Niefajnie sie zaczął dzisiejszy dzien a raczej noc. Było kilka minut po północy jak obudził mnie ostry ból gardła i całej jamy ustnej. Po cichutku pobiegłam do łazienki. Zapalilam światło. Otworzyłam usta przed lustrem i zamarlam. W środku czerwień jak z królewskiego płaszcza i ból, pieczenie... Nie do wytrzymania. Wzięłam środek przeciwbólowy, wypiłam trochę wody i mysle sobie przejdzie... Posiedzialam kilkamnascie minut w łazience. Po chwili wszedł nieco zaspany Antek patrzę na niego niedowierzajac a moje dziecko trze całe czerwone i opuchnięte oczy. Męża nie musiałam juz budzić wstał sam z bardzo bolącym gardłem, w ogniu. Najbardziej jednak przestraszylismy sie oczami Antka bo zdarza mu sie taka alergiczna reakcja we Francji ale nigdy tak rozległa, na obu oczach i tak cholernie czerwona. Przestraszylismy sie na żarty. Zadzwoniłam do recepcji pomimo nocnej godziny i poprosiłam o wezwanie pilńie lekarza do hotelowego pokoju. Po około 45 minuta przyjechał facet w średnim wieku. Obadal nas, popatrzył, zrobił wymazy z gardeł... I stwierdził - ostra reakcje alergiczna-zapalna na silne zanieczyszczenie powietrza w Nowym. Yorku. Dał nam od razu lek do psikania, połykania, smarowania dla Antka. Jego krople do oczu miałam z Francji.
Wychodząc coś wspominał o " wrażliwości Francuzow na amerykańskie pełne spalin powietrze" . Nie bardzo mi sie to spodobało... A moj maz wręcz rzucił coś o prymitywizmie Amerykanów i ich zaśmiecaniu planety.
Na szczęście obeszło sie bez rękoczynów! Leki nam pomogły nieco, ale nie do końca jeszcze.
Dziś rano musieliśmy ruszyć do Bostonu. Nasz pobyt w NY dobiegł końca i chyba dobrze. Jednakże nie było zbyt łatwo dziś rano.
Najpierw wyjazd z NY, pomimo sobotniego poranka znowu korki. Rozwalone drogi, śmieci całe gory na północy Queens i na Bronxie, gdyz nieopodal, autostrada 278 przyjezdzalismy. Kolejny most do przekroczenia i znów tylko okienka na EZ pass albo na cash.... Jak człowiek ńie ma gotówki a tylko kartę kredytowa to przez głupi most nie przejedzie, z autostrady płatnej nie skorzysta bo jak twierdzi moj Francuz maz, z bardzo krytycznym stosunkiem do tego co na swiecie, to jest wlasnie
amerykański prymitywizm. Niby taki kraj, wszystko nowoczesne a brudu na drogach, a dziur w drogach, żadnej porządnej autostrady jeszcze ani w Kanadzie ani w USA nie widzieliśmy, wszędzie dziury albo bloki betonowe jak w byłej NRD... Samochód podskakuje... Na poboczach tony pękniętych opon, strzępki walających sie na wietrze. Niestety... Wiejskie drogi sa duzo lepsze i przyjemniejsze.
Czyli coś tutaj nie gra? A może gra inaczej?
Po wyjeździe z megalopoli NY na autostradę 95 sie zaczelo... Jazda w harmonijkę. Przez 5 minut jedziesz 100 km/h a następnie przez 15 minut stoisz albo jedziesz 30 km/h. Nijak pojąć tego ńie możemy. Skąd te zwolńienia i nagle przyspieszenia. W każdym razie przejechaliśmy niecałe 150 km w ponad 3 h! Niezle nas trafiało! Nieprzespana noc, zapuchńiete gardła i oczy, i jeszcze ta jazda...
Dopiero po miejscowości New London zaczęliśmy jechać normalnie, jak na autostradę amerykańska, czyli nie szybciej jak 65 miles na godzinę... To nic, ze sa ograniczeńia. Kto może ten ich nie przestrzega a zasady ruchu to w ogóle sa w głębokim poważaniu bo wymijanie po prawej i wieczne trabienie bez powodu, szczegolnie ciężarówek, to norma.
Gdy tak posuwalismy sie w ślimaczym tempie przez 3 godziny zaczelismy sie bawić w liczenie - ile osób jedzie w samochodzie? I coz, w 90% przypadków tylko 1, just ONE... Wiadomo wiec skąd tyle zanieczyszczenia? Gdy dodać do tego, ze prawie każda podróżująca osoba popija z wielkiego plastikowego kubka o pojemności minimum 400 ml cała drogę, do tego z plastikowej słomki... Ze nawet na ulicach NY co drugi maszerujących albo coś je z plastiku bądź papieru albo pije, i tak cały dzien to... Wiadomo skąd tyle zanieczyszczenia?
Dlatego śmieszą mnie ich reklamy o tym jak " byc zielonym"! Z cyklu nie zmieniaj ręcznika codziennie... To każdy idiota wie. Tyle, ze wlasnie tutaj w USa i w Kanadzie przeciętny obywatel
konsumuje najwiecej litrów wody dziennie, najwiecej energii rocznie, najwiecej paliwa i produkuje
najwiecej śmieci na swiecie....?
Coś tu nie gra?
A może gra inaczej?
Czas z pewnoscia na zmiany. Ale kto chce zmian skoro tak jest od lat skoro tak jest wygodnie. 3-4 kawy dziennie i 4 kubki do śmieci? Kąpiel i prysznic bo przecież higiena. Samochód by pojechać po Coca Colę, po kawę, po aspirynę. Wszystko jest tak zrobione oprócz centralnych dzielnic miast, w ktorych mało kto mieszka, by wszędzie, ale to wszędzie jechać samochodem, po każda bzdurę... Konsumujac przy tym tyle ile sie tylko da....
sobota, 16 sierpnia 2014
piątek, 15 sierpnia 2014
Etap dwudziesty czwarty - Ameryka symbol wolnosci
Dzisiejszy dzien był równie intensywny jak ten wczorajszy. W naszych planach mieliśmy przybliżyć sie do Lady Liberty czyli do Statuy Wolnosci. Wyruszyliśmy z hotelu juz przed 9 h ale zanim postawiliśmy stopę na Ellis Island minęły równo 2 godziny. Na początek było metro, hałaśliwie, trzeszczace i zatłoczone. Następnie jedna przesiadka przy Canal street na inna linie metra i długi marsz korytarzami. W końcu Ferry Station czyl stacja tuż przy odpływających z cypla Manhattanu pasażerskich statkach. Pisze "tuż" a mysle 15 minut szybkiego marszu, ale w Nowym Yorku to wlasnie oznacza " tuż" !
Jak dotarliśmy do kas to oczywiście ukazała sie nam najpierw dlugasna, pokręcona, hałaśliwa i różnokolorowa kolejka, a raczej kilka kolejek do rożnych kas. Ustawiliśmy sie w jednej i trochę zeszło zanim nie dotarliśmy do okienka kasjerki. Kupiliśmy bilety, ale trochę byliśmy źli, ze nie zarezerwowaliśmy kilka tygodni wczesniej zwiedzania wnętrza pomnika... Dziś juz nie było miejsc. Miejsc nie było do 4 listopada....
Następnie przeszliśmy wszystkie kontrole włącznie ze zdejmowaniem zegarków i pasków od spodni. Aż w końcu udało nam sie wejść na Belle Ellis Island, nasz statek. Takich jak my były dziś rano całe setki! Statki odpływają co 30 minut i każdy ma trzy pełne poziomy pasażerów po 300 osób na każdym. Powiało oceanem...
Jakże czesto zapominamy o tym, ze Nowy York to PORT i przede wszystkim port! Gdy w 1609 roku Holendrzy odkupili te ziemie od Indian nie było tutaj nic oprócz lasów i zalazka portu. Nowojorski port jest jednym z najwiekszych w USA, ale NY sredniemu smiertelnikowi kojarzy sie ... Nie z portem!
W miarę jak zbliżyliśmy sie do Statuy Wolnosci zaczynało robić sie gorąco, ludzie szaleli z aparatami, przepychali sie, wciskali miedzy siebie by tylko ująć jak najlepiej obiekt. A było o co sie starać bo za nami.... Cały Manhattan w pełnej krasie! Widoki zapierające dech w piersiach!
Na wyspie mozna było wziąć audio przewodnik. Co tez uczyniliśmy i z zachwytem poznaliśmy historie obiektu. Symbol niezwykłej francusko- amerykańskiej przyjaźni, współpracy ale tez wspólnie wyznawanych wartości. Czegoś pan nie uczynił panie Eiffel? W Paryzu zostawiłes Żelazna Damę a tutaj Damę Wolnosci.
Niezwykłym paradoksem jednak jest sam fakt, ze Wolność symbolizuje KOBIETA, gdy tymczasem jeszcze dzisiaj na swiecie w wielu miejscach kobiety nie sa wolne! Ba nawet tutaj w USA w dniu inauguracji Statuy kobiet na uroczystość nie zaproszono! Nie dopuszczono ich nawet do tego wielkiego i uroczystego ceremoniału! A był juz koniec XIX wieku!
Statua robi wrazenie i rodzi tez wzruszenie... Tuż obok, na Ellis Island znajduje sie muzeum emigracji. Do 1954 roku tutaj przypływaly statki z emigrantami z Europy. I to muzeum to historia tych rzesz, biednych, utrudzonyc, czesto prześladowanych jak Żydzi ludzi, którzy w Ameryce szukali wolnosci. Stosy walizek, pamiątek, kilka prześcieradłem i starych lalek... Mozna dzisiaj nad nimi zapłakać albo uśmiechnąć sie do odzyskanej wolnosci? Lepszego zycia? Nie zapominając o ofiarach....
Ameryka wolności.... Ameryka ekonomicznej wolnosci symbolizowała przez New York Stock Exchange.... Gwarne ulicy, kobiety w chustkach i bez, kobiet w mini i mężczyzn w turbanach....
11 wrzesnia 2001 roku wielu pozazdrościły tej wolnosci. Chciało ja skarcić, ukarać, ukrócić. Pokazać " lepszy" wizerunek swiata oparty na religijnych wartościach i zasadach. Czy lepszy?
Jak dotarliśmy do kas to oczywiście ukazała sie nam najpierw dlugasna, pokręcona, hałaśliwa i różnokolorowa kolejka, a raczej kilka kolejek do rożnych kas. Ustawiliśmy sie w jednej i trochę zeszło zanim nie dotarliśmy do okienka kasjerki. Kupiliśmy bilety, ale trochę byliśmy źli, ze nie zarezerwowaliśmy kilka tygodni wczesniej zwiedzania wnętrza pomnika... Dziś juz nie było miejsc. Miejsc nie było do 4 listopada....
Następnie przeszliśmy wszystkie kontrole włącznie ze zdejmowaniem zegarków i pasków od spodni. Aż w końcu udało nam sie wejść na Belle Ellis Island, nasz statek. Takich jak my były dziś rano całe setki! Statki odpływają co 30 minut i każdy ma trzy pełne poziomy pasażerów po 300 osób na każdym. Powiało oceanem...
Jakże czesto zapominamy o tym, ze Nowy York to PORT i przede wszystkim port! Gdy w 1609 roku Holendrzy odkupili te ziemie od Indian nie było tutaj nic oprócz lasów i zalazka portu. Nowojorski port jest jednym z najwiekszych w USA, ale NY sredniemu smiertelnikowi kojarzy sie ... Nie z portem!
W miarę jak zbliżyliśmy sie do Statuy Wolnosci zaczynało robić sie gorąco, ludzie szaleli z aparatami, przepychali sie, wciskali miedzy siebie by tylko ująć jak najlepiej obiekt. A było o co sie starać bo za nami.... Cały Manhattan w pełnej krasie! Widoki zapierające dech w piersiach!
Na wyspie mozna było wziąć audio przewodnik. Co tez uczyniliśmy i z zachwytem poznaliśmy historie obiektu. Symbol niezwykłej francusko- amerykańskiej przyjaźni, współpracy ale tez wspólnie wyznawanych wartości. Czegoś pan nie uczynił panie Eiffel? W Paryzu zostawiłes Żelazna Damę a tutaj Damę Wolnosci.
