piątek, 24 lutego 2017

Przedwakacyjnie, cykor, film « Lion » czyli « Lew ». Francuska codzienność. Część 74.




 

Wczoraj wieczorem byliśmy wszyscy w trójkę w kinie na filmie, który wszedł na ekrany przedwczoraj czyli w środę. Skończyło się na łzach… moich, Antka i Stéphana bo film poruszył nas do głębi i chyba to jest jedna z jego naczelnych wad… zbyt ostentacyjna emocjonalność ! Trochę więcej niedopowiedzi, trochę więcej pokory i skromności chyba bardziej oddałoby treść, sensacyjną treść tej historii. Cała reszta jest jednak pozytywna i to pozytywna do bólu.

« Lew » to prawdziwa historia indiańskiego chłopca Saroo Breirley opisana w książce, ktora dzisiaj jest bestsellerem “A long way home”… Film jest nominowany do 6 Oskarów.

 

Sarro ma 5 lat gdy zasypia na dworcowej ławce w zachodnich Indiach. Przepudzony wsiada sam do pociągu, który zawiezie go aż do Kalkuty. Tu uniknie wielu niebezpieczeństw by w końcu zostać zaadoptowanym jako 6 letni chłopiec przez australijską rodzinę. W roli matki znakomita jak zawsze Nicole Kidman! Będąc studentem Saroo zacznie przypominać sobie swoje pochodzenie, swoją matkę, brata, siostrę i na Google maps będzie szukał swoich korzeni. Po miesiącach psychicznej rozpaczy… znajdzie ukojenie, odnajdzie swoją mamę… To niesamowita historia ale też historia “powszechna” bo około 80 tysięcy dzieci ginie w Indiach co roku.

 

Tak więc wczorajszy wieczór bardzo, bardzo emocjonalny i do dziś zresztą o tym filmie rozmawiamy.

 

Tymczasem pierwszy tydzie wakacji, które dla mnie wakacjami nie były dobiega końca. Jutro wyruszamy na wyspę Lanzarote z Nantes i jak zawsze mam lotniczego cykora. Nikomu o nim nie mówię w domu bo Stéph tego w ogóle nie rozumie, dziecka nie będę negatywnie nastawiać ani nakręcać ale ja mam zawsze pietra przed lotami. Niby bezpiecznie, niby ziemię już obleciałam, ale drobny niepokój przed lotem zawsze w sobie mam. Taka strachliwa jestem.

 

Jesteśmy już prawie gotowi. Wczoraj prasowałam 2 i pół godziny. Nogi mi w d… wchodziły ale mus to mus 14 koszul mężowskich na powrót do pracy zaraz po wakacjach plus 3 nowe, które jeszcze w środę zakupił… kilka par spodni, koszulek, podkoszulek i nazbierało się. A ja nie znoszę jak mi coś leży! Pranie też puste… bo wszystko wyprałam i wysuszyłam.

Dom dziś rano wypucowałam… bo też tak mam  jak wyjeżdżam musi być czyściutko, żeby jak się wróci fajnie było wracać. Tylko zakupy zrobię po powrocie w niedzielę bo inaczej nie dam rady… wyjątkowo…

 

Pracę też skończyłam. Poprawiłam 8 razy po 36 sprawdzianów czyli łącznie 286 kopi… oceny wpisałam… Lekcje z rosyjskiego dla maturzystów przygotowałam. Trzy egzaminy maturalne z TPE przeczytałam ale tylko 1 opisałam, reszta zostanie na po-wakacjach.  Lekcje mam przygotowane na 4,5 tygodnia po wakacjach…

Taras uprzątnięty i szafki w kuchni zdążyłam też wiosennie wyczyścić jak i naczynia w nich.

Książkę trochę posunęłam do przodu to znaczy tłumaczenie… jest już kilka stron.

Tylko nic prawie nie odpoczęłam… w kinie byłam kilka razy, biegać byłam kilka razy ale nawet ani jednej gazety nie poczytałam w dzień bo czasu mi nie starczyło.

 

Antek lekcje odrobił na cały powakacyjny tydzień, powieść szkolną przeczytał… więc on ma całkowity luz w przyszłym tygodniu i ja też… no mam taką nadzieję. Tak więc czas na oddech… bo po nim znów życie przyśpieszy swoim codziennym zabieganiem. Dobrego tygodnia dla wszystkich.

czwartek, 23 lutego 2017

Kontrola u dietetyczki. Francuska codzienność. Część 73.




 

Bardzo fajna ta kontrola bo sobie pogadałyśmy miło. Wyjaśniłam kilka wątpliwości, zrobiłam kolejne pomiary. Stéph stracił 1 kg wagi więcej niż ja, ale to podobno normalne ze względu na płeć.

 

Moje straty wyglądają następująco : 2 kg masy tłuszczowej mniej, 2 kg wody mniej razem 4 kg z groszami w ciągu ostatniego miesiąca. Masa mięśniowa nie drgnęła, ale za jakiś czas powinna pójść w górę. Jeszcze na nią nie pora. Przy okazji zgubiłam też centymetrów trochę po 1,5 cm w strategicznych zonach z wyjątkiem obwodu bioder – tutaj nic nie ubywa i 1 cm w obwodzie ramion. Dietetyczka była z nas bardzo zadowolona, z postępów jakie poczyniliśmy.

Kolejny miesiąc diety zapowiada się jednak trudniej… bo będę chudnąć wolniej… maksymalnie 2 kg w nadchodzącym miesiącu i będzie to teraz tylko tkanka tłuszczowa.

Ryzykiem też są nadchodzące wakacje… musimy się pilnować by utrzymać tę osiągniętą wagę a na wakacjach w hotelu all inclusive wiadomo jak jest. Poleciła nam 3 posiłki przyjemności – jemy i pijemy ile chcemy ale też dużo więcej sportu, po 2 godziny dziennie nie by schudnąć ale tylko po to by nie przytyć.

