poniedziałek, 5 stycznia 2026

Porządek świata po 1945... ulega kolosalnym zmianom


Tak sobie myślę o tym co się stało w sobotę wcześnie rano, o tym co się dzieje od kilku lat już... I nie mam już żadnych watpliwości, ze świat, który znaliśmy po 1945 roku z jego porządkiem, organizacjami międzynarodowymi, regulacjami i na poziomie indywidualnym relacjami międzyludzkim... już nie istnieje. Mamy teraz "chce, mogę, biorę".
Tak jak pisał Giuliano da Empoli w "Les ingénieurs du chaos", kilka lat temu, pogrążamy się coraz mocniej w chaosie, który jest dziełem kilku światowych skrajności. Z jednej strony alianse oligarchów z dziedzin: ekonomii, technologii, mediów i polityki z drugiej alianse sił populistycznych i radykalnych, które zapoczatkowaly i prowadza te zmiany w skali światowej. Dwie twarze tej samej logiki, tych samych ruchów i działań.We Francji, na przykład wyjątkowo jasne na scenie politycznej.

Wojna, przemoc i powrót do form kolonializmu są już od nowa legitymne i coraz bardziej rozpowszechnione. 
Relacje indywidualne, międzyludzkie są coraz częściej zastępowane wirtualnymi lub zostają zerwane w imię dobrego samopoczucia i zwykle ludzkiej wygody.
Wygoda wkroczyła tez na salony życia profesjonalnego. W edukacji jest to wyjątkowo dobrze widoczne ale tez w wielu przedsiębiorstwach i urzędach. Czasami do tego stopnia, ze wymaganie czegokolwiek czy próba reform spotykają się z wyraźnym odrzuceniem, strajkami, blokadami. 
Mlode pokolenia stawiają, w swej większości, na egotyzm. I obserwuje to codziennie w klasach, na korytarzach, w salach uniwersytetu itd. 

Niewiele osób wokół mnie rozumie te procesy. Niewiele osób, w tym prezydentów państw, rozumie te procesy. Krótkowzroczność, zachowawczość, tkwienie w starym i znanym są bardziej naturalne. ja tez wolałbym ich nie widzieć z bardzo prostej przyczyny - wywołują lek i obawy, zmuszają do działania, do nabywania jak największej niezależności kompetencyjnej i finansowej bo nikt nie uratuje... nikt ręki nie wyciągnie by pomoc... To już nie ten świat, nie ta rzeczywistość. 

 

niedziela, 4 stycznia 2026

Nowy rok zaczęłam dopiero 3 stycznia od pulardy w cytrusach i suszonych owocach.


Kupilam na Nowy rok ale nasze plany uległy zmianie z powodu chorób więc nic z tego nie wyszło 31 grudnia i 1 stycznia. 

Zrobiłam więc moja pularde dopiero wczoraj i wyszła pyszna więc dziele się przepisem. 

6 porcji
3 godziny

Pularda: u mnie 2,2 kg
2 galazki selera naciowego
cebula
garsc suszonych śliwek coś koło 12 sztuk
tylez suszonych moreli
garsc migdalow
pomarancza
cytryna
100 g masla
laska cynamonu
gozdzik
galka muszkatołowa
sol i pieprz

Z cytrusów ścieramy skórkę i dzielimy je na cząstki usuwając błony. Seler myjemy i kroimy. Cebule kroimy w kostkę. Śliwki i morele namaczamy w gorącej wodzie. 

Skorki z cytrusów mieszamy z selerem i cebula i doprawiamy: sola, pieprzem oraz gałka muszkatulowa. Ta mieszanka nadziewamy nasza pularde. Pokrywamy ja kawałkami masła. Doprawiamy sola i pieprzem. Wlewamy pół szklanki wody wrzucamy do tej wody łaskę cynamonu i goździk i zaczynamy pieczenie w 180°C, obracając mięso regularnie co 30 minut... przez 1,5 godziny. 

Po tym czasie dodajemy cząstki cytrusowo i odsączone śliwki wraz z morelami. Dodajemy tez migdały. Pieczemy jeszcze 30 minut. 

Podajemy mięso z ryżem Basmat ugotowanym na pilaf czyli najpierw podsmażonym na maśle i oliwie, następnie ugotowanym pod przykryciem do sucha. 






środa, 31 grudnia 2025

To sie posypalo... i co z tym zrobimy?


Nie pierwszy raz... ale ten rok 2025 przyniósł już sporo negatywnego i jeszcze na koniec dołożył nam jelitówką. 