Niezwykłym paradoksem jednak jest sam fakt, ze Wolność symbolizuje KOBIETA, gdy tymczasem jeszcze dzisiaj na swiecie w wielu miejscach kobiety nie sa wolne! Ba nawet tutaj w USA w dniu inauguracji Statuy kobiet na uroczystość nie zaproszono! Nie dopuszczono ich nawet do tego wielkiego i uroczystego ceremoniału! A był juz koniec XIX wieku!
Statua robi wrazenie i rodzi tez wzruszenie... Tuż obok, na Ellis Island znajduje sie muzeum emigracji. Do 1954 roku tutaj przypływaly statki z emigrantami z Europy. I to muzeum to historia tych rzesz, biednych, utrudzonyc, czesto prześladowanych jak Żydzi ludzi, którzy w Ameryce szukali wolnosci. Stosy walizek, pamiątek, kilka prześcieradłem i starych lalek... Mozna dzisiaj nad nimi zapłakać albo uśmiechnąć sie do odzyskanej wolnosci? Lepszego zycia? Nie zapominając o ofiarach....
Ameryka wolności.... Ameryka ekonomicznej wolnosci symbolizowała przez New York Stock Exchange.... Gwarne ulicy, kobiety w chustkach i bez, kobiet w mini i mężczyzn w turbanach....
11 wrzesnia 2001 roku wielu pozazdrościły tej wolnosci. Chciało ja skarcić, ukarać, ukrócić. Pokazać " lepszy" wizerunek swiata oparty na religijnych wartościach i zasadach. Czy lepszy?
Etap dwudziesty trzeci - Ground zero : uraz i szok
Zanim napisze o tym co zwiedzalismy w dzisiejszym dniu chciałabym opisać przede wszystkim to co mnie głęboko zaszokowało w popołudniowych godzinach tego świątecznego, dla niektorych dnia. Otóz idąc powoli pieszo z samego brzegu Manhattanu dotarliśmy do Punktu Zero czyli tego miejsca, w którym to 11 wrzesnia 2001 roku dwa pilotowane przez terrorystów samoloty wbiły sie w wieże World Trade center. WTC liczył sobie 7 wież ale te pozostałe były znacznie niższe choc tez uległy w tym ataku zniszczeniu. Gdy byliśmy tutaj w 2003 roku, w kwietniu, tkwiły tu jeszcze resztki murów, stalowe konstrukcje wież. Całość była ogrodzona płotem, zwykła siatka, na którym wisiały tablice z nazwiskami tych, którzy w tym miejscu zginęli. Wtedy to zobaczyłam kobietę nosząca moje nazwisko wsród ofiar. Trwały roboty... Po latach debat i konkursów rożnego rodzaju na to co zrobic z tym miejscem powstał tutaj memoriał, muzeum oraz wybudowano 3 nowe wieże.... Od strony Brodway mozna jednak jeszcze zobaczyć stare, stalowe pól-luki oznaczające wejście do 2- giej wieży.
Memoriał składa sie z dwóch ogromnych, marmurowych basenów. Wokol nich tablice z nazwiskami poległych. W środku olbrzymie dziury do ktorych z 9 metrowej wysokości spływa strumyczkami woda tworząc 4 wielkie wodospady. Woda gromadzi sie na dole by spłynąć dalej do kolejnej dziury, której dna juz nie widać. Memoriały wykonane sa z czarnych kamieni i metali a nazwiska ofiar wykute sa w bronzie.
Nie jest to zwykle miejsce. Nie jest to miejsce porównywalne z jakimś innym buildingiem czy historycznym pomnikiem. To miejsce tragedi i po części tez cmentarz bo ileż ciał tutaj wlasnie zostało spalonych, bądź w dramatycznym locie rozpadło sie na kawałki?
Chodziliśmy wiec po nim zachowując ciszę. Zrobiłam kilka pamiątkowych zdjeć samego obiektu. Jednakże sporej ilości zwiedzających zupełnie nie przeszkadzało pozowanie, wskakiwanie na pamiątkowe tablice, wyciągnie rak i szczerzenie zębów do rodzinnego obiektywu... Z wrażenia nie mogliśmy nic powiedzieć, ale wyraźnie odczulismy nie tylko niestosowność co po prostu niedopuszczalności tego typu zachowań. Co jakis czas patrolujaca policja interweniowała ale bezskutecznie.
Dopiero gdy oddalilismy sie od Ground Zero, na Brodway wlasnie, wróciło nam mowę. Moj maz był zszokowany, ja tez i nawet moj syn stwierdził, Ze ci ludzie zachowywali sie " malsain" czyli po angielsku insane. Polskie słowo nie oddaje treści, która chce tutaj przekazać bo nie chodzi o " niezdrowo" ale o pewne skrzywienie psychiczne czy mentalne.
Do tej pory, gdy o tym pomyśle, idą mi ciarki po plecach a w głowie rodzi sie tylko krzyk: jak tak mozna?!
Szkoda, ze z miejsca pamięci, niektórzy robia cyrk albo Disneyland. Szkoda, ze większość
współczesnych nam osób nie odczuwa żadnej empatii, nie posiada podstawowego wychowania i jakiejś cześc świadomości, która pozwoliła by im odczuć, ze może w krzyczeniu "Yes!", szerokim uśmiechu i wyciągniętych w gore dłoniach w tym miejscu akurat, jest coś niestosownego, niewypowiedzianego?
Memoriał składa sie z dwóch ogromnych, marmurowych basenów. Wokol nich tablice z nazwiskami poległych. W środku olbrzymie dziury do ktorych z 9 metrowej wysokości spływa strumyczkami woda tworząc 4 wielkie wodospady. Woda gromadzi sie na dole by spłynąć dalej do kolejnej dziury, której dna juz nie widać. Memoriały wykonane sa z czarnych kamieni i metali a nazwiska ofiar wykute sa w bronzie.
Nie jest to zwykle miejsce. Nie jest to miejsce porównywalne z jakimś innym buildingiem czy historycznym pomnikiem. To miejsce tragedi i po części tez cmentarz bo ileż ciał tutaj wlasnie zostało spalonych, bądź w dramatycznym locie rozpadło sie na kawałki?
Chodziliśmy wiec po nim zachowując ciszę. Zrobiłam kilka pamiątkowych zdjeć samego obiektu. Jednakże sporej ilości zwiedzających zupełnie nie przeszkadzało pozowanie, wskakiwanie na pamiątkowe tablice, wyciągnie rak i szczerzenie zębów do rodzinnego obiektywu... Z wrażenia nie mogliśmy nic powiedzieć, ale wyraźnie odczulismy nie tylko niestosowność co po prostu niedopuszczalności tego typu zachowań. Co jakis czas patrolujaca policja interweniowała ale bezskutecznie.