 

Z tym odchudzaniem i dążeniem do zdrowia i do zdrowej sylwetki wcale nie jest tak łatwo jak myślałam. Wręcz przeciwnie. Łatwo to to wyglądało miesiąc temu. Teraz zaczynają się schody z balansem kwasowo-zasadowym, tryptophanem na zdrowy sen, sztucznymi witaminami czy propolisem, mieszaniem strączkowych z kaszami… nie taka to prosta sprawa jak się okazuje. Badania krwi trzeba będzie przed kolejną, marcową kontrolą zrobić.

 

Ta dieta będzie nie dietą za jakiś czas a po prostu naszym sposobem żywienia, niezbędnym do utrzymania zdrowia, będzie mniej restrykcyjna, mniej pod kontrolą ale ten sposób odżywiania dla naszego dobra wejdzie nam w nawyk. Mieliśmy poważny problem z ilością spożywanego jedzenia, teraz nad nim panujemy ale pod kontrolą… z czasem ma się to stać naturalne.

Samopoczucie mamy dużo lepsze, wyglądamy lepiej, i pewnie nasze ciało nam za to podziękuje. Zresztą już dziękuje.

 

Teraz rozumiem dlaczego tyle milionów osób próbuje w swoim życiu tyle razy schudnąć… ileż to diet nie wymyślono, ileż pieniędzy na tym nie zarobiono… a rozwiązanie jest tylko JEDNO – nauczyć się zdrowo i w odpowiednich ilościach jeść, wszystko jeść.

 

Tym optymistycznym akcentem kończę dziś pisanie, wieczorem wybieramy się do kina… a ja dalej teraz do pracy.

środa, 22 lutego 2017

« Nasza » Sufiya. Film « Jackie ». Antka staż badmintona czyli trochę codzienności. Francuska codzienność. Część 73


Sufiya





 


Z wielką radością otworzyliśmy dzisiaj pewien list… z Plan international. Bo w nim raport dotyczący naszej sponsorowanej dziewczynki i przepiękne zdjęcia jej samej, jej brata i jej mamy. Aż mi się łzy w oczach zakręciły ! W grudniu Sufiya i jej mama przysłały list i rysunki – pisałam o tym tutaj, teraz ludzie, którzy się nimi opiekują z naszej NGO przysłali raport.


 


Jak porównuję to zdjęcie z poprzednim to widzę jak bardzo « nasza » dziewczynka wyrosła ! skończyła 7 lat, chodzi do szkoły podstawowej – musi maszerować 30 minut by do niej dotrzeć. Jej ulubionym przedmiotem jest matematyka. Ale najważniejsze to to, że w 2016 roku Sufiya była zdrowa, otrzymała dwa szczepienia i w końcu jej rodzina ma dostęp do wody pitnej.


W ubiegłych miesiącach w jej społeczności zrealizowano kilka projektów. Ten najważniejszy dotyczył szkolenia  higienicznego i zużycia wody. Jej mama, jak pisała grudniu, chodziła na kurs prewencyjny dotyczący zawierania wczesnych małżeństw i przemocy rodzinnej. Starsze dziewczęta z ich bidonville miały kurs samoobrony. Najważniejszym punktem ubiegłego roku była jednak celebracja Dnia dziecka i miejsce w niej zarezerwowane dla dziewczynek… pełnoprawnych uczestniczek zabawy i przygotowań. Avik Swarnakar, odpowiedzialny na miejscu za realizację tego programu przysłał nam serdeczne podziękowania za nasze wsparcie finansowe a przede wszystkim korespondecyjne i moralne. I widząc jego uśmiech na zdjęciu  chcielibyśmy zrobić więcej, dużo więcej… mam pewien pomysł na przyszłość…


 


 


Nasza codzienność została też wczoraj naznaczona wizytą w kinie. Od dawna chciałam obejrzeć ten film i się udało… « Jackie »… Poszliśmy w trójkę bo Antek też bardzo chciał. Zainteresowały go głównie historyczne wątki dzieła a mnie postać KOBIETY… jej rola społeczna, jej emocje, sposób przeżywania tragicznych wydarzeń, w tym wypadku żałób… bo w filmie jest mowa o trzech żałobach. Władza i jej wymogi przewijają się gdzie niegdzie, ale nie stanowią głównego wątku. Natalie Portmane w roli Jackie Kennedy jest po prostu olśniewająca… ciekawe czy będzie Oskar czy może jakaś inna nagroda? Jackie postać świetlna i ciemna zarazem… Ten film nie przenika zagadkowości tej postaci. Wręcz przeciwnie pokazuje jej złożność fragmentarycznie i pluralistycznie. Niewinna, egoistyczna, manipulująca… to wszystko naraz! Wielki film!


 


A z rzeczy bardziej trywialnych… Antkowy staż badmintona. Rozpoczął go wczoraj, chciał by zapisać go na 3 trzygodzinne seanse i tak się stało. Wczoraj wrócił zachwycony. Tym bardziej, że od razu zaproponowano mu zintegrowanie grupy zawodowej i zawody na poziomie regionalnym. Mi szczęka opadła bo Antek gra w badmintona rekreacyjnie. Nie trenuje w żadnym klubie. Ale jego poziom jest “zabójczy”… częściowo z powodu tenisa częściowo z powodu naturalnych zdolności sportowych przekraczających normy wiekowe.  Antek jednak nie wie co zrobi bo jak oswiadczył wczoraj chce się zastanowić. Dziś poszedł drugi raz… wróci wieczorem bo po badmintonie wybiera się do Instytut Goetego, do biblioteki wymienić dziecięce gazetki w języku niemieckim. Rozpoczął naukę tego języka we wrześniu w klasie dwujęzycznej a już sobie dość dobrze radzi i uczy się każdego dnia. To i postępy są. Z koleji z Amazon przyszła jego książka, którą sobie zamówił na wakacje lutowe – powieść historyczna o potopie i o Noe… Zresztą on praktycznie same powieści historyczne czyta. Taka pasja.


 


Po poprawieniu kolejnych sprawdzianów wieczór zamierzam spędzić przed TV i komedią.  Jutro kontrola u dietetyczki naszej.

wtorek, 21 lutego 2017

Bilans sofrologa dla Antosia. Francuska codzienność. Część 72.




Dzisiaj dostaliśmy, na papierze, antkowy bilans z pierwszego, piątkowego i 2 – godzinnego seansu u sofrologa. Bilans zachwycający pod wieloma względami ale też budzący nasz niepokój pod innymi.

Nie ma to jak mieć dziecko poza NORMA… czyli nie wpisujące się w 70% swojej grupy wiekowej a błądzące po skrajnościach tak negatywnych jak i pozytywnych. Nas spotkało to ostatnie, ale pewnie też sami na to trochę popracowaliśmy.

 

Antek, po raz kolejny zresztą tylko, że to jest nieco inne podejście, został zidentyfikowany jak osobnik o bardzo wysokim potencjale. Potencjał ten w jego przypadku dotyczy wszystkich dziedzin tak intelektualnych jak artystycznych czy fizycznych czyli sportowych. Antek wpisuje się więc w niecałe 1% swojej grupy wiekowej jako osobnik plus, plus, plus… Mogło może być to odczytane za wielki dar I wielkie zdolności ale też niestety związane jest to z całą masą problemów. Przede wszystkim z jego coraz bardziej znaczącym perfekcjonizem, która bywa chorobliwy jak na przykład ustawianie kapci przy szawce nocnej pod kątem 90°! On to mierzy! Czy robienie znaku krzyża przy wieczornej modlitwie po kilkanaście razy bo nie jest wsytarczająco prefekcyjny… albo ćwiczenie z matematyki  robione kilkakrotnie aż do osiągnięcia przez niego samego jego osobistej perfekcji.

Związane jest to z niezwykle silnym stresem, z którym wielokrotnie Antoni sobie nie radzi. Sofrologia ma tutaj być bardzo pomocna.

Z drugiej strony jego zdolności analityczne, percepcja problemów egzystencjalnych przekraczają kilkusetkrotnie standarty jego grupy wiekowej. Na codzień jest to strasznie trudne dla nas… jego rodziców. Bywa trudne.

 

Z punktu widzenia socjalnego Antek jest znakomicie postrzegany przez swoje otoczenie i integruje się perfekcyjnie. Więc tutaj nie mamy żadnych zmartwień ani problemów. To trzeba tylko kultywować.

 

W tym pierwszym bilansie są zawarte dwie rady dla nas:

- pierwsza z nich to utrzymywanie w sposób ciągły pozytywnej komunikacji z nim… żadnej krytyki nawet najdrobniejszej lepiej w jego stronę nie kierować bo jego wewnętrzny cenzor jest na tyle surowy, że Antoś ma już poważne objawy deprecjacyjne… jak np fakt, że napisał na sprawdziane z angielskiego francuską 4 a nie angielskie 4 ( sposób pisania cyfr jest inny) więc zrobił z tego aferę… I czuł się źle bo “jak on mógł tego nie wiedzieć i źle cyfrę zapisać”… nawet sofrolog o tym mówił… po miesiącu od sprawdzianu, z którego i tak dostał 20 na 20!!!!????

My mamy więc przy najdrobniejszej autokrytyce z jego strony wskazywać mu pozytywy, które osiągnął, zrobił itd…

 

- druga rada to znalezienie mu aktywności, 1 raz w tygodniu, takiej, która w żaden sposób nie będzie się odwoływała do rywalizacji, konkurencji, notacji, porównań lepiej czy gorzej… I tak myśląc od rana… nie znam takiej aktywności!!! Co to może być? Spacer w lesie i podziwianie przyrody? Czytanie książki, ale zaraz pojawi się jak najlepiej ją zapamiętać, ile stron przeczytałem…?

W jego spisie zajęć żadne nie jest neutralne. Każde jest związane z rywalizacją bo w szkole to na porządku dziennym, w sportach tak samo, na śpiewaniu w chórze też stres i też jakaś drobna konkurencja choćby pomiędzy solistami… więc co????

Sami nie wiemy…

Jednym słowem zdolne dziecko to poważny problem… Dobrze jednak, ze jego poziom wiary w siebie jest dosc wysoki przy tym wszystkim. A jego zdolnosci adaptacyjne sa znakomite.

poniedziałek, 20 lutego 2017

Dzień na Oceanem… Francuska codzienność. Część 71.





corniche





 


Pierwszy w tym roku i nad wyraz wcześnie bo zazwyczaj to dzień kwietniowy. Aura nas jednak rozpieszcza od kilku dni i jest kwitnąco i ciepło. Pamiętam nasz pierwszy rok w Bordeaux, który był właśnie taki ciepły… 5 marca jedliśmy obiad na tarasie restauracji w swetrach.  Teraz jest podobnie.


 


Tak więc wczoraj, zaraz po wczesnym obiedzie – przyjemności ruszyliśmy do naszych ulubionych miejsc nad Atlantyk czyli do Moulleau i na wieczór pod wydmę Pyla.


 


Samochodzik świetnie jak narazie się sprawuje. Dotarliśmy szybko, zaparkowaliśmy i ruszyliśmy jeszcze uśpionymi uliczkami  w kierunku naszej ulubionej plaży. Antek jak zobaczył lody u naszej zaprzyjaźnionej lodziarki to oczywiście nie mógł się powstrzymać ! Od razu dwie wielkie kule w ulubionych smakach : straciatelli i sorbet truskawkowy. I tak sobie szliśmy… na plaży było już trochę osób. Ocean spokojniutki. Ja wyłożyłam się na piachu bo grzało dość ostro… Stéph z Antkiem grali w piłkę, szaleli, biegali. Stéph zadzownił do swoich rodziców, którzy akurat kończyli ferie z wnukami z Paryża w wiejskim domu w Yvelines… a tam u nich było pochmurno I zimno 11°C u nas w słońcu było powyżej 20°C, więc sobie o różnicac klimatycznych pogawędzili. A Appoline musiała o zawodach jeździeckich Antkowi opowiedzieć i o swoim własnym kucyku też.


Ja leżałam, czytałam i się wygrzewałam.


 


Koło 17 godziny zaczęło się ochładzać więc ruszyliśmy samochodem w stronę wydmy Pyla a tam do naszej ulubionej kawairni La cornice przy 5* hotelu o tej samej nazwie. Zajęliśmy stolik tuż przy basenie i tak medytując oglądaliśmy zachód słońca otuleni kocami hotelowymi I rogrzani herbatą czy gorącą czekoladą. Ludzi było sporo… widok przepiękny… na Banc d’Argouin i na wydmę. Dopiero jak zaszło słońce koło 18h45 ruszyliśmy w drogę powrotną do Bordeaux.


 







Ale pan młodszy się rozbisurmanił i restauracji zażyczył sobie kolacyjną porą, rzekomo ojciec mu obiecał za szkolne rezultaty… I tak Antek wybrał nam knajpę… OKROPIENSTWO!!! Czyli l’Entrecôte… najpierw 40 minut kolejki… bo rezerwacji nie przyjmują taka oblegana… zeszło szybko bo przed nami stało francusko-indyjskie małżeństwo… Facet z Indii rodem z Kalkuty… tak więc pogadaliśmy sobie, adresy i numery telefonów wymieniliśmy. W środku hałas niemiłosierny… jedno jedyne menu stek, frytki i sos za całe 19 euro. Na talerzu syf i beznadzieja… uciekałam stamtąd jak najszybciej… 57 euro za taki badziew!!!! Nigdy więcej!  


Tak więc dzień zakończyliśmy smutnawo i frustracyjnie.


 


Dziś już mi przeszło… 5 kilometrów zrobione z rana w parku… uf… 72 sprawdziany poprawione, nowe kremiki zakupione… jest ok…





niedziela, 19 lutego 2017

Upojeni słońcem. Francuska codzienność. Część 70

Opojeni







 


Nie można tego inaczej nazwać ! Przewróciło nam się w głowie od tej pogody. Pierwszy raz chyba odczuwam tak wyraźnie tę radość i jakieś takie upojenie spowodowane tym co wokół.


 


Słońce, ciepło, rozkwitające krzewy, drzewa, kwiaty. Uśmiechnięci ludzie wszędzie wokół. W Bordeaux króluje wiosna a wraz z nią coś dziwnego, niepowtarzalnego.


Mieszkańcy wylegli na ulice, parki są pełne ludzi a wczoraj na golfie nie było gdzie zaparkować tyle grających.


 


Nasze weekendowe plany ulegają też modyfikacji z tego powodu bo za kilka chwil wyjedziemy nad Ocean by tam w słońcu spędzić cały dzień. Znając nas pewnie wieczorem o jakąś restaurację zahaczymy bo nie będzie mogli się powstrzymać. Słońce zachodzi koło 18h45… więc popatrzymy na ten zachód.


 


Wczorajszy golf był tak fajny, że też nie chaiło nam się wracać do domu, do zamkniętych pomieszczeń więc towarzyszyliśmy naszej gwieździe na tarasie Club House. Dzbanki z herbatą, zapach kamei i błękit nieba. Siedzieliśmy tak cały wieczór aż nie zrobiło się całkiem ciemno i zimno. Wokół nas wszystkie fotele i stoliki zajęte.


 


Cudowne dni… choć wiem, że przyjdą jeszcze chłody a przede wszystkim całe tygodnie deszczów to cieszę się tym co jest dzisiaj i to cieszę na potęgę i tego też wam życzę.



sobota, 18 lutego 2017

WAKACJE ! Antkowa wizyta u sofrologa i obiecujący początek wiosny i sezonu biegowego ! Francuska codzienność. Część 68.




 

Od wczoraj, a dla Antosia od czwartkowego wieczoru rozpoczęły się kolejne dwa tygodnie wakacji. Te lutowe są przez nas zazwyczaj przeznaczone na jazdę na nartach, tak było przez ostatnie 8 lat ; W tym roku zmiana planów, będą wyspy Kanaryjskie.

W czwartek wieczorem mój Antek piał z zachwytu z powodu wakacji, ja dopiero od wczoraj od godziny 17 odetchnęiam z ulgą bo bardzo czekałam na te tygodnie wytchnienia. Okres zimowy jest wyjątkowo męczący, ale to banał, o którym wszyscy wiedzą…

 

A szczególnie wyraźnie widać to od trzech dni, gdy do Bordeaux zawitała wiosna. W czwartek popołudniu sprzątałam mój taras i aż mi się oczy zaświeciły na widok rozkwitających żonkili. Tulipany są już 20 centymetrów nad ziemią ale pąki mają jeszcze dobrze ściśnięte. Za oknem jest 16-19°C w zależności od dnia.

 

Tak więc dziś rano po raz pierwszy w 2017 roku, poszliśmy całą trójką biegać do parku. Co to był za trening!!! Ptaki rozświergolone, ludzie uśmiechnięci, kamee kwitną na biało i na czerwono, kępy żonkili zażółcają się powoli, a pąki na drzewach nabrzmiewają powolutku w tych promieniach i w tym ciepełku. Formę mieliśmy przednią po porannych wątpliwościach… ale pierwsze 5 kilometrów zrobione i to bez większej zadyszki! 30 minut biegu, trochę marszu. Jednym słowem pomimo zmęczenia fizyczną formę mamy dobrą. Nie wiem czy to zasługa naszej diety, codziennych ćwiczeń czy tej wiosny, ale najważniejsze że forma jest!W poniedziałek znów pójdziemy biegać. Ja po powrocie zrobiłam jeszcze 20 pompek i 2 razy po minucie deski na brzuch… a mój mąż po 7 pompkach rozłożył się jak placek na podłodze! He, he!

 

Tak więc wakacje dobrze rozpoczęte… dziś popołudniu pojedziemy zagrać sobie w trójkę partyjkę golfa a na wieczór , jak zdążymy wstąpimy na halowe mistrzostwa Francji w lekkiej atletyce, które są akurat dziś i jutro w Bordeaux.

 

W pierwszym tygodniu wakacyjnym mam jeszcze 185 sprawdzianów do poprawienia i 3 dossiers dokumentacyjne klas maturalnych. Więc nie mogę napisać, że mam totalną LABE bo nie mam… Plus antkowe lekcje do przypilnowania i kilka rzeczy w domu do zrobienia. Całkowity wypoczynek będzie w drugim tygodniu wakacji na Lanzerote.

 

Tymczasem syn mój wczoraj zaliczył swoją pierwszą, dwugodzinną konsultację u sofrolożki. Jak wszyscy młodzi i starzy sportowcy tak i Antek będzie takie konsultacje regularnie odbywał. Na wczorajszych nauczył się oddychać – tzw oddychanie wieczorne. Sofrolożka nagrała mu też 14 minutową relaksację wieczorną i 10 minutową motywację przed turniejową. Wieczorem więc odsłuchałam razem z nim  te nagrania i wykonaliśmy wszystkie ćwiczenia oddechowe. Co ma też mu pomóc w technice śpiewu – taki skutek uboczny.

 

Sofrolożka oceniła wszystkie aktywności Antka na celujący. Doświadczenia rozwijające jego osbowości i zdolności. Stwierdziła jednak też zbyt duże napięcie mięśniowe w jego ciele – stąd odpowiednie ćwiczenia relaksacyjne. Potencjał Antka nie jest jeszcze maksymalny, ale praca z nią miedzy innymi, będzie go zwiększać i to we wszystkich dziedzinach szkolnych i pozaszkolnych. Stéph mi mówił wczoraj, że pani sofrolog zakochała się w Antku bo na końcu wizyty nieustannie go chwaliła. I tym lepiej! Bo jest za co, w tym drugim trymestrze antkowe rezultaty szkolne powróciły do poziomu z ostatnie klasy podstawówki mamy więc średnią ocen 19 na 20… z angielskiego czy niemieckiego to non stop 20 na 20. Antek jest niezwykle wydajny i perfekcyjny. Jego ciekwość świata nie ustaje a jego aktywność się nie zmniejsza, wręcz przeciwnie.

 

Życzę wam dobrego weekendu!

czwartek, 16 lutego 2017

Zamiast nart będą wyspy Kanaryjskie. Francuska codzienność. Część 68.




 

Dzisiaj zarezerwowaliśmy… I tak po 8 latach wakacji lutowych spędzonych na ośnieżonych stokach Pirenejów czy Masywu centralnego albo Alp wybieramy się tym razem na wyspę Lanzerot czyli na popularne Kanary. Wyspa jest wulkaniczna, więc będą góry ale w 20 °C.

 

Antek jest trochę niepocieszony bo on narty uwielbia ale tata mu obiecał weekend we dwójkę na nartach w połowie marca.

 

I powiem wam, że bardzo się cieszę na te wyspy. Od dawna sporo o nich słyszałam, wielu przyjaciół je odwiedzało. Teraz kolej na nas?

 

Może i tak.

 

Wszystko oczywiśce za sprawą poszukiwań i promocji. Koszt ten sam nart co i wyspy Lanzarot choć pewnie wyspa tańsza bo mamy “all inclusive”. Pierwszy raz w życiu poza Club Med będę w all inclusive więc  zobaczę co to warte.

 

Wylatujemy z Nantes, za tydzień i na tydzień.

 

A tak do cen wakacyjnych wracając… wczoraj wieczorem miałam przyjemność z moją przyjaciółką Florence uciąć sobie długą rozmowę telefoniczną i akurat ona ze swoją rodziną na narty w tym roku nie jedzie bo dla nich to koszt 5 tysięcy euro na 4 osoby. Więc jak to usłyszałam to zdębiałam bo nasz koszt nigdy nie przekracza 1300 euro na 3 osoby. Są jednak ludzie zupełnie w turystyce nieobeznani, nie potrafiący sobie fajnych ofert wyszukać i systematycznie przepłacający ba nawet przekonani o tym, że taniej się nie da. A prawda jest taka, że się da… tylko trzeba chcieć i włożyć w to trochę wysiłku…

Bo spędzić tydzień na nartach w Pirenejach, 2,5 h od Bordeaux za taką sumę to każdy głupi potrafi… ja za niewiele więcej w 3 osoby spędziłam miesiąc w USA i w Kanadzie…  Chcieć to podstawa!

