasad współżycia w klasie. Była to moja inicjatywa, część nauczycieli uważała, że nie warto, inni machnęli ręką. W rezultacie cały dokument roboczy robiłam sama choć wychowawcą w tej klasie nie jestem.







Dziś wygląda to tak, że ci co uważali, że nie warto i że należy tę młodzież tylko i wyłącznie karać – mieli rację. Ja w to nie wierzę, wierzą oni.







Nie jestem jednak zbyt optymistycznie nastawiona na dalsze tygodnie z tą klasą.



Powód ?



Zdałam sobie sprawę wczoraj i to dyskutując z ich nauczycielem filozofii, że po pierwsze to my różnymi językami mówi ! I to jest jedna z głównych przeszkód.



Dyrektor liceum wczoraj poprosił jednego chłopaka ubranego w dresiaste, brudne, wyciągnięte spodnie, typu sarouel i zapytał go czy to jest strój odpowiedni do przychodzenia do liceum. Chłopak oburzył się strasznie, klasa razem z nim a jego matka miała zamiar dyrektora spoliczkować !  Wszyscy po tamtej stronie, uznali,  że są to modne spodnie i jak najbardziej w porządku. Dyrektor wywalił go z matką z zebrania prosząc o zmianę odzienia i powrót do szkoły… ani matka ani syn nie wrócili.







Gdy pytaliśmy 16-17 latków jak wygląda normalna postawa pracy w klasie, podczas lekcji… nie wiedzieli o co chodzi ! Nie kopać krzesła przed sobą, zdjąć kurtkę, wyłączyć komórkę, mieć zeszyt, książkę…



Dla nich nie jest to konieczne. Ot fanaberie belfrowskie!



Jak więc z nimi rozmawiać?



Wydaje się, że wyczerpaliśmy już zasób możliwości. Sankcje, kary, dodatkowe godziny nic nie dają, krzyk – śmieją się z niego, dobre oceny – uważają, że im się należą, najlepiej za nic, nieobecności, spóźnienia – nie chce im się wcześniej wstać by zdążyć na autobus… Karta współżycia, wspólny projekt, próba dialogu… nic…







Co pozostaje?







Pracuję z nimi, na tyle na ile mogę, według specjalnej pedagogiki : mental cart i ilots bonifiés ( czyli szczęśliwe wyspy). To rodzaj pracy w grupach, w systemie punktowym. Działa jako tako choć zupełnie zadowolona nie jestem.



Dziś jednak mnie olśniło… oni uwielbiają futbol, mecze to chłopcy a dziewczyny plotki, gwiazdy, taka “Gala” powiedzmy. Zaczęłam z nimi dyskusję dzisiaj o Lewandowskim… o Bońku, a z dziewczynami o rozwodzie Jean Dujardin z Aleksandr’ą Lamy… zainteresowali się… po czym prześliśmy do geografii i o dziwo????



Wykonali zadanie… gadali, coś tam stękali ale w końcu coś zrobili! Eureka!



Na końcu powiedzili mi, że mnie kochają, he, he…







Tylko teraz muszę z każdej lekcji kwadrans na pogaduchę poświęcić i jeszcze doczytać w prasie co na boiskach czy innych parkietach piszczy…



Na poniedziałek obiecałam, że im zdjęcia z Tennis-Bercy pokażę… z ćwierćfinałów…



Moje zachowanie z pewnością nie jest przepisowe, ale jak narazie nic innego nie wymyśliłam!




 

czwartek, 14 listopada 2013

Dostał się !


 
Dostał się !
 

Po roku oczekiwania dzisiaj przyszła w końcu odpowiedź. Mój syn dostał się do wybranej przez nasz szkoły. Pójdzie do niej od września przyszłego roku. Chodzi o szkołę podstawową, katolicką ale na kontrakcie z państwem : Sainte Marie Grand le Brun. To jedna z lepszych szkół w moim mieście. Będzie mógł do niej chodzić aż do matury, gdyż gimnazjum i liceum znajdują się w tym samym miejscu. Prowadzona jest przez zakon Marianistów. To szkoła z tradycjami, założona w 1894 roku.

Dlaczego akurat ta szkoła ?

 

Od jakiegoś czasu dążymy do tego by uczył się w tej szkole katolickiej :

-          po pierwsze ze względu na wartości, spójne z naszymi – laicyzacja francuskiego społeczeństwa jest ogromna, bez prównania z Polską a zależy mi na tym by Antek wzrastał w kulutrze katolickiej.

-          Po drugie ze względu na projekt pedagogiczny szkoły, bogaty, oparty na wymianach międzynarodowych w tym również z Chinami czy z USA

-          Po trzecie ze względu na poziom nauczania, jeden z najwyższych w mieście, 100% zdanych matur, i na istniejące tutaj klasy prépa do tzw : Grandes Ecoles po maturze.

-          Po czwarte szkoła ta proponuje szereg zajęć pozalekcyjnych na miejscu – mniej jeżdżenia, dowożenia, biegania : katecheza na miejscu, szermierka na miejscu, wyjazdy na golfa zorganizowane prosto ze szkoły itd…

Będzie nas to drożej kosztowało niż szkoła publiczna i musimy się też przeprowadzić by do szkoły przybliżyć… ale akurat to jest jednym z priorytetów  w moim życiu, dać mu szansę najlepszego, możliwie najlepszego wykształcenia… meble kupi się w Ikea, samochód pojeździ 8 lat zamiast 6 przed zmianą na nowy… jakoś sobie poradzimy ?!

W każdym razie ceszę się bardzo. Mamy w tej szkole sporo przyjciół z dziećmi więc Antek ma już tam kolegów… Antoś już się ze swoimi kolegami z tej szkoły podzielił ta nowiną, w podskokach radosnych…

 

Pozostaje mieć nadzieję, że mnie 200 kilometrów dalej nie wyślą w lipcu… brr…

A ja też dostałam dziś super dobrą wiadomość, propozycję zajęć uniwersyteckich od września… i też się cieszę jak głupia !

środa, 13 listopada 2013

Yasmina Khadra « Anioły umierają od naszych ran »

Yasmina Khadra « Anioły umierają od naszych ran » i o… wczoraj


 

 

 

A dzisiaj chciałam podzielić się z wami lekturą. Niezwykłą lekturą ostatniej książki Yasmina Khadra, który jest mężczyzną ale pisze pod damskim pseudonimem… Z tego co wiem na język polski zostały przetłumaczone « Jaskółki z Kabulu » i « Zamach ». Może też coś jeszcze? Po Kabulu, Bagdadzie I Palestynie czas na  “Les Anges meurent de nos blessures” to ostatnia książka Khadra, ukazała się na początku września tego roku nad Sekwaną i od razu podbiła serca czytelników. Wielkie tytuły już o niej pisały. To histoira Turambo, młodego algierskiego boksera. Zaczyna się niesamowicie… Turambo idzie w stronę gilotyny, jest skazany na śmierć za zabójstwo… Po 4 stronach ten opis, który przyprawia o solidny ból brzucha urywa się. Cofamy się kilka lat wstecz. Turambo jest młodym chłopcem. Jego wioska też Turambo, znika z map po obsunięciu się terenu. Rodzina emigruje. Ojciec jest nieobecny, gdyż poraniony udziałem w I wojnie światowej… stracił niejako rozum… tego na początku nie wiemy.

To Algieria okresu międzywojennego, pod kolonizacyjnym butem Francji. Podziały społeczne I etniczne są niezwykle silne. Żydzi, muzułmanie i chrześcijanie żyją osobno. Rasizm rani. Turambo wyrasta, powoli, na biednego analfabetę imającego się miernych zajęć by przeżyć. Pewnego dnia ktoś zauważa jego siłę, europejczyk Le DUC i postanawia go wykorzystać, zrobić z niego mistrza boksu i zarobić na nim masę pieniędzy.

 

Jednkaże to co w książce najpiękniejsze to miłosna edukacja Turambo… jego romance aż do ostatecznego dramatu. Język Khadra jest tak poetycki i tak skomplikowany, że czyta się tę książkę siegjąc od czasu do czasu do słownika i przyznam, że już dawno nie czytałam tak bogatej językowo książki by do słownika sięgać! A warto! Poruszona ilość wątków sprawia też, że książka ta jest bogata, bogata w sensy, bogata w tematykę, bogata w opisy, charaktery, bohaterów. Na ponad 400 stronach trudno się nudzić…

 

Z historycznego punktu widzenia znam dość dobrze okres kolonizacyjny wielkich Imperiów. I to co zadziwia mnie najbardziej, to jego ślad w mojej francuskiej rodzinie.