2 dni temu Antek zapodał, ze go boli brzuch i ze ma pewnie poważna chorobę bo już wszystko go boli od początku tych wakacji włącznie z plecami, prostata i teraz jeszcze brzuchem. Lekarz przepisał mu USG ale nie ma możliwości zrobienia bo nie ma dat tutaj... zarezerwowała na 22 stycznia dopiero. lekarz polecił mu wyjazd i zrobienie w Paryżu. Ja przypuszczałam ze to albo gastro albo zatrucie pokarmowe u teściów i się nie pomyliłam. Bo teściową ma ostry stan i teraz teść... Antek narazie się trzyma ale jest u nich więc pewnie tez jest zarażony. 
W związku z powyższym Sylwester odwołany jak i obiad noworoczny. A narobiłam się bigosu, sałatki, rosołu i jeszcze deser dziś od rana czyli Pavlova - zjemy sami, resztę zamroze. Tyle ze nakupiłam łososia wędzonego, foie gras, pulardy i inne dobra świąteczne a jeść nie ma komu.

Antoni narazie nie wraca bo jak wróci to zarazi mnie... a jak zarazi mnie to ja znowu padnę na kilka tygodni znając życie bo będę mieć komplikacje. Stephane już zreszta kaszle od 3 dni ale mnie jeszcze nie zaraził choć tego wykluczyć nie mogę. Jestem bowiem immuno-depresyjna, więc łapie wszystko co wokół i potem choruje całymi tygodniami. 

Wyc mi sie chce... ale nikt mnie nie słyszy... więc do księżyca sobie powyje. Może mi ulży? 
Prosze mnie nie pocieszać bo nie szukam pocieszenia. Szukam rozwiązań i wyjść z tej sytuacji, z tego smutku, który mnie dosłownie dobił w 2025 roku. Wierze, ze znajdę. 




 

poniedziałek, 29 grudnia 2025

2025... to nie był zbyt dobry rok


Dziś moj brat świętuje swoje urodziny a ja myślę o tym czasie minionym, który za chwile, symbolicznie, zamkniemy. 
Rok 2025? Nie należy do najbardziej udanych, spokojnych i tych, które będziemy miło wspominać. Raczej wręcz przeciwnie. 

I to z wielu względów.

 - Po pierwsze: choroby... moich bliskich i moje własne. Bez końca. Rodzice maja się dużo lepiej i dzięki Bogu za to i dzięki lekarzom. Ze mną niestety tak sobie. Mam wyznaczone spotkanie z chirurgiem na 4 lutego. Jak dożyje to zobaczę co mi powie i co zrobię dalej. Dostęp do lekarzy tutaj przyprawia o dreszcze. Ten brak wyboru czegokolwiek, ta spolegliwość wobec systemu bo nie ma wyboru, te upokorzenia notorycznie...


- Po drugie: średnio pomyślny Antka konkurs, na tyle nie wchodzący w jego plany studiów, ze postanowił powtarzać ten rok prépa. Powtarza. Jest numerem 1 w każdej dyscyplinie, ale nauczeni doświadczeniem wiemy, ze to oprócz osobistej satysfakcji zupełnie NIC nie oznacza. Poziom arbitralności ocen z konkursu jest na tyle duży, ze nawet najlepszy student może dostać złe oceny. Nie ma więc w tym najmniejszego sensu. Musi się spiąć zbyt wiele parametrów by coś pozytywnego z tego wyszło więc... on się przygotowuje, my kibicujemy a co będzie to NIKT NIE WIE. Poziom wkurzenia naszego na ten system jest jednak maksymalny. 


- Po trzecie: moje warunki pracy szkolnej tutaj we Francji i w Rennes, które nie maja żadnych szans i perspektyw na zmianę na lepsze. Dołuje mnie to każdego dnia, zaraz po otworzeniu oczu i na dłuższa metę uszkadza moje zdrowie. 


- Po czwarte: mieszkanie w tym mieście, które staje się miastem dealerów narkotyków i zorganizowanej przestępczości, jest dla nas ciężkim doświadczeniem. Gdy dodać do tego brzydotę wokół, klimat, brak życia kulturalnego z taka czestotliwoscia i na takim poziomie jaki byśmy sobie życzyli to przeprowadzka jest must have. 


-Po piate: relacje w szeroko pojętym sensie i znaczeniu... te rodzinne, te w pracy, te przyjacielskie... no cóż do najlepszych w tym mieście i regionie nie należą. Niektóre oczywiście tak, ale nie da się ukryć, ze moi przyjaciele, ci najbliżsi i najdrożsi dla mnie są w Paryżu, w Bordeaux w swej większości... Doceniam oczywiście te kilka przyjacielskich więzi tutaj i jestem za nie wdzięczna, ale poziom ich intensywności jest dużo mniejszy niż to co znałam wcześniej... mogę to porównać z życiem kulturalnym w Bordeaux co miesiąc minimum koncert czy opera a tutaj 2/3 razy w roku. 


-Po szoste: to co się dzieje na świecie i w tym kraju... wojny, cynizm, lenistwo, pasywność, rosnący w sile radykalizm i słabnąca liberalna demokracja... wszędzie. Moralność i etyka na poziomie mniej niż zero za to konsumpcjonizm wciąż wyżej i wyżej i wszelkie ekstrema polityczne, nawet we własnej rodzinie...


Co bylo dobrego? 