środa, 15 lutego 2017

O tym jak dobrze sprzedałam moją starą Megankę. Francuska

meganka







Niesamowite… i aż mi się wierzyć nie chce ! Bo w poniedziałek dałam anons na jedynej internetowej stronie. Pół godziny później były już 3 telefony… I tak cały poniedziałek I wczoraj. Dziś był pierwszy oglądający klient i od razu pierwszy ją kupił. Nawet o cenę się nie targował a zawyżyliśmy specjalnie by móc ewentualnie później opuścić.


Tak więc 10 letni samochód poszedł za 3 tysiące euro bez mrugnięcia okiem. He, he… a że kupiliśmy ją też okazyjnie i bardzo korzystnie… to nic nie straciliśmy na tej inwestycji wręcz przeciwnie zyskaliśmy.


 


I kto by pomyślał, że tak łatwo to idzie. W garażu mam masę rzeczy do sprzedania muszę się więc za to wziąść bo mogę trochę pieniędzy w ten sposób uzyskać. Rowery po Antku, jego kluby golfowe, jakieś meble, rzeczy niemowlęce… całe tony…


Także wciąż samochodowo u mnie i wiosennie 19°C dzisiaj!!!


Pozdrawiam środowo.


wtorek, 14 lutego 2017

Pierwszy mały cel OSIĄGNIĘTY!

Z rozpędu weszłam dziś na wagę, dzien wczesniej niz powinnam i... Kolejny kilogram w dol! Jednym słowem moj pierwszy, mały cel został wykonany! Czyli 4 kilogramy mnie w 3 tygodnie minus 1 dzien.
Oczywiscie nie czas jeszcze, zreszta nigdy takiego nie bedzie by spocząć na laurach i rozpocząć jak dawniej. Wręcz przeciwnie. Pracuje nad zwiększeniem masy mięśniowej. Kontrola u dietetyczki za 8 dni. Ciekawe co powie.

niedziela, 12 lutego 2017

Bardzo intesywny tydzień : prace, szkoły, drzwi otwarte, egzaminy na Naukach politycznych, zakup samochodu, turnieje sportowe, książka i plany wakacyjne. Francuska codzienność. Część 66.




 

Tydzień dał się nam we znaki ! Trwał nie 5 dni a 5 i pół jeśli o mnie chodzi bo w sobotę rano od 8 rano byłam z powrotem w liceum na drzwiach otwartych. Przyjęliśmy kilkadziesiąt par: rodziców z dziećmi kończących gimnazja i szukających informacji o dalszej nauce.  Więc znów trzeba było gadać, gadać i gadać a gardło boli i boli od tej ciągłej emisji. Chyba pódę na jakieś zajęcia uczące oszczędzania głosu… Jadę resztkami sił i liczę dni do wakacji czyli jeszcze 5!!!

 

Pracowałam w ubiegłym tygodniu jakieś 70 godzin po podliczeniach bo oprócz tego co codzienne to jeszcze egzaminy na Naukach politycznych mi się nałożyły i 14 z nich poprawiłam. Było bardzo interesująco ale ciężko też. Mój mąż się ze mnie śmieje, że w moich okularach za biurkiem wyglądam jak stary profesor i jeszcze te dźwięki, które z siebie wydaję są podobno znaczące??????

 

W moim liceum gorący okres, koniec drugiego trymestru, ostatnie sprawdziany, wystawianie ocen… opine będę wypisywać po wakacjach… zebrania też dodatkowe. Więc raz jest lepiej raz wybucham jak w piątek o 8 rano, gdzie w jednej klasie wlepiłam 8 ZER… za niewykonaną pracę! Trudno muszę być konsekwentna choć lubię tych moich uczniów bardzo to czasem muszę “przyłożyć”. Jak jednej panience, która na lekcji prosi swoją koleżankę o dezodorant i podnosi bluzkę pryskając się pod pachami tym dezodorantem, bezpośrednio na lekcji!!!! O zgrozo!!!!

Byłam chyba fioletowo-zielona bo przerwałam lekcję i zrobiłam wykład o savoir-vivre…  taki 15 minutowy, żeby im w pięty poszło i żeby sobie na całe życie zapamiętali bo skoro w domu ich nie wychowali rodziciele to ktoś musi?...

 

Antek też pracował jak szalony… ale pośród jego 20 na 20 i 19 na 20 mamy też z nim kilka problemów. W czwartek pani pedagog zadwoniła i zasugerowała wizytę u grapho-terapeuty… pierwszy raz słyszę o takiej specjalizacji. Wielu nauczycieli Antka doniosło do niej, że pomimo znakomitych wyników Antek ze względu na swoje zbyt wysokie QI nie nadąża z zapisywaniem swoich idei na papierze więc słowa są urwane… bądź nieczytelne.

Informujemy się. W miedzyczasie tak zwanym, dziecko moje wygralo konkurs na napisana przez siebie bajke w gimnazjum...

W przyszły piątek za to Antoni idzie na pierwszą 2 godzinną wizytę do pani sofrolog. Będzie się uczył relaksować i zarządzać swoimi emocjami. Wiążemy z tym podejściem dużo nadziei. Bo relaks, sen i emocje są bardzo ważne w jego życiu ale też mnożenie jego potencjału, a do tego sofrologia właśnie służy. Bo mnożyć też jest co. Antek właśnie znów na kolejnym turnieju tenisowym.

 

To, że w tym zamieszaniu kupiłam samochód to chyba cud jakiś ale kupiłam. W piątek powiedzieliśmy tak a w sobotę rano Stéph wziął czek bankowy by o 14 godzinie odjechać nowym samochodem. Samochód kupiony za zaoszczędzoną gotówkę oczywiście, nie kupujemy NIC na kredyt. No chyba na mieszkanie kredyt za kilka miesięcy będzie potrzebny ale to jedyny taki przypadek.