Dopiero gdy oddalilismy sie od Ground Zero, na Brodway wlasnie, wróciło nam mowę. Moj maz był zszokowany, ja tez i nawet moj syn stwierdził, Ze ci ludzie zachowywali sie " malsain" czyli po angielsku insane. Polskie słowo nie oddaje treści, która chce tutaj przekazać bo nie chodzi o " niezdrowo" ale o pewne skrzywienie psychiczne czy mentalne.
Do tej pory, gdy o tym pomyśle, idą mi ciarki po plecach a w głowie rodzi sie tylko krzyk: jak tak mozna?!
Szkoda, ze z miejsca pamięci, niektórzy robia cyrk albo Disneyland. Szkoda, ze większość
współczesnych nam osób nie odczuwa żadnej empatii, nie posiada podstawowego wychowania i jakiejś cześc świadomości, która pozwoliła by im odczuć, ze może w krzyczeniu "Yes!", szerokim uśmiechu i wyciągniętych w gore dłoniach w tym miejscu akurat, jest coś niestosownego, niewypowiedzianego?
czwartek, 14 sierpnia 2014
Etap dwudziesty drugi - Top of the rock!
Inaczej nie da sie tego ująć! Na szczycie kamienia, skaly, gory a raczej na dachu Nowego Yorku! Ten widok zdominował nasz dzisiejszy dzien. Dzien niezwykle intensywny i pełen wrażeń. Rozpoczęty krótko po 7 h rano i zakończony, gdy o zwiedzanie chodzi przed kilkoma minutami o 19 h. Jesteśmy wykończeni. Przeszliśmy dziesiątki kilometrów, zderzylismy sie z międzynarodowym tłumem, napatrzylismy na zapierające dech w piersiach widoki. Najpiękniejszym momentem naszego dnia była wizyta w Top of the rock czyli w Rockeffeller center miedzy 5- th a 6- th avenue, przy 50- th street. Gdy byliśmy w NY 11 lat temu wyjeżdżaliśmy na Empire State Bulding. Tym razem byliśmy kilka przecznic bliżej Central Parku. Coś niesamowitego... Sama historia budynku, rodziny miliarderów ale tez organizacja samego zwiedzania. Juz od pierwszych kroków, w holu centralnym, gdzie nabywa sie bilety wielka kryształowa kompozycja opadająca z sufitu autorstwa Swarowskiego i nazwana Joie po francusku czyli Radość. Windy marmurowe z przeszkolnymi sufitami, na ktorych podczas jazdy mozna nie tylko obserwować mechanizm ale tez krótki spektakl świetlny i dźwiękowy. Dech nam zaparło. Kilka minut pozniej zaparło nam dech na trzech platformach widokowych usytuowanych na samym szczycie budynku.
Nie da sie tego opisać... Dobra godzinę siedzieliśmy na gorze i nie mogliśmy sie napatrzec! Zdjeć zrobiłam setki. Sam plac przed Rockeffeller center urzeka swą uroda. Zima jest tutaj olbrzymia choinka oświetlona oraz lodowisko... I może mniej turystów?
Miasto huczy, panuje w nim taki zgiełk i hałas, ze trudno na Manhattanie wytrzymać. Nam było trudno. Uciekliśmy do Centrale Parku. Co prawda to tez Manhattan ale takie zielone płuca miasta. Tam co prawda niewiele ciszej Bo huczy i z upper east Side i z upper west Side, ale nieco lepiej. Spędziliśmy tutaj tez trochę czasu. Podziwiałam spacer " literacki" oraz jeziorka w tym to duże Jackie Kennedy. Antka zachwyciły spektakle, improwizowane przez całkiem dobrych artystów w parkowych alejach. Przeszliśmy po sporej cześc 5- th avenue ale tez Park avenue i Madison avenue. Zajrzelismy do Bloominsgdale's jak i do Tiffany ale coz... W tym ostatnim ceny nie na nasza kieszeń! Za to w butiku NBA moj mały Antek sie odkupił w bluzę, czapkę z daszkiem i jeszcze Jordansy chciał ale rozmiaru nie było wiec teraz mamy misje, znaleźć Jordansy w odpowiednim rozmiarze.
Dzien rozpoczęliśmy i zakończyliśmy na Time Square. Rano było jeszcze spokojnie jak na. NY ale wieczorem dudnilo. Nie na moje zmęczenie... Niestety nie lubię tak halasliwych miejsc, drażnią mnie. Antkowi aż świeciło w oczach i podobało mu sie ale mi... Hm... Wole inne zycie choc z ciekawością obejrzałem neony i ten tłum po raz kolejny.
Moj syn jest zafascynowany NY. I jesteśmy z niego dumni bo na nic sie nie skarży, maszeruje kilometrami i szczerzy zadowolone zeby!
Wieczorem jemy w hotelu, siły brak na jakiekolwiek wychodzenie. Zamawiam katering do pokoju i wskakuje do wanny.
Nie da sie tego opisać... Dobra godzinę siedzieliśmy na gorze i nie mogliśmy sie napatrzec! Zdjeć zrobiłam setki. Sam plac przed Rockeffeller center urzeka swą uroda. Zima jest tutaj olbrzymia choinka oświetlona oraz lodowisko... I może mniej turystów?
Miasto huczy, panuje w nim taki zgiełk i hałas, ze trudno na Manhattanie wytrzymać. Nam było trudno. Uciekliśmy do Centrale Parku. Co prawda to tez Manhattan ale takie zielone płuca miasta. Tam co prawda niewiele ciszej Bo huczy i z upper east Side i z upper west Side, ale nieco lepiej. Spędziliśmy tutaj tez trochę czasu. Podziwiałam spacer " literacki" oraz jeziorka w tym to duże Jackie Kennedy. Antka zachwyciły spektakle, improwizowane przez całkiem dobrych artystów w parkowych alejach. Przeszliśmy po sporej cześc 5- th avenue ale tez Park avenue i Madison avenue. Zajrzelismy do Bloominsgdale's jak i do Tiffany ale coz... W tym ostatnim ceny nie na nasza kieszeń! Za to w butiku NBA moj mały Antek sie odkupił w bluzę, czapkę z daszkiem i jeszcze Jordansy chciał ale rozmiaru nie było wiec teraz mamy misje, znaleźć Jordansy w odpowiednim rozmiarze.
