Podobno ostatni dzień dzisiaj... jutro będzie TYLKO 37°C w cieniu. Mamy nadzieje, bo życie staje się trudne albo niemożliwe. Mam tydzień spóźnienia we wszystkim co chciałam zrobić bo po prostu NIC nie mogę zrobić. Mury są już tak nagrzane w budynku, w którym mieszkam, ze nawet rano jak jest 24-26 stopni o 5 czy o 4 nad ranem to w żaden sposób nie można wychłodzić mieszkania bo temperatura nie spada nic a nic. Chciałam wczoraj kupić klimatyzator chociaż jeden bo to drogie ustrojstwo ale w żadnym sklepie już nie ma ani klimatyzatorów ani wiatraków. Wszędzie puste polki jak za dobrych starych czasów co to je jeszcze pamietam!
Czyli nogi w misce z zimna woda. Na ciele ręcznik mokry z zimna woda i siedzę 50 cm od wentylatora, który mi jeszcze został z Bordeaux... Co chwile przysypiam bo organizm stracił rytm dobowy więc śpię w ciagu dnia. Nie robię kompletnie nic jak nie muszę. Wczoraj pojechałam na moje coroczne badania metrem ale było 42°C więc samo dojście do stacji metra = 200 metrów było wyczynem. Dobrze, ze wyniki dobre, ale ze względu na obciążenie genetyczne jak mówi moja doktor radiolog nowotwor w moim przypadku to 90% pewności ze się pojawi. Ważne by złapać gada na czas. Także co 6 miesięcy badania proflikatyczne.
Co mi pozostaje?
Sluchanie podcastów, czytanie jak nie śpię, wspieranie Antka i robienie fajnego zimnego bądź prawie jedzenia:
Wczoraj na kolacje chłodnik z surowych ogórków z miętą i kolendrą a na obiad Piperade z kraju Basków na zimno z jajkiem mollet na ciepło i z szynka z Bayonne. Przepisy na blogu kulinarnym.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz