niedziela, 10 sierpnia 2014

Etap osiemnasty - W drodze do Waszyngtonu

Dzisiejszego poranka po raz kolejny obudziliśmy sie w Pennsylwani. Przepiękny jest ten stan. Po śniadaniu, ruszyliśmy naszym srebrzystym Hyundai Elantra na południe ( wczoraj chyba pisałam o Hondzie, ale ja sie na samochodach nie znam, było to i jest coś azjatyckiego. Dziś moj maz sprostował). Najpierw droga US 30 do. Lancaster. Zatrzymaliśmy sie na zwiedzanie tego postkolonialnego miasta. Używam tutaj słowa postkolonialne w kontekście amerykańskim czyli dotyczącym pierwszych stanów, z charakterystyczna ceglana zabudowa i architektura typowa dla tego regionu. Miasto jest niewielkie ale było kiedyś, w 1777 roku stolica Stanów Zjednoczonych. Przypomina o tym jeszcze kilka typowych budynków. To co zachwyca jednak najbardziej to ilośc kościołów oraz kwiatów. Kościoły sporej ilości wyznań zapełniały sie stopniowo wiernymi. Wszak mamy dzisiaj niedziele. Spokojna atmosfera miasta miała w sobie coś szczególnego. Ruszylismy dalej na południe droga 222 przez Pensylwanie, piękna, pagórkowata, wsród lasów i pól z pojawiającym sie od czasu do czasu buggi Amiszów.
Przy drodze co kilka mil sprzedawano warzywa i owoce prosto z upraw. Zatrzymaliśmy sie i my na brzoskwiniowa przerwę. Droga 222 przeszła w US1. Czyli pierwsza drogę Stanów Zjednoczonych. To była zwykła, dwupasmowa droga i takie wlasnie lubię, wsród pól i lasów. Nie trwało to jednak długo. Trzeba było wjechać na obwodnicę Baltimore i dalej skierować sie na południe do Waszyngtonu. I tutaj sie zaczelo ruch, setki samochodów, po 4-5 pasem ruchu w jedna stronę... Brrr...

Tak sobie myśleliśmy gdzie ci Amerykanie w niedzielne popołudnie jadą? U nas, w Europie niedziela jest raczej dniem spokoju, małego ruchu, ciszy a tutaj korki jak w piątkowy wieczór. Nigdy nie ustający ruch. Coz wszyscy poruszają sie samochodami i wszystko sie załatwia samochodem...
Nawet tutaj, na przedmieściach Waszyngtonu by coś zjeść musimy jechać samochodem do restauracji a nie jesteśmy na odludziu. Wokol nas miasto, domy, sklepy, drogi ale nie ma jak pójść pieszo i wszędzie jest daleko. Kraj jest BIg jak i większość jego mieszkańców!
Teraz ja odpoczywam spokojnie w hotelu, jest wygodny, pokój spory z 40 metrów kw. I jest tutaj tez basen także moi mężczyźni na basenie szaleją a ja wole spokój. Jutro zaczniemy zwiedzać stolice i przede wszystkim Biały Dom. We wtorek zaliczymy muzea to : podboju kosmosu i ja chce zobaczyć to Indian czyli Native people. Może tez coś jeszcze. A może tez Congress Library bo tam jest moja ksiazka... Kiedyś z ciekawości sprawdziłam... Chodzi o doktorat oczywiście bo ta biblioteka kupuje wszystkie takie książki na swiecie.
A w środę ruszamy do Nowego Yorku i bedzie sie działo bo to miasto zbyt duże jak dla mnie ale warto je znać.

sobota, 9 sierpnia 2014

Etap siedemnasty - czyli o tym jak zakochalam sie w Pennsylwani

Dziś rano spojrzałam na wczorajsze wyczerpanie nowymi oczami. Obudziłam sie w hotelu, nieopodal Lancaster i jak ujrzałem te cudowne, tradycyjne amerykańskie domy z werandami, drewniane krzesła, kwiaty, wypieszczone trawniki i ten pejzaż to.... Juz wczoraj, na drodze mieliśmy przedsmak ale dzisiaj to były same rarytasy. Coś pięknego. Jesteśmy tutaj w samym sercu Amish country czyli kraju Amiszów. To ludzie szwajcarsko-niemiecko-holenderskiego pochodzenia. Przybyli tutaj w końcu XVII wieku gdyz w Europie byli prześladowani. Tworzą w. Pennsylwani około 60 tysięczna społeczność. Sa chrześcijanami ale anabaptystami. Maja specyficzne ubrania, nakrycia głowy i odrzucają nasza, współczesna cywilizacje. Nie ma u nich prądu, internetu ani samochodów. Poruszają sie czarnymi powozami zwanymi bouggi z zaprzegnietymi końmi. Sa farmerami ale w ostatnich latach turyści spowodowali w ich społeczności pewne zmiany. Otóż Amiszowie przyciągają ich tysiące i sami zaczęli obsługiwać turystyczny ruch. My, dzisiaj objechaliśmy kawałek ich terytorium od Lancaster przez Strasburg i inne mniejsze miejscowości. Byliśmy na ich tradycyjnym rynku - farmer's market, w ich domach i na jednej farmie. Obiad jedliśmy w typowej restauracji Amiszów. Niesamowite wrażenia. Jak powrót do źródeł, pogrążenie sie w jakiejś społecznej utopii, która wcale nie jest martwa. Wręcz przeciwnie! Mam nadzieje, ze juz wkrótce będę mogła w domu wkleić tutaj kilka interesujących zdjeć.

Pennsylwania wydaje sie byc kolebka  Stanów, wyjątkowym miejscem gdzie historia tego kraju jest widoczna i fascynująca. Jest tez tutaj po prostu pieknie. Krajobrazy, doliny, wzgórza, domy... Eh marzy mi sie taki jeden. Wzięliśmy reklamówkę agencji nieruchomosci ceny idealne dla nas, 4 razy taniej jest niz we Francji gdy o nieruchomosci chodzi... Mój Antek zachwycony, wracać nie chce bo widzi, ze tutaj mógłby mieć dom wielki, ogród i żyć w tak pięknym miejscu... Nie chce przez to powiedzieć, ze Bordeaux jest brzydkie bo tak nie jest. Ale amerykańskie ceny w tym stanie sa tak niskie dla nas Europejczyków, ze... Hm... Mozna zakochać sie w Pennsylwani!
Jutro Lancaster i droga do Waszyngtonu.

Etap szesnasty - Pożegnanie z wujem i z Brandon

Nie pisałam kilka dni bo byłam bardzo zajęta. Wiec wypadało by odpowiedzieć kilka slow do tego co napisałam poprzednio. Pobyt w Brandon był wyjątkowy. Wiedzieliśmy dobrze, ze najprawdopodobniej widzimy wujka po raz ostatni. Dlatego tez, ostatni dzien czyli czwartek był bardzo ciężki. Każdy z nas próbował zachować uśmiech i pogodny nastrój. Ńie obeszło sie jednak bez łez. Na początku wujek przez ńieuwage mocno uderzył sie w głowę juz przy śniadaniu. Rana zaczęła krwawic, ja opatrywalam ale krew u niego coś nie krzepnięcie bo jakieś lekarstwa bierze wiec mieliśmy trochę kłopotu z tym. Dobre kilka godzin trwało zanim mozna było go zostawić spokojnie tylko z przyklejonym plastrem. Na ostatni obiad nie było wiec za bardzo czasu wiec zamówiliśmy pizzę. Antek wyjadl wszystkie wujkowe cookies z czekolada... Pyszne były! Zaraz po

lunchu przyszła Britney by dziadka swojego na duchu podtrzymać bo jak mi powiedziała na boku, bała sie, ze wujek może byc smutny po naszym odjezdzie.
Tego ranka Antek poleciał jeszcze do Michaela pobawić sie z nim i z jego psem Maggi. Po czym tez miał spory kłopot z opanowaniem emocji. Płakał i płakał.  Bo Mike, bo wujek. Cieżko było.

Do Winnipeg zawiozła nas Katherin, żona Mike. Przyjemnie było.
Na lotnisku jednak okazało sie, ze nasz samolot do Toronto o 30 minut jest opóźniony. Zrobiliśmy wiec zakupy. Punkt pierwszy duża bluza z klonowym liściem i napisem Canada dla mojego taty...były dalsze. Do hotelu w Toronto dotarliśmy o 1 h w nocy... Wymeczeni. Padlismy na łóżka ale o 9 h trzeba było juz byc na nogach bo o 9 h30 mieliśmy zarezerwowany samochód na lotnisku.
I to był tez wyjątkowo ciężki dzien. Wczoraj wieczorem to ja juz sie popłakałam tez ze zmęczenia. Tym samochodem śliczna Honda, wygodna, ruszyliśmy do Pennsylwani, do USA. Tyle, ze od naszego kolejnego hotelu dzieliło nas 780 km. I wszystko byłoby dobrze gdyby nie amerykańskie służby graniczne.

Co to jest za bałagan to głowa boli! w Moskwie szybciej obsługują! Na granicy w okolicy Niagara

Falls... Kolejka samochodów. Sprawdzają, wypytują - czujesz sie jak wróg amerykańskiego narodu,
podejrzany terrorysta... I to mało. Każą ci ustawić samochód na parkingu i do góry, do administracji. Tam w małym pomieszczeniu masa ludzi, nie ma gdzie usiąść, gorąco, a toalety śmierdzą na całe biuro. Za oszklonymi drzwiami, uzbrojeni po zeby celnicy amerykańscy. Oni maja nasze paszporty i wołają po nazwisku. Tyle, ze za tymi drzwiami jest 9 biur ale pracują tylko 3! Jakis skandal. Ludzie zmęczeni, małe dzieci ale coz? nic tylko trzeba czekać. Trwało to równo 2 h i po co? A No tylko po to by wypełnić zielona kartkę, która jak przylatujesz dają ci w samolocie... Ale tez by pobrać twoje odciski palców bo może czyhasz na amerykańskiego obywatela? Byliśmy tak wkurzeni, ze powiedzieliśmy kilka ostrych slow do tych nierobów. Zreszta nie tylko my, Anglicy równo sie tam wyżywali jak i Holendrzy czy Szwedzi. Tylko czarnoskórzy siedzieli cicho. W sumie zajęło to 3 h , stracone, zmęczenie, zdenerwowańie... Bezsens.
Ale coz widoki Pennsylwani wynagrodzily nasz trud! Jest tutaj przepięknie!

środa, 6 sierpnia 2014

Etap piętnasty - na sportowo! I pierwsza praca Antka

Wczoraj mieliśmy sportowy dzien. Na początek, jeszcze rano Antos brykal w parku z takim dziecięcym sprzętem do bejsbol i z pilkami. Codziennie wychodzą tutaj do parku obok i grają razem, poznają kanadyjskie dzieci, ćwiczą koszykówkę. Następnie koło południa zaczęli oglądać tenis w TV. Bo sa turnieje ATP w Montrealu i w Toronto. Grają najsłynniejszy. Ale zaraz po lunchu na który zrobiliśmy z wujkiem pieczone pierogi z grzybami, takie inne słone ciastka owinięte w liście buraków - coś pysznego, oraz zupę z kurczakiem, pojechaliśmy na mecz hokejowy. Jaka tam była atmosfera! Bili sie zawodnicy miedzy sobą ale to podobno normalne, kibice krzyczeli. Antek miał radochę i odkrył jak to na amerykańskich meczach bywa z wiadrem popcornu... Wujek cały podekscytowany drużynie z Brandon kibicowal.
Po meczu objechaliśmy polskie katy w Brandon czyli klub polski SOKÓŁ co to budynek ma wielki jak sala gimnastyczna... Słynny klub. Niedaleko od klubu znajduje sie polski dom starców, piękny budynek, 32 malutkie mieszkania, ogrody. Kiedyś była tutaj Polska szkoła ale, ze teraz juz polskich dzieci tutaj nie ma to 22 lata temu moj wuj współtworzył ten dom z innymi. To zreszta najstarsza cześc miasta i przy jednej ulicy mieszkały same polskie rodziny.
Na kolacje - a Kanadyjczycy jedzą kolacje około. 18 h gdy my we Francji nigdy nie jemy przed 20h, wuj zrobił polędwicę wołowa na barbecu przepyszna była, do tego młode ziemniaki i kalafior oraz sernik z truskawkami na deser. Teraz jak gdzieś jedziemy samochodem to sie śmiejemy jak mijamy fastfoody bo naszym ulubionym powiedzonkiem po angielsku stało sie : moja ulubiona kuchńia jest kuchnia mojego wujka! I tak rzeczywiście jest! Po kolacji ruszyliśmy na mecz bejsbolowy.
Bite 3 godziny gry, z której cieżko mi coś zrozumieć coś niepojętna jestem! Antek natomiast szalał na tyłach bo z kanadyjskimi dzieciakami piłki bejsbolowe łapał. 3 zachował dla siebie, na pamiątkę a resztę oddał, za każda oddana piłkę po 1 dolarze tutaj dają ekipy wiec sobie kilka dolarów zarobił... I to była jego pierwsza praca w wieku 9 lat! Dobre doświadczenie!