Dzien rozpoczęliśmy i zakończyliśmy na Time Square. Rano było jeszcze spokojnie jak na. NY ale wieczorem dudnilo. Nie na moje zmęczenie... Niestety nie lubię tak halasliwych miejsc, drażnią mnie. Antkowi aż świeciło w oczach i podobało mu sie ale mi... Hm... Wole inne zycie choc z ciekawością obejrzałem neony i ten tłum po raz kolejny.
Moj syn jest zafascynowany NY. I jesteśmy z niego dumni bo na nic sie nie skarży, maszeruje kilometrami i szczerzy zadowolone zeby!
Wieczorem jemy w hotelu, siły brak na jakiekolwiek wychodzenie. Zamawiam katering do pokoju i wskakuje do wanny.
środa, 13 sierpnia 2014
Etap dwudziesty pierwszy - New York, New York
Trochę jak z piosenki Francka Sinatry ale jak narazie to czarujące, romantyczne uniesienie ginie w dźwięku klaksonow i w kilometrowych korkach! Co tez nas podkusiło by jechać do NY samochodem???
Epitetów mi zaraz zabraknie na nasza głupotę! Podróżowanie po Ameryce samochodem i owszem ale po mniejszych miasteczkach i po wsi bo w tym molochu to nawet my, byli paryzanie, z droga co nieco obeznani, tutaj giniemy! Zeby było mało moj maz fantastyczny do dnia dzisiejszego GPS nie nabył! Mamy wiec mapę, na papierze i kilka map w IPadzie ale zadnego naprowadzacza. Tak wiec dzisiaj wyjechaliśmy o godzinie 10 rano z Waszyngtonu ale do NY dotarliśmy na 18 h minut kilka. Ile to kilometrów zapyta ktoś? Tylko 350! Ale za to jaka droga!
Do przedmieść nowojorskich szło gładko. Przejechaliśmy przez Goethals Bridge na Staten Island po czym przez Verrazzamo Bridge do Brooklynu. Tam okropna droga, autostrada w środku zrujnowanego miasta numer 278. Jechaliśmy na północ, kierując sie na dzielnice Queens, gdzie znajduje sie nasz hotel i sie zaczelo... Na mapie wszystko wyglądało prosto. Wyjeżdżamy na exit 36, dalej jedziemy na wschodnia Queens boulvard i od tej odbijamy w prawo na 26- th street, hotel jest na 25- th ale wszędzie sa ulice jednokierunkowe. I owszem znaleźliśmy sie na Queens bulwarze ale skręcić za Chiny ludowe a teraz juz mocno kapitalistyczne sie nie dało. Same zakazy, murki, korki olbrzymie, ciężarówki przygniatajace cię do krawężniki. Normalnie jakis horror z nienajlepszych filmów. Dwa razy przejechaliśmy po Queens bridge w te i wewte by znaleźć sie na Manhattanie czyli po drugie stronie rzeki od hotelu, tam zawrócić i z powrotem na Queens! Ja juz klelam na czym świat stoi. Steph zaczął popadać w deprechę. Antek tylko oczy zakrywal rękoma bo w końcu przestaliśmy byc grzeczni i przestrzegać zasad ruchu. W pewnym momencie mój Steph pojechał po chodniku, przez drogę dla rowerzystów, pasy dla pieszych i wyjechał na właściwa ulice. Panowie w garniturach zatrzymali dla nas ruch rowerów, śmiali sie przy tym... Ale za nami stały dwa wozy policyjne. Nikt w pościg nie ruszył. Ja sie martwię jednak bo może ktoś nasze tablice spisał i teraz będziemy płacić z tysiąc dolarów mandatu?
Moj maz, wieczny optymista, twierdzi, ze nie, ze to były samochody policji co ten ogromniasty korek regulowala i, ze w środku nikogo nie było. Ja nie wiem. Jak nas gdzieś zatrzymają albo zwiną samochód to bedzie cieżko. Queens to nie jest najlepsza dzielnica. Widok mamy śliczny, na Manhattan z okna hotelowego pokoju i hotel całkiem fajny nam sie trafił ale wokol, ulice to śmietniki. Pod hotelem korek samochodów stoi, trąbią co chwile, spać sie raczej nie da. Maja tutaj jakaś miłość do trabienia. Zamówiłam jedzenie telefońicznie na kolacje w hotelowym pokoju bo nie mam juz sił gdzieś chodzić. Przed nami 2 dni zwiedzania tego " global city" jak nazywa go znana geografka Saskia Saasen. Obok hotelu mamy metro, na Manhattan dojedziemy. Skupimy sie na tym co w NY jest najlepsze. A na cała resztę zamkniemy szeroko oczy!
Epitetów mi zaraz zabraknie na nasza głupotę! Podróżowanie po Ameryce samochodem i owszem ale po mniejszych miasteczkach i po wsi bo w tym molochu to nawet my, byli paryzanie, z droga co nieco obeznani, tutaj giniemy! Zeby było mało moj maz fantastyczny do dnia dzisiejszego GPS nie nabył! Mamy wiec mapę, na papierze i kilka map w IPadzie ale zadnego naprowadzacza. Tak wiec dzisiaj wyjechaliśmy o godzinie 10 rano z Waszyngtonu ale do NY dotarliśmy na 18 h minut kilka. Ile to kilometrów zapyta ktoś? Tylko 350! Ale za to jaka droga!
Do przedmieść nowojorskich szło gładko. Przejechaliśmy przez Goethals Bridge na Staten Island po czym przez Verrazzamo Bridge do Brooklynu. Tam okropna droga, autostrada w środku zrujnowanego miasta numer 278. Jechaliśmy na północ, kierując sie na dzielnice Queens, gdzie znajduje sie nasz hotel i sie zaczelo... Na mapie wszystko wyglądało prosto. Wyjeżdżamy na exit 36, dalej jedziemy na wschodnia Queens boulvard i od tej odbijamy w prawo na 26- th street, hotel jest na 25- th ale wszędzie sa ulice jednokierunkowe. I owszem znaleźliśmy sie na Queens bulwarze ale skręcić za Chiny ludowe a teraz juz mocno kapitalistyczne sie nie dało. Same zakazy, murki, korki olbrzymie, ciężarówki przygniatajace cię do krawężniki. Normalnie jakis horror z nienajlepszych filmów. Dwa razy przejechaliśmy po Queens bridge w te i wewte by znaleźć sie na Manhattanie czyli po drugie stronie rzeki od hotelu, tam zawrócić i z powrotem na Queens! Ja juz klelam na czym świat stoi. Steph zaczął popadać w deprechę. Antek tylko oczy zakrywal rękoma bo w końcu przestaliśmy byc grzeczni i przestrzegać zasad ruchu. W pewnym momencie mój Steph pojechał po chodniku, przez drogę dla rowerzystów, pasy dla pieszych i wyjechał na właściwa ulice. Panowie w garniturach zatrzymali dla nas ruch rowerów, śmiali sie przy tym... Ale za nami stały dwa wozy policyjne. Nikt w pościg nie ruszył. Ja sie martwię jednak bo może ktoś nasze tablice spisał i teraz będziemy płacić z tysiąc dolarów mandatu?
Moj maz, wieczny optymista, twierdzi, ze nie, ze to były samochody policji co ten ogromniasty korek regulowala i, ze w środku nikogo nie było. Ja nie wiem. Jak nas gdzieś zatrzymają albo zwiną samochód to bedzie cieżko. Queens to nie jest najlepsza dzielnica. Widok mamy śliczny, na Manhattan z okna hotelowego pokoju i hotel całkiem fajny nam sie trafił ale wokol, ulice to śmietniki. Pod hotelem korek samochodów stoi, trąbią co chwile, spać sie raczej nie da. Maja tutaj jakaś miłość do trabienia. Zamówiłam jedzenie telefońicznie na kolacje w hotelowym pokoju bo nie mam juz sił gdzieś chodzić. Przed nami 2 dni zwiedzania tego " global city" jak nazywa go znana geografka Saskia Saasen. Obok hotelu mamy metro, na Manhattan dojedziemy. Skupimy sie na tym co w NY jest najlepsze. A na cała resztę zamkniemy szeroko oczy!
wtorek, 12 sierpnia 2014
Etap dwudziesty - Amerykanski Kongres i muzea oraz o tym dlaczego lubie Amerykanow.
Dzis rano wybraliśmy sie na Capitol czyli na wzgórze, na którym znajduje sie ogromny i piękny budynek amerykańskiego parlamentu. Obie izby ta Reprezentantów i ta Senatorow dzieła te chlubę amerykańskiego narodu. Nasza wizyta zarezerwowana była na 11h 40 ale musieliśmy byc 40 minut wczesniej w budynku by przejść wszystkie kontrole. Sprawdzają zwiedzających z każdej strony, paszporty, jakiejś długie tutki z czujnikami, detektory metali plus osobiście tez. Tego nie lubię ale rozumiem, ze wszelkie miary bezpieczeństwa musza byc przestrzegane.
Pozniej była juz tylko przyjemność... I sporo emocji. To dość niezwykle uczucie znaleźć sie w amerykańskim senacie, który widziało sie z rzadka w TV i z ta świadomością jak wiele decyzji, ważnych dla swiata zostaje podjętych w tych murach! Jak wiele sław i autorytetow przemawiałoby w tej sali, szło tymi samymi korytarzami. Sam budynek jest grandiose powiedzialabym po francusku. Wszystko onieśmiela - korytarze, schody, sale, kopuła, obrazy, rzeźby...
Spędziliśmy tam ponad 4 godziny bo samej wizyty mieliśmy 2 h w tym cześc prywatna a i lunch w rezultacie zjedlismy w restauracji parlamentarnej, która to serwowała kuchnie z rożnych stanów, regionów, miast. W końcu mozna było skosztować amerykańskich specjałów a nie miedzynarodowych fast foodow. Pysznie było. Ja rozkoszowalam sie zupa z Pennsylwani, mój Antek wziął kurczaka i zapiekankę z Nowego Orleanu a Steph jakieś danie rybne rodem z Alaski. Po parlamencie przyszedł czas na najwieksza bibliotekę na swiecie - Congress Library czyli Kongresowa po prostu. Ponad 29 milionów ksiazek w tym pierwsze wydanie Biblii Gutenberga z
1450 roku... Cudowne manuskrypty ponad 1000 letnie z Persii czyli Iranu, mapy w tym ta Waldsemuuller na której w XVI wieku po raz pierwszy zilustrowany nowy kontynent czyli Amerykę, odkryta kilka lat wczesniej przez Kolumba.
Na zewnątrz lał deszcz, juz od samego rana. Po raz pierwszy od 3 tygodni wakacji padał deszcz jak do tej pory mieliśmy wszędzie śliczna i typowa letnia pogodę. Wyszliśmy z biblioteki Kongresowej na ulice i od razu złapaliśmy taksówkę by podjechać do muzeum Indian czyli rdzennych mieszkańców tej ziemi. Za 6 dolarów Pakistanczyk podwiozl nas pod same drzwi muzeum. Tutaj przerwa na kawę a raczej na Meksykańska czekoladę na gorąco. W tym muzeum znajduje sie jedna z ciekawszych restauracji serwujących typowa kuchnie rożnych plemion indiańskich. Byliśmy juz po obiedzie wiec był to nasz podwieczorek w chlebem kukurydzianym i z ta czekolada. Palce lizać. Dopiero po dobrym odpoczynku ruszylismy zwiedzać. Kolejne 3 godziny. Antek juz nam padał ale trudno oprzeć sie takiej fascynacji! Piękne 4 piętrowe muzeum z bogata kolekcja nie tylko przedstawiająca życie Indian kiedyś... Ale tez i dziś bo to bardzo aktywna cześc amerykańskiej i kanadyjskiej populacji.
I co tu zrobic jak ma sie 3 dni na Waszyngton a mozna by spedzic ich wiele? Muzeów sa dziesiątki i każde na cały dzien albo minimum pól dnia. Nie mówiąc o oficjalnych budynkach. Dzien wiec był wypełniony po brzegi i bogaty kulturalnie, kulinarńie, politycznie, duchowo ale tez artystycznie.
Co zachwyca w tym wszystkim?