Mój teść urodził się w Algerii, podczas II wojny światowej, Algerii skolonizowanej. Twierdzi on jednak do dziś, że urodził się we Francji, że Algeria nigdy nie istniała i istnieć nie może. Jest to tak drażliwy temat, że nie da się z nim w ogóle rozmawiać. Dal niego Algierczycy to nie ludzie a śmieci, pluskwy, których nie powinno być. Żadne racjonalne, dokumentalne argumenty do niego nie przemawiają… dla mnie jest to coś niesamowitego…

 

poniedziałek, 11 listopada 2013

Patriotyzm a Święto niepodległości



 
 
 

Z zaciekawieniem przeczytałam pewna krótką notatkę na innych stronach… i tak mi się nasunęło…

 

11 listopada jest dniem wolnym od pracy w krajach Triple-Entente ze względu na ich zwycięstwo w I wojnie światowej. Dla Polski jednak to zwycięstwo państw Entente oznaczało wtedy w 1918 roku rozbudzenie nadziei na powrót do swojej własnej, suwerennej i niezależnej państwowości. Nie tylko dla Polski zresztą bo również dla szeregu mniejszych państw, które wchodziły w skład Cesarstwa Austro-węgierskiego.

Jednakże ta data 11 listopada 1918 oznacza tylko i wyłącznie na arenie miedzynarodowej podpisanie przez Niemców rozejmu w Rethondes… Rezurekcja Polski czy Czech była już wynikiem lokalnych batalii i przetasowań oraz międzynarodowych ustaleń traktatu Wersalskiego, który powstał przez kilka mięsięcy roku 1919 i 1920 tzw traktatu z Trianon. Z datą 11 listopada 1918 roku nie jest więc nasza niepodległość ściśle związana z historycznego punktu widzenia. Należało by też wziąść pod uwagę bitwę sierpniową z 1920, która tę naszą niepodległość ugruntowała na kolejne 19 lat. Przekazanie dowództwa Wojsk Polskich Piłsudskiemu przez Radę Regencyjną 11 listopada nie oznacza jeszcze odzyskania niepodległości.

 

 

Jak więc powiązać patriotyzm z rozejmem z 11 listopada 1918 roku ?

Z pewnością możliwości jest wiele. Jednakże to co mnie, jako historyka, zawsze zastanawia a wręcz buntuje to ogólna NIEWIEDZA i IGNORANCJA odwołujących się do patriotyzmu obywateli czy to w Polsce czy we Francji, choć proceder ten silniej widać nad Wisłą ( może ze względu na bardziej patriotyzujący dyskurs naszy polityków ?; we Francji nieistniejący prawie… ?)

Niewiedza ta dotyczy samej historii naszego kraju, kontynetu. Zamieniana jest ona w « wiedzę » za pomocą haseł i sloganów, którym przykleja się etykietkę patriotyzmu by zrzeszyć opinię publiczną nieświadomą manipulacji różnych sił politycznych dążących do zrealizowania ich własnych celów.

Z tych jak i z wielu innych powodów sam koncept PATRIOTYZM jest jak dla mnie wątpliwy. Wątpliwy przez swoją polisemiczność, przez swoją historię, sposoby użycia i nadużycia.

 

Obecnie trwa we Francji debata historiograficzna i publiczna związana z tą tematyką w odniesieniu do I wojny światowej, której stuletnią rocznicę wybuchu będziemy obchodzić latem 2014 roku. Dzisiaj twierdzenie, że Niemcy są odpowiedzialne za agresję z 1914 (231 artykul Traktatu Wersalskiego) jest kompletnie odrzucone, gdyż nie są. Odpowiedzialnośćta jest całkowicie podzielona. Teza mówiąca o tym, że wojna ta jak i II wojna światowa są związane z tzw : «  kulturą wojny » jest dzisiaj silnie krytykowana, podobnie jak tezy mówiące o « brutalizacji » społeczeństw czy naciskające na « victimisation ».

 

Cytat na zakończenie : « Tłumaczenie, że żołnierze wytrzymywali w okopach ze względu na patriotyzm jest poważnym logicznym błędem. Jest to rozumowanie spekulacyjne, przypuszczające, że żołnierz wie o sobie tylko tyle, że jest patriotą i że należy do tej a nie innej nacji » ( Historiographies, Tom 2, strona 1068). Powstała w 2005 roku Międzynarodowy Grupa badań i Debat nad I wojną światową CRID 1914-1918 od kilku lat już na podstawie dokumentów archiwalnych obala systematycznie tezę mówiącą o zaangażowaniu patriotycznym żołnierzy. Niestety wypływa ono z zupełnie innych pobudek… a przede wszytskim nie jest wyborem tylko obowiązkiem związanym z powołaniem do wojska.

 

Dlatego Patriotyzm jako koncept, slogan, odwołanie a najczęściej przykrywka dla sił politycznych, które nawet go nie definują (sic !) jest dzisiaj przedmiotem debat i badań naukowych, ale też spekulacji i manipulacji. Te ostatnie ani patriotyzmem nie są ani nic o nim nie mówią wręcz przeciwnie utwierdzają obywateli w ich ignorancji, rozpowszechniając bynajmniej nie PATRIOTYZM a procedury manipulacyjne służące całkiem nie patriotycznym interesom !

sobota, 9 listopada 2013

Spacer po zamku i po ogrodach Villandry – Zamki nad Loarą

Spacer po zamku i po ogrodach Villandry – Zamki nad Loarą


 

W zeszłym tygodniu, jadąc do mojego szwagra na wies, zatrzymaliśmy się na jeden dzień w Tours. Stéph musiał jeszcze w środę rano tam spotkać się z kilkoma klientami. W tym czasie, ja z Antosiem udaliśmy się do zamku w Villandry. Było zimny, ale niezwykle słoneczny poranek.

Villandry jest znane głównie ze swych ogrodów. To tutaj ciągną tłumy turystów co roku by poznać i zrozumieć na czym polega urok i piękno francuskich ogrodów. To one były późniejszą inspiracją dla Wersalu. Villandry jest zamkiem szczególnym, gdyż prywatnym. Do dzisiaj należy do rodziny Carvallo, która kupiła go w 1906 roku. Spadkobiercy, pan Henryk Carvallo dziś ma 48 lat i z żoną oraz 3 dzieci mieszka na terenie obiektu.

 
Renesansowy dziedziniec zamkowy
Zamkowa jadalnia - wystroj i sposob nakrycia stolu z XVIII wieku
 
Kuchnia
Pokoj jednej z dam... tutaj jak w Chenonceau kompozycje kwiatowe zdobia kazde pomieszczenie.
 
 
 

Zamek został zbudowany w 1536 roku w stylu renesansu przez Jana Breton, Ministra finansów Franciszka I-go. Znany jest jednak z 1189 roku jako twierdza, w której podpisano Pokój Colombiers pomiędzy Henrykiem II, królem Anglii I Filipem Augustem królem Francji.

Przez krótki okres obiekt należał też do brata Napoleona, Hieronima Bonaparte.

Wokół zamku rozciągają się ogrody, 6 różnych ogrodów oraz las.

Zachwycił nas ogród warzywny w stylu renesansu oddzielający zamek od wioski Villandry i parafialnego kościoła. W innym ogrodzie podziwialiśmy aromaty i zioła w ilościach I gatunkach wcześniej przez nas nie spotykanych. Antek chował się też dobrą godzinę w zielonym labiryncie…



 
Ogrod symobolizujace rozne stany milosci od milosci czulej do tragicznej.
 
 
 
To ogrody warzywne z czerwona kapusta w roli glownej
 
Ogrod z dyniami, w tle parafia i wioska Villandry
 
 


Na terenie ogrodów znajduje się np: 1015 lip, 115 000 gatunków kwiatów i warzyw a żywopłoty ciągną się na długości 52 kilometrów…

 

Ogrody można zwiedzać cały rok, gdyż łagodny klimat I praca ogrodników sprawiają tylko, że wraz z sezonami zmienia się ich wystrój.

 

Na koniec wizyty dostaliśmy dwie doniczki z czerwoną kapustą oraz siatkę długich, łagodnych papryczek – z której zrobiłam Pipperade – baskijskie danie, na kolacje dla całej naszej rodziny u szwagrów!

 

Dodam na koniec, że wszystkie uprawy są BIO czyli eko i od 2009 roku posiadają ten label.

 

Praktycznie:

Villandry 20 minut samochodem od Tours, wejście 9 euros od osoby zamek i ogrody, dzieci do lat 7 bezpłatnie. Są też bilety tylko do ogrodów. Przy zamku znajduje się resaturacja, kiosk z lodami a w wiosce Villandry, 500 metrów od zamków kilka barów i restauracji.


czwartek, 7 listopada 2013

Jak w Bercy, na ćwierćfinałach było…

Jak w Bercy, na ćwierćfinałach było…



 

 