wtorek, 5 sierpnia 2014

Etap czternasty - kolacja u Grega i kilka ciepłych wspomnien

Po niedzielnym, całodniowym wypadzie zostaliśmy wczoraj rano w domu. Ja trochę poprasowalam ubrań, ale kilka chwil pozniej juz pomagałam wujkowi w odświeżaniu wspomnień.
Kanadyjskie domy maja wszystkie zagospodarowane piwnice na pokoje, salony itd. Wynika to z klimatu i pozwala na pozyskanie dodatkowych metrów kwadratowych domu. Także w takim basement dostaliśmy sie z wujem wczoraj do starych albumów z fotografiami. Usiedliśmy na dywanie - bo tutaj u wuja w całym domu sa grubasne wykładziny, mięciutkie, w które człowiek z przyjemnością sie zapada - i zaczęliśmy oglądać. Odnalazłam paszport mojej cioci Jozi z 1928 roku, polski paszport, jak i ten należący do jej męża. Odnalezlismy tez ich książeczki zdrowia z tych lat podpieczetowane przez kanadyjskie biuro imigracyjne. Spór starych fotografii z dawnych lat przypomniało nam te stare czasy. I tak sobie rozmawialiśmy...

Bo ileż oni musieli mieć odwagi by z walizka czy dwoma wyruszyć z dalekiej Polski w tamtych latach, wsiąść na statek, zainstalować sie i żyć w innym kraju? Nie było internetu, TV, telefonów jak dzisiaj a list szedł kilka tygodni w jedna stronę. Edward pokazał mi w archiwalnych zapisach, ze moja ciocia Józefa z wujem Antonim przyjechali do Kanady z mniejsza ilością bagaży niz my na miesiąc wakacji i z duża mniejsza ilością pieniędzy. Zupełnie inne czasy to były.
Mnie jednak zastanawiają motywacje tych ludzi. Co ich skłoniło by jechać tak daleko, w nieznane, bez nikogo? Skąd wiedzieli, ze sobie poradzą? Prawie nikt z tamtej emigracji do Polski nie wracał. To był ostateczny wyjazd. Józefa była w Polsce raz w latach 1960 bo w 1969 zmarła. Jej maz nigdy juz do Polski nie przyjechał. I takich ludzi jest duzo tutaj jeszcze.
Dziś ich potomkowie żyją bardzo dobrze. Maja ogromne domy, dobre prace, dzieci, wnuki i te wnuki nie maja juz absolutnie  nic wspólnego z Polska. Widzę to po moich kuzynach. Polska była bliska ich dziadkom ale ich w ogóle nie interesuje.

Byliśmy wczoraj na kolacji u Greg czyli Grzegorza, najstarszego syna mojego wuja i mojej cioci. Była jego żona Roberta, z pochodzenia Szkotka, jego syn Mikołaj z żona i malutkim Łukaszem. Byl tez Mike i było bardzo przyjemnie. Jednakże rozmowy z nimi w żadnym stopniu nie dotyczyły Polski. Właściwie wiecej pytali nas o Francje i opowiadali o sobie, zyciu i pracy tutaj. Wszystko toczyło sie po angielsku tylko ja od czasu do czasu z moim wujem kilka slow po polsku zamieniłam. Pogadalismy o systemach edukacji, o poziomie nauczania, o wychowywaniu dzieci, o podróżach i o cenach domów tez. W Kanadzie domy sa duzo tańsze niz we Francji wiec trochę człowieka serce ściska bo tez bym chciała taki duży, fajny dom i byłoby mnie stać na niego tutaj - te największe bo 300 metrów powierzchni i wiecej kosztują około 500 000 dolarów czyli 350 000 euro u nas za te sumę możesz mieć stare, trzy pokojowe mieszkanie... A na dom musisz mieć minimum 500 000 ale euro. Średnie zarobki sa tutaj jednak wyższe bo nauczyciel jak ja zarabia wiecej w Kanadzie niz we