Amerykanie! Uprzejmi, grzeczni, pomocni, uśmiechnięci choc wiadomo, ze pracując w takich miejscach maja dość pytań, akcentów i turystów. Zachwyca perfekcyjna organizacja tych miejsc, w ktorych przewija sie tysiące ludzi i chyba może to funkcjonować wlasnie dzięki temu. I na koniec zachwyca mnie osobiście duma Amerykanów. Duma z samego bycia Amerykaninem, z przynależności do wielkiej nacji, o bogatej historii, która wiele dokonała i która wciąż daży do jakiejś perfekcyjnej demokracji, do realizowania ideałów. Owszem nie zawsze to wychodzi, ale widać to staranie, na codzień, na ulicy. Publiczne, oficjalne budynki sa własnością narodu, obywateli i obywatele moga do nich wejść, bezpłatnie, bez przeszkód. Niestety zupelńie inaczej wyglada to we
Francji... Szkoda.
Pozniej była juz tylko przyjemność... I sporo emocji. To dość niezwykle uczucie znaleźć sie w amerykańskim senacie, który widziało sie z rzadka w TV i z ta świadomością jak wiele decyzji, ważnych dla swiata zostaje podjętych w tych murach! Jak wiele sław i autorytetow przemawiałoby w tej sali, szło tymi samymi korytarzami. Sam budynek jest grandiose powiedzialabym po francusku. Wszystko onieśmiela - korytarze, schody, sale, kopuła, obrazy, rzeźby...
Spędziliśmy tam ponad 4 godziny bo samej wizyty mieliśmy 2 h w tym cześc prywatna a i lunch w rezultacie zjedlismy w restauracji parlamentarnej, która to serwowała kuchnie z rożnych stanów, regionów, miast. W końcu mozna było skosztować amerykańskich specjałów a nie miedzynarodowych fast foodow. Pysznie było. Ja rozkoszowalam sie zupa z Pennsylwani, mój Antek wziął kurczaka i zapiekankę z Nowego Orleanu a Steph jakieś danie rybne rodem z Alaski. Po parlamencie przyszedł czas na najwieksza bibliotekę na swiecie - Congress Library czyli Kongresowa po prostu. Ponad 29 milionów ksiazek w tym pierwsze wydanie Biblii Gutenberga z
1450 roku... Cudowne manuskrypty ponad 1000 letnie z Persii czyli Iranu, mapy w tym ta Waldsemuuller na której w XVI wieku po raz pierwszy zilustrowany nowy kontynent czyli Amerykę, odkryta kilka lat wczesniej przez Kolumba.
Na zewnątrz lał deszcz, juz od samego rana. Po raz pierwszy od 3 tygodni wakacji padał deszcz jak do tej pory mieliśmy wszędzie śliczna i typowa letnia pogodę. Wyszliśmy z biblioteki Kongresowej na ulice i od razu złapaliśmy taksówkę by podjechać do muzeum Indian czyli rdzennych mieszkańców tej ziemi. Za 6 dolarów Pakistanczyk podwiozl nas pod same drzwi muzeum. Tutaj przerwa na kawę a raczej na Meksykańska czekoladę na gorąco. W tym muzeum znajduje sie jedna z ciekawszych restauracji serwujących typowa kuchnie rożnych plemion indiańskich. Byliśmy juz po obiedzie wiec był to nasz podwieczorek w chlebem kukurydzianym i z ta czekolada. Palce lizać. Dopiero po dobrym odpoczynku ruszylismy zwiedzać. Kolejne 3 godziny. Antek juz nam padał ale trudno oprzeć sie takiej fascynacji! Piękne 4 piętrowe muzeum z bogata kolekcja nie tylko przedstawiająca życie Indian kiedyś... Ale tez i dziś bo to bardzo aktywna cześc amerykańskiej i kanadyjskiej populacji.
I co tu zrobic jak ma sie 3 dni na Waszyngton a mozna by spedzic ich wiele? Muzeów sa dziesiątki i każde na cały dzien albo minimum pól dnia. Nie mówiąc o oficjalnych budynkach. Dzien wiec był wypełniony po brzegi i bogaty kulturalnie, kulinarńie, politycznie, duchowo ale tez artystycznie.
Co zachwyca w tym wszystkim?
Amerykanie! Uprzejmi, grzeczni, pomocni, uśmiechnięci choc wiadomo, ze pracując w takich miejscach maja dość pytań, akcentów i turystów. Zachwyca perfekcyjna organizacja tych miejsc, w ktorych przewija sie tysiące ludzi i chyba może to funkcjonować wlasnie dzięki temu. I na koniec zachwyca mnie osobiście duma Amerykanów. Duma z samego bycia Amerykaninem, z przynależności do wielkiej nacji, o bogatej historii, która wiele dokonała i która wciąż daży do jakiejś perfekcyjnej demokracji, do realizowania ideałów. Owszem nie zawsze to wychodzi, ale widać to staranie, na codzień, na ulicy. Publiczne, oficjalne budynki sa własnością narodu, obywateli i obywatele moga do nich wejść, bezpłatnie, bez przeszkód. Niestety zupelńie inaczej wyglada to we
Francji... Szkoda.
poniedziałek, 11 sierpnia 2014
Etap dziewiętnasty - Biały dom i polskie kielbaski
Niesamowite połączenie, nieprawdaż? Ale jak najbardziej prawdziwe! Dziś rano, po śniadaniu, ruszylismy do Waszyngtonu i to prosto do Białego Domu, gdyz tam mieliśmy zarezerwowane zwiedzanie o 11:40. Z naszego hotelu dojechaliśmy na miejsce czarnym mikrobusem. Po cichu liczyliśmy na szybkie spotkanie z prezydentem ale okazało sie, ze Barack Obama jest na wakacjach na wyspie Martha's Vineyard. Coz, było to do przewidzenia.
Ale sam Biały Dom wydał sie nam duzo mniejszy niz jego obrazy z TV. Jak mówił Jefferson jest on jednak wystarczająco duży by " pomieścić dwóch cesarzy, papieża i wielkiego Lame". Jego fasada nie zmieniła sie od 1924 roku ale wnętrze jak najbardziej... I to przy każdym prezydencie prawie. Byliśmy oczywiście tylko na pierwszym pietrze, jedynym dostępnym zwiedzającym. Mi jednak najbardziej podobał sie ogród warzywny założony prze Michelle Obama. Zdjeć w środku nie wolno było robić, tylko za płotem przy Pennsylwania Avenue np.