Dostaliśmy zaproszenia na ćwierćfinały tenisowe od banku BNP Parisbas, którego jesteśmy akcjonariuszami. Caia impreza zaczęła się około 18h, gdy mieliśmy pojawić się na “péniche” czyli na takim długim statku, nasz nosił imię “Marina”, na Sekwanie. Zaparkowaliśmy i weszliśmy na pokład. Tam czekał na nas koktajl: zimne dania i gorące, słodkości i przede wszystkim szampan. Rozgrzewał nas w ten pierwszo - listopadowy chłodny i deszczowy bardzo, w Paryżu, wieczór. Około 19h dotarła na pokład wiadomość, że o 19h30 zaczną grać Nadal i Gasquet. Przed statkiem ustawiło się kilka samochodów z szoferami, które wiozły już nas bezpośrednio przed główne wejście do hali Bercy.

 

Ostatnio byłam tam w 1992 roku! Kawał czasu na dwóch koncertach Sting’a i Eltona John’a, ale wtedy byłam fille au pair, w zupełnie innych czasach, innym rozdziale mojej egzystencji.

 

Mijesca mieliśmy gdzieś tak pośrodku trybun. Niestety nie te wygodne, blisko terenu niebieskie fotele… Widać było znakomicie, ale ja zabrałam ze sobą mój nowy aparat i nie potrafiąc go obsługiwać oprócz funkcji “ zrób zdjęcie” nie włączałam zoom’u. Oczywiście naprawię to w najbliższych dniach tzn mam nadzieję, że brat mi te zdjęcia zmodyfikuje i przybliży już komputerowo, bo on się na tym zna, i ma odpowiednie programy.

 

Mecze… pierwszy trwał zaledwie 1 godzinę, dwa sety…. Antek wniebowzięty na sam widok Nadal’a… później zdobył autograf. Mecz jednak sam w sobie był mało emocjonujący, od początku było wiadomo kto wygra.



 
 

 
 
 
 



Drugi za to w setach znakomity… ponad 2,5 h trzymał w napięciu. Berdych okazał się najszybciej serwującym tenisman’em na turnieju, ponad 221 km na godzinę… Ferrer pokładał się na terenie, gdyż nie był w stanie w ogóle odebrać takiej piłki! Ale nieregularna gra Berdych’a spowodowała pomimo jego niezwykłej mocy przegraną…

Gdy wyszliśmy z Bercy była prawie północ i godzina drogi, do domu na wsi, przed nami…

środa, 6 listopada 2013

Na grzybach

Na grzybach…



Na grzybach…

Podczas naszego wakacyjnego pobytu na podparyskiej wsi, o którym zaczęłam pisać wczoraj, jedną połowę dnia spędziliśmy na koniach, drugą na zakupach, trzecią na ćwierćfinałach tenisowych Paris-Bercy, gdzie mieliśmy przyjemność oglądać mecz Nadal-Gasquet i Berdych – Ferrer i jedną na… grzybach !

 

Był słoneczny czwartkowy poranek, tuż przed Wszystkimi świętymi, których w mojej francuskiej rodzinie się nie obchodzi. Dzieci o 7 h rano zrobiły nam pobudkę i po obfitym śniadaniu ruszyliśmy trzema samochodami w las, zwany lasem Rambouillet. Typhaine i Alban znali tam już grzybne miejsca. Było zimno ale w kurtkach, gumiakach całkiem znośnie !

 

Nazbieraliśmy sporo borowików i maślaków… innych grzybów nie braliśmy bo ani ja ani szwagierka nie byłyśmy pewne co do ich zjadliwości. W międzyczasie najmłodszy bo 2 i pół miesięczny czestnik grzybobrania zgłodniał.

Typhaine niewiele myśląc usadowiła się na ogromnym, ściętym pniu. Przygotowała butelkę mleka… bo pod tym względem ona i ja się nie różnimy wszędzie nosimy ze sobą dozy mleka, wodę mineralną, pieluchy i mokre serwetki – w razie co. Gdy butla była gotowa, dosłownie po 10 sekundach Léandre wylądował też na pniu. Wyglądali przuroczo !

 

Po posiłku dalsze grzybobranie a około 11h wyjazd do miasteczka obok do kawiarni na kawę dla dorosłych a dla dzieci na gorącą czekoladę…

Wieczorem usmażyliśmy nasze zbiory na maśle, z zieloną pietruszką i czosnkiem, po prostu… dzieciaki się zajadały i dorośli też !

wtorek, 5 listopada 2013

Jak żyje « wyższa sfera » we Francji?

Jak żyje « wyższa sfera » we Francji?



Jak żyje « wyższa sfera » we Francji

 

Wypadało by na początku określić co kryje ten zwrot “wyższa sfera”? Bo niewątpliwie może kryć wiele treści semantycznych i to zupełnie różnych dla osób żyjących pod różnymi szerokościami geograficznymi. Jak dla mnie takim przykładem “wyższej sfery” na francuskim podwórku jest między innymi rodzina mojego szwagra.  Z pewnością z wielu względów, ale wymienię tylko kilka z nich.

Po pierwsze wykształcenie: oboje mają doktoraty czyli maturę plus 8 lat studiów we Francji; po drugie rodzaj wykonywanej pracy: ona jest lekarzem okulistą on wice-prezesem dobrze prosperującej firmy; po trzecie miejsce zamieszkania: Paryż, 5 dzielnica, przy Panteonie; po czwarte posiadane dobra: wiejski dom ( na zdjęciu na tzw: campagne chic czyli szykownej wsi podparyskiej), kilka mieszkań w różnych regionach Francji, pole z truflami gdzieś w Dordogne; po piąte styl życia, o nim szerzej poniżej i po szóste zarobki coś ponad 15 tysięcy euro miesięcznie czyli ponad 60 000 złotych miesięcznie przy pracy: ona 3,5 dnia w tygodniu on 5 dni w tygodniu.


 

Biorąc pod uwagę te elementy otwarcie przyznam, że do sfery wyższej nie należę, nie należymy. My jesteśmy na francuskim podwórku klasą średnią, brat mojego męża już tą wyższą. I to co różni nas zasadniczo oprócz sfery finansowej czyli poziomu zarobków to przede wszystkim – styl życia, rodzinny styl życia. Przez kilka ostatnich dni, które spędziliśmy u nich, w wiejskim domu o powierzchni 340 m2, z sadem, ogrodem, stodołą itd… I które były niezwykle przyjemne i udane, otwieraliśmy szeroko czy ze zdumienia.

 

Bo mały Léandre choć urodzony 7 sierpnia jest chowany przez nianię i dziadków i to całymi tygodniami… Moja szwagierka dostaje zaproszenia na konferencje medyczne i inne imprezy towarzyskie: 12 listopada wylatuje na 10 dni do Nowego Orleanu a w styczniu jedzie na 10 dniowy rajd konny na pustnię do Omanu. Nie są to wyjazdy obowiązkowe… ona jednak z nich korzysta nie zwracając najmniejszej uwagi na sam fakt, że ma niemowlę! Ba twierdzi, że chce trzecie dziecko. W tygodniu, gdy nie pracuje czyli w poniedziałki i środy dziećmi zajmują się nianie… ona chce mieć czas wolny, pójść do kina, poczytać, dokształcić się – parafrazuję jej słowa. Ten sposób życia, styl życia znajduje całkowitą akeptację w jej/ich oczach i w oczach moich teściów – co przyznam zdumiało mnie jeszcze bardziej!

Gdy ja z malutkim Antosiem czułam się wciąż winna, że pracuję, że jadę do Paryża, że pójdzie on na 3 dni w tygodniu do żłobka czy do niani, rodzina mojego męża czerpie z życia pełnymi garściami, nie ma żadnych negatywnych stanów psychicznych i tym samym znakomicie jej się wiedzie…

To taki mój może zbyt daleko idący wniosek? Nie wiem… w każdym razie sporo o tym myślę.

Z drugiej strony ich córka, 3 letnia Apolline, jest dzieckiem okropnym… średnio 3-4 kryzysy dziennie z wrzaskiem i piskiem o nic… bo nie chce wyjść spod prysznica, nie chce się ubrać, nie chce iść… I tym podobne bzdety. Jej mieliśmy szczerze dość w tym mój Antek też bo on jest w porównaniu do niej ideałem chodzącym grzeczności I uprzejmości…

 

Dwie panie do sprzątania dbają o paryskie mieszkanie i wiejski dom. Pan Mieczysław z Polski robi naprawy, maluje drzwi, kładzie podłogi czy wstawia okna, na czarno bo tak jest taniej… Wyjazdy, kolacje, imprezy różnego rodzaju zajmują główne miejsca w rodzinnym grafiku, dzieci są gdzieś z boku. Kocha je się i owszem, nie można owiedzieć, że rodzice tych pociech nie kochają, ale mają one swoje specyficzne miejsce, zupełnie różne od tego antkowego w naszym życiu klasy średniej…

 

Taka mała refleksja na dzisiaj…