Tez część relacji i spotkań! Praca na Uniwersytecie choć "nędznym" ( chodzi mi o miejsce w klasyfikacji Uniwersytetów we Francji) to jednak dając mi duzoo satysfakcji! Antka forma, rozwoj intelektualny. Podróże... w tym ta do Polski! I nasza mała rodzinka, trzyosobowa, która wciąż się kocha, trzyma razem, śmieje razem i docenia wzajemna miłość i przywiązanie. 



 

niedziela, 28 grudnia 2025

Brzydota rodzi smutek, smutek deprymuje, a zdeprymowanie, gdy trwa staje się depresja...


A ta ostatnia jest groźna choroba. O tym pisze w swojej najnowszej książce bardzo medialny, francuski psychiatra Dr Christoph André. Do tej refleksji skłoniło go jego własną choroba, nowotwór. Podczas jej trwania zderzył się z ta francuska brzydota szpitali i z "zimnem" personelu. Brzydota, która nas otacza wywołuje w nas smutek a ten z koleji w niczym nie pomaga naszemu zdrowiu, on go uszkadza. 
Z koleji, jak pisze André, wiele badań naukowych potwierdza, ze patrzenie na piękno, piękne rzeczy, przebywanie w przyjemnych miejscach wywołują pozytywne emocje i maja biologiczny impakt na nasze ciało i stan zdrowia. Piękno obniża poziom stresu, wzmacnia układ immunologiczny. I uwaga tutaj naciska André nie chodzi o luksus, chodzi o estetykę, o piękno, o kolory, o ciepło, o bukiet kwiatów, o zwykle, wygodne meble, łóżka, fotele... 
W swojej książce psychiatra wzywa szpitale do wzięcia się za pędzle i do ofiarowania choć odrobiny piękna i ciepła pacjentom.

Bardzo poruszyła mnie ta refleksja bo jak to się banalnie mówi, czuje to samo, przezywa to samo, myślę tak samo... 
Pamiętacie jak kilka dni temu wrzucił zdjęcia miejsca, liceum w którym pracuje... są tutaj poniżej... jak można się czuć pracując w takim miejscu??? Odpowiedz nasuwa się sama. Dla porównania hol liceum, w Poznaniu, w którym ja się uczyłam w latach 1990... z ekipa komunikacyjna liceum, uczniami, z publicznej strony ogólniaka. 

Jak sobie pomyślę, ze za tydzień muszę do tego liceum i do tych schodów i korytarza wrócić do mam ciarki... bo tak kiedyś, w PRL wyglądał poprawczak, do którego chodziłam z moja klasa pedagogiczna na praktyki... a tyle lat później tak wyglada francuski ogólniak. Jak im nie wstyd? 




 

wtorek, 16 grudnia 2025

Operacja? W styczniu 2026? Wku...


Bylismy wczoraj wieczorem u laryngolog. Bardzo przykre doświadczenie. Jestem dosłownie nafaszerowana lekami: antybiotyki, sterydy już nie tylko lokalnie ale tes doustnie, kodeina na ból, i jakieś krople-spray do nosa, którego nawet w aptece wczoraj wieczorem nie było bo to tylko w stanach ciężkich bo przebuja czyli perforuje tkanki... jakieś coś takie dziwne, którego pewnie ani nie będę brała skoro oddycham. 
Według pani doktor operacja jest konieczna na początku przyszłego roku: usuwanie torbieli oraz poszerzanie kanałów zatok przyszczekowych by ta ropa tam spływała sprawnie a nie prowokowała co ileś tygodni zapalenie zatok. Operacja w znieczuleniu ogólnym, trwa około 2 godzin, następnie są 15-21 dni konwalescencji i na to jest ZWOLNIENIE. Czy pójdę czy nie to zdecyduje sama bez ich nacisków i pośpiechu. 
Bo oczywiście teraz zwolnienia nie mam. Idę do pracy zaraz z walizeczka lekarstw. 

Tymczasem w pracy wkurwienie maksymalne bo napisałam dziś rano, ze będę i ze odrobię moje 3 lekcje stracone wczoraj popołudniu a oni do mnie napisali "czy mam POZWOLENIE na NIEOBECNOSC" z wczoraj. 
Odpisalam, ze nie mam i mieć nie będę bo sama, jako jednostka dorosła i odpowiedzialna, n
moge podjąć decyzje, ze jak boli i nic nie widzę to lekcji nie robię i nie mam warunków o wypełnianie druków i czekania na pozwolenie na nieobecnosc...

Ja nie wiem co ONI maja w MOZGACH? jakie g... czy inne rzygi by w ogóle o coś takiego pytać. Co za durny i popeirzony naród. Brak słów już mi po prostu. 

 

niedziela, 14 grudnia 2025

Trzeba będzie być silna i wytrzymała...


Mam pilne spotkanie z laryngolog wieczorem o 19. Do tego czasu nie mam jednak zwolnienia więc muszę iść do pracy i te lekcje jakoś zrobić, do 17 godziny... od 10. Tak sobie myślę, ze jak ja nie dam rady mówić to puszczę jakiś film historyczny i posiedzę. Nafaszeruje się lekami i może dam radę?