 

Z książką też się posunęłam do przodu. Choć umowy jeszcze nie podpisałam bo miałam kilka pytań do negocjacji kontraktu wydawniczego. Podpiszę ją na dniach.

 

Teraz jednak chcę myśleć o wakacjach na nartach… już za 2 tygodnie a za tydzień początek wolnego… ufffff…

sobota, 11 lutego 2017

Mój nowy samochodzik. Francuska codzienność. Część 65.

DS






Odebrałam dzisiaj mój nowy samochodzik. No taki całkiem nowy to on nie jest bo ma 2,5 roczku ale i nowego nie szukałam. Cały ranek spędziłam na drzwiach otwartych w moim liceum. Wykończona wpadłam do domu na obiad i po pół godzinie znów w drogę tym razem po auto.


 


Odkupiłam ten model od poprzedniej właścicielki. To DS3, diesel, z 40 tysiącami kilometrów na liczniku. Nowe DS3 są bardzo drogie bo cena przekracza 22 000 euros więc nie byłoby mnie stać kupiłam więc używane za połowę ceny i jestem bardzo zadowolona jak narazie. Pali 3,5 l na 100 km I w miescie 4,5 l na 100 km. Czyli bardzo ekonomiczny.


 


Ten samochodzik jest mega wyposażony: ma komputer pokładowy z wszystkim funkcjami, telefoniczną też, ma nawigację europejską, automatyczną klimatyzację i kamery cofania i przednie do pomocy w parkowaniu.


Jest 3 drzwiowy więc na nas trzech wystarczy jakby co a Stéph w pracy i tak od marca ma duży samochód więc jak dla mnie jest super.


Najbardziej spodobał mi się gadżet po prawej stronie kierownicy… takie pokrętło srebrzyste wydzielające perfumy! Tak, tak perfumy jak francuska elegancja to francuska elegancja i w samochodzie ślicznie pachnie.


 


Siedzenia są pół skórzane pół z materiału. Bagażnik nieco mniejszy niż w mojej starej megance ale dużo większy niż w byłym fiaciku 500.


 


Jednym słowem jestem bardzo zadowolona bop o raz pierwszy mam własny samochód, nie rodzinny, nie spółkowy, tylko mój… na moje imię i nazwiska dwa… Pojeżdżę z 3-‘ lata i może gust mi się zmieni i kupię inny? Któż to wie?


 


Dobrego week-endu!









DS1




czwartek, 9 lutego 2017

Nowy samochód dla mnie. Francuska codzienność. Cześc 64.

Wygląda na to, ze znaleźliśmy dla mnie Nowy Samochód. Jutro sie nim przejadę... W końcu moj, nie rodzinny, nie spolkowy tylko moj! He, he... To DS3, ma 2,5 roku, 40 tys kilometrów na liczniku, jest mega wyposazony, biały z czarnym dachem... Steph mówi, ze to bardzo elegancki samochód. Ja widzę, ze ładny, dość tani, nie za duży... I bardzo mało pali nie to co Fiacik 500. Tak wiec akurat dla mnie. Jest szansa, ze jutro go kupie. I cieszę sie!

Kolejny kilogram w dol.

Jeszcze 1 kg w dol... Razem 3 kg po dwóch tygodniach starań. Ale samopoczucie duzo gorsze bo cos sie wykluwało w zatokach le zażegnałAm. Osłabiło mnie to trochę plus ogrom pracy... Nie poddaje sie.

niedziela, 5 lutego 2017

Choroby, konflikty, brak biletow, brak samochodu i jeszcze te huragany. To był zły tydzień. Francuska codzienność. Część 63.

4 luty
Sufit w operze w Bordeaux.





 


I na szybką poprawę się nie zanosi… Jakoś mi źle, niedobrze. Wszystko się nawarstwia i w złym kierunku idzie.


 


Bardzo ciężki tydzień za mną. zaczęło się od wizyty u laryngologa i jej ultimatum: operacja albo sanatorium. Lekarz z kasy chorych nie zgadza się na moje sanatorium podczas roku szkolnego i na tydzień zwolnienia. Wyraził zgodę dopiero na mój wyjazd po maturach czyli po 12 lipca… Nie wiem czy wytrwam. Bo jak nie wytrwam to opercaja a jak opercaja to miesiąc zwolnienia… więcej niż na sanatorium ale lekarze nas jak widać myślą bardzo, bardzo logicznie i mają na uwadze dobro pacjenta i całego systemu ubezpieczeń. Koszty i cierpienie. A wykłócanie się przez telefon i rozmawianie z tymi urzędasami dobiło mnie do końca.


 


W pracy też miałam drobne starcie z dyrekcja bo pokazałam papier administracyjny – pusty jednej uczennicy, która nie powinna go widzieć i też się czarne chmury zebrały bo było mi po prostu nieprzyjemnie tym bardziej, że nic o tym nie wiedziałam.


 


Mielismy kupić dla mnie samochod we wtorek ale facet sprzedający go zapomniał o fakturach kontorli technicznej i naprawach… okazało się, że ściemniał. Faktur nie ma więc przesłał nam zeskanowane faktury nie na temat… prawie nieczytelne po czym przyznał się, że nie ma i że kłamał…. Szukamy więc dalej innego samochodu… a zostały już tylko 3 tygodnie i stresuję się… bo znam wydajność mojego męża…


 


On też próbował w ciągu 3 dni kupić bilety na Céline Dion… siedział godzinami na internecine na wszystkich maszynach… I nic… nie dostaliśmy 31 tysięcy biletów sprzedano w 1,5 godziny. O tym dowiedzieliśmy się później…


 


Jednym słowem jak się wali to chyba z każdej strony…


Antek mnie dziś doprowadził do szewskiej pasji aż opuściłam jego mecz tenisowy bo nie mogłam wytrzymać! Przegrywał i wkurzał się tak, walił, ryczał, darł gębę… nie do wytrzymania. Wiem, że mój mały sportowiec ma taki cholerny charakter, zajadłość i perfekcję w sobie, ale tych kryzysów nie mogę już znosić. Dziś mi się nie udało. Wróciłam do domu sama…


 


A rano było tak przyjemnie i myślałam, że coś się w końcu pozytywnego budzi… byliśmy na koncercie w Operze. Quator Hydna i Mozarta… cudnie było… ale cóż znów się popsuło.


Mam nadzieję, ż eta górka to tylko Giewont a nie Mont Blanc?








Antek na rozgrzewce przed meczem... dres od dziadkow, jego ulubiony, jest w uzyciu kazdego dnia w tygodniu... musze prac wieczorem i suszyc do rana!



sobota, 4 lutego 2017

Po nawalnicy...

Po nawalnicy...
mielismy czerwony alert od wczoraj. Od 5 h nie spalismy Bo Tak wylo, ze myslelismy, ze To Koniec swiata... Strasznie bylo. Ja sie balam, ze te drzewa z tylu domu runa na nasz dom... Steph twierdzil, ze wytrzymaja. Wiatr wial z predkoscia do 160 km...

nie wiedzialam, ze ta pogoda Tak Na nas wplynie. Wczoraj wieczorem wszystkich Bardzo bolala glowa. Wzielismy paracétamol i spac. A dzis od rana nie podchodz! Wszyscy zli, podenerwowani... Wow... Dobrze, ze sie juz skonczylo.

czwartek, 2 lutego 2017

2 kilogramy mniej w ciagu tygodnia

2 kilogramy mniej w ciagu tygodnia.
Diete stosuje sumiennie, wazę moje porcje by wzrok do ilości przyzwyczaić.... Sport 2,5 -3 godziny w tygodniu. Czyli.... Jak tak dalej pójdzie to ja za tydzień osiągnę moj cel ha, ha... Ale pozostaje zadanie utrzymania efektow! Dieta mam jednak do 23 lu tego czyli wizyta kontrolnej.
Czuje sie swietnie! Troszke lepiej spie ale To jeszcze nie to. Fizycznie jednak mam moc!

środa, 1 lutego 2017

Francuska agencja do spraw zdrowia i odżywiania ANSES. Nowe rekomendacje na 2017 rok. Francuska codzienność. Część 62.




 

Temat mnie interesuje od dawna więc z zaciekawnieniem przyjrzałam się nowym, opublikowanym 24 stycznia rekomendacjom. Polityce we Francji nie można się przyglądać bo można dostać torsji… taka ohyda więc lepiej zająć się własnym zdrowiem.

 

280 stron bilansu badań naukowych z ostatnich 10 lat… I oto kilka ciekawostek.

 

Produkty żywnościowe:

  1. 500 g mięsa w tygodniu, gdyż każde zwiększone spożycie o 100G zwiększa ryzyko zachorowania na raka o 20%.
  2. 25 g wędlin dziennie czyli jeden malutki plaserek, gdyż każde zwiększone spożycie do 50 g dziennie zwiększa zachorowalność na raka jelit aż o 50%.
  3. Koniec z rozróżnianiem soków owocowych od napojów słodzonych… te pierwsze czynią tyle samo szkód co te drugie, gdyż zawierają zbyt duże ilości cukru, nawet jeśli jest to cukier naturalny. 200 ml soku dziennie oznacza 200 g nadliczbowej wagi ciała w ciągu jednego roku… z napojami słodzonymi jest jeszcze gorzej. Szklanka soku owocowego nie jest więc ekwiwalentem 1 owocu.
  4. 400 g owoców i warzyw dziennie na 1 osobę to absolutne minimum… 5 porcji, każda porcja to 80 g.
  5. Produkty mleczne maksimum 2 dziennie gdyż zwiększają ryzyko zachorowalności na raka prostaty. I niestety nie zapobiegaja osteoporozie… jak się do tej pory sądziło. Czyli 225 g dziennie.
  6. Ryby – 2-3 razy w tygodniu czyli 450 g średnio ale tylko 150 g ryb tzw: tłustych czyli: pstrąg, łosoś, makrela, śledzie, sardynki ze względu na ich skażenie metalami ciężkimi.
  7. Strączkowe – po raz pierwszy zostały uznane za oddzielną kategorię żywności. Ich spożycie należy zwiększyć do 300 g tygodniowo: soczewica, ciecierzyca, bób itd.

 

Ogólne wskazówki:

  1. 2100 kcal dziennie dla kobiet i 2600 kcal dziennie dla mężczyzn. W tym białka mają dostarczać od 10-20% kcal; tłuszcze od 35-40% kcal, węglowodany od 40 – 55% kcal
  2. Woda od 1,5 do 2 l dziennie
  3. Zwraca się uwagę na potrzebę suplementacji całej francuskiej populacji w witaminę D3.
  4. 500 mg Omega 3

I ostatnia BOMBA… przestać pić mleko krowie!!! Oczywiście to zwykłe, nie ekologiczne bo… jest w nim 211 produktów niepożądanych jak arsenic czy chrom VI, gdy tymczasem w jogurtach czy search jest tylko około 100 tych niepożądanych składników chemicznych.

 

Są to oczywiście rekomendacje dotyczące francuskiej populacji, jej stanu zdrowia. Nie wiem czy podobne badania istnieja w Polsce? Z jaką częstotliwością się je wykonuje? Czy ogół społeczeństwa jest o wynikach informowany?

Większość się pewnie I tak do zaleceń nie stosuje, jak i we Francji. Ale szkoły i żywienie w szkołach edukuje młode pokolenie w tym zakresie i coś tam jest już zasiane…