Po wyjściu z Białego domu ruszylismy na National Mall. Przez ogrody zwane Ellipse do Washington Monuments i dalej do Memoriału Lincolna, przez szereg innych memorialow. Bo Waszyngton to taka scena teatralna albo muzeum, jak kto woli, pod otwartym niebem. Jak chyba w każdym miejscu w Stanach jest tutaj to co najlepsze i to co najgorsze. Przede wszystkim gangi młodocianych dlatego wieczorem nie wolno samemu wychodzić z hotelu, własnymi nogami. To miasto dyplomatów, polityków. Miasto amerykańskiej historii. Trudno ńie czuć wzruszenia gdy wchodzi sie na schody Memoriału Lincolna, na których Martin Luther King wykrzyczał :" I have a dream!". Dziś zrealizowane marzenia, którego symbolem jest prezydent kraju, ale tez ponad 50% czarna populacja stolicy.
Obiad zjedlismy w muzeum. Przepięknym muzeum National Air and Space muzeum, przy National Mall. Wszystkie muzea w Waszyngtońie sa bezpłatne i oprócz tego, ze sa BIG sa tez niezwykle, narodowe, przebogate. Do muzeum kosmosu poszliśmy po pierwsze dlatego, ze obok dwóch innych to najpiękniejsze muzeum stolicy i po drugie ze względu na Antka. Zostaliśmy dobre 3 godziny. Coś
niesamowitego. Misje Apollo i statki kosmiczne, rakiety balistyczne z zimnej wojny, samoloty, od
tego pierwszego braci Wrigth z 1904 po pozostałe... Mozna wchodzi do sojuzow i innych rakiet. Sa tez specjalne studia dla dzieci z masa doświadczeń. Mysle, ze jesli chodzi o wiedzę o ziemi i o przestrzeni Antek dziś nauczył sie wiecej niz przez wszystkie swoje lata szkolnej edukacji. Znakomicie przygotowane wystawy. Pełen profesjonalizm.
Po tylu przeżyciach ruszylismy tym razem metrem w drogę powrotna do hotelu... Ciekawe doświadczenie tez. Teraz odpoczywamy bo jutro o 11:40 takie same godziny mamy - zwiedzanie Capitol czyli Congress i tamtejszej biblioteki, największej na swiecie. Popołudniu dwa muzea : amerykańskiej historii oraz Indian czyli pierwszych mieszkańców kontynentu. Obiad bedzie w indiańskiej restauracji z tradycyjnym jadłem natif people.
A co z tymi kiełbasami? Otóż wokol National Mall w tym Białego Domu, wzdłuż ulic stoją wozy z jadłem i z napitkami. Na każdym wielkie zdjecia- hot dog i hot dog z " polish sausage" - aż zdjęcie zrobiłam z wrazeńia... Polska kiełbasa pod Białym Domem.
Ale sam Biały Dom wydał sie nam duzo mniejszy niz jego obrazy z TV. Jak mówił Jefferson jest on jednak wystarczająco duży by " pomieścić dwóch cesarzy, papieża i wielkiego Lame". Jego fasada nie zmieniła sie od 1924 roku ale wnętrze jak najbardziej... I to przy każdym prezydencie prawie. Byliśmy oczywiście tylko na pierwszym pietrze, jedynym dostępnym zwiedzającym. Mi jednak najbardziej podobał sie ogród warzywny założony prze Michelle Obama. Zdjeć w środku nie wolno było robić, tylko za płotem przy Pennsylwania Avenue np.
Po wyjściu z Białego domu ruszylismy na National Mall. Przez ogrody zwane Ellipse do Washington Monuments i dalej do Memoriału Lincolna, przez szereg innych memorialow. Bo Waszyngton to taka scena teatralna albo muzeum, jak kto woli, pod otwartym niebem. Jak chyba w każdym miejscu w Stanach jest tutaj to co najlepsze i to co najgorsze. Przede wszystkim gangi młodocianych dlatego wieczorem nie wolno samemu wychodzić z hotelu, własnymi nogami. To miasto dyplomatów, polityków. Miasto amerykańskiej historii. Trudno ńie czuć wzruszenia gdy wchodzi sie na schody Memoriału Lincolna, na których Martin Luther King wykrzyczał :" I have a dream!". Dziś zrealizowane marzenia, którego symbolem jest prezydent kraju, ale tez ponad 50% czarna populacja stolicy.
Obiad zjedlismy w muzeum. Przepięknym muzeum National Air and Space muzeum, przy National Mall. Wszystkie muzea w Waszyngtońie sa bezpłatne i oprócz tego, ze sa BIG sa tez niezwykle, narodowe, przebogate. Do muzeum kosmosu poszliśmy po pierwsze dlatego, ze obok dwóch innych to najpiękniejsze muzeum stolicy i po drugie ze względu na Antka. Zostaliśmy dobre 3 godziny. Coś
niesamowitego. Misje Apollo i statki kosmiczne, rakiety balistyczne z zimnej wojny, samoloty, od
tego pierwszego braci Wrigth z 1904 po pozostałe... Mozna wchodzi do sojuzow i innych rakiet. Sa tez specjalne studia dla dzieci z masa doświadczeń. Mysle, ze jesli chodzi o wiedzę o ziemi i o przestrzeni Antek dziś nauczył sie wiecej niz przez wszystkie swoje lata szkolnej edukacji. Znakomicie przygotowane wystawy. Pełen profesjonalizm.
Po tylu przeżyciach ruszylismy tym razem metrem w drogę powrotna do hotelu... Ciekawe doświadczenie tez. Teraz odpoczywamy bo jutro o 11:40 takie same godziny mamy - zwiedzanie Capitol czyli Congress i tamtejszej biblioteki, największej na swiecie. Popołudniu dwa muzea : amerykańskiej historii oraz Indian czyli pierwszych mieszkańców kontynentu. Obiad bedzie w indiańskiej restauracji z tradycyjnym jadłem natif people.
A co z tymi kiełbasami? Otóż wokol National Mall w tym Białego Domu, wzdłuż ulic stoją wozy z jadłem i z napitkami. Na każdym wielkie zdjecia- hot dog i hot dog z " polish sausage" - aż zdjęcie zrobiłam z wrazeńia... Polska kiełbasa pod Białym Domem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)