czwartek, 20 kwietnia 2017

Powielkanocnie, zakupowo, stażowo, trochę wakacyjnie z garścią smutnych myśli na dodatek. Francuska codzienność. Część 81.

Koebe






Wielkanoc minęła nam znakomicie. Po Triduum Paschalnym, o którym pisałam w porzednim poście, wielkanocna niedziela przywtiała nas słońcem i ciepełkiem.


O godzinie 8h30 zaczęłam dzwonić dzwonkiem na domowych schodach i wyśpiewywać Alleluja bo panowie jeszcze spali ( we Francji nie ma porannej mszy rezurekcyjnej). Ale wstałam pierwsza bo w całym domu pochowałam jajka czekoladowe i inne baranki dla Antka. Ten zerwał się na równe nogi, chwycił za pozostawiony przy swoim łóżku kosz i rozpoczął łowy.


Potem zjedliśmy słodkie śniadanko i wyszykowaliśmy się do kościoła i do naszych przyjaciół na godzinę 10. Wiozłam ze sobą 4 torby jedzenia… ciasta osobno, sałatki w pudełkach, jajka faszerowane… Zostawiliśmy dobytek u Claudi i Eric’a i ruszyliśmy na Mszę świętą do naszej starej parafii czyli kościoła Świętego Ludwika. Tam urzekł mnie wystrój kwiatowy i dekoracja Paschału więc telefonem śmig, drobna fotka.


Msza byla piękna i uroczysta, jeden chrzest podczas mszy malutkiego Feliksa… i tak trwała kolejne półtorej godziny. Antek co prawda dostał lekkiej « schizy » tuż przed komunią bo kilka tak długich uroczystości zaliczył w ostatnich dniach i jak to chłopak w jego wieku chciał się ruszać. Poleciłam mu więc, zaraz po komunii wyjść przed kościół, poskakać na schodach i wrócić na modlitwę i błogosławieństwo co też uczynił.


Obiad świąteczny w domu naszych przyjaciół był wyśmienity, rozmowy ciekawe i śmieszna zarazem bo wspominaliśmy, każde z nas, nasze swieta Wielkanocy. Po słonym ruszyliśmy do parku na spacer po czym znów wróciliśmy do domu na słodkie i herbatę. I tak do wieczora… od 10 rano. Umówiliśmy się na przyszły rok.


 


W poniedziałek odwiedziła nas moja przyjaciółka Florence i od obiadu do wieczora też było miło, intelektualnie i świątecznie.


 


Na poświąteczny wtorek zaplanowałyśmy sobie z Claudią wyprawę do Dordogne po balerinki od Repetto, ale nic z tego nie wyszło bo czasu nam nie starczyło. Najpierw odstawiłam Antka na jego chóralny staż, pod Bordeaux i tutaj zaczęło się spóźnienie… Zdjęcia ze stażu na mojej stronie Facebookowej.


Tak więc Claudię złapałam koło południa w centrum miasta. Odwiedziłyśmy kilka butików i jedną skandynawską restaurację. Kupiłam sobie dwie polówki i nowe spodnie do biegania w Uniqlo bo lubię tę markę.


Spodnie już wczoraj przestestowałam na 5 kilometrowym dystansie w 33 minuty. Oj byłam z siebie dumna.


Na obiadek zaszłyśmy do Claudiowych przyjaciół, którzy prowadzą na ulicy Palais Galien restaurację Koebe… Coś pysznego!



Skandynawskie talerze… dwa rodzaje łososia, trzy rodzaje śledzi, czarny chleb, chrzan i cynamonowe bułki. Piknie było i smacznie było. Polecam dla tych co w Bordeaux!


 


I dobrze, że były Święta i to wyjście bo ciężko mi poczuć wakacje… Siedzę otoczona setkami sprawdzianów i poprawiam, poprawiam, poprawiam… nawet wkład z czerwonego długopisu się wyczerpał he, he. Na przyszły tydzień wyjeżdżam więc bo jak zostanę w domu to z odpoczynku będa wielkie nici a ja do 14 lipca muszę być w formie! I tak miała być Hiszpania, pod Barceloną ale wychodzi na to, że sama bym musiała tam jechać 721 km. Dla mnie z doświadczeniem maksymalnym 2 godzinnej jazdy to trochę wyzwanie. Myślałam więc o noclegu w połowie drogi, ale suma sumarum chyba pojadę bliżej, do kraju Basków… znalazłam fajną ofertę i pogodę piękną zapowiadają więc??? Wyjazd za dwa dni… po antkowej uroczystości.


 


Dziś za to kupiłam Antkowi nowy materac do łóżka, żarówkę do jego lampy co to od 6 tygodni nie świeci, poduszki dla odnowy… zasobów i orchideę.


 


I takie mnie smutne myśli naszły. Nie nowe, stare… ale męczące… drogi mi się rozchodzą, małżeńskie drogi. Nie nikt na mnie nie krzyczy, nikt mnie nie bije jak biedną żonę radnego… tylko jest nijak. Dobrze, słodko, poprawnie, ale nie ma mocy. Jest codzienność, zalatanie, to moje wieczne robienie wszystkiego, staranie się o wszystko nawet o żarówkę… Mijamy się. On w pracy od 8 do 19-20h… wraca zmęczony, coś zjemy, pogadamy i śpimy bo on padnięty, siły na czytanie czy wyjście już nie ma. Ja też padnięta bo próbuję wszystko ogarnąć, zorganizować, o niczym nie zapomnieć i lecę jak ta formuła 1. Rano wstajemy, uśmiechamy się do siebie, śniadanie szybko i do pracy… Ja wiem, że im dalej w las tym tak częściej bo rutyna, obowiązki… ale czuję, że coś umyka. Ostatnio wolę być sama, sama w domu, sama z Antkiem… bo Stéphane do mojej codzienności niczego nie wnosi, nie czuję potrzeby jego obecności, żadnej.


Budzimy się w weekend na zawieź, przywieź… jesteśmy takim starym małżeństwem bez polotu…


Jak odnaleźć polot, moc, chęć????


Jeszcze nie wiem. Choć wiem, że jak znów pojedziemy na wakacje w trójkę to odnajdziemy ale kilka dni po powrocie wszystko zgaśnie. Zero inicjatywy z jego strony a mi ręce opadają ze zmęczenia…


No to sobie ponarzekałam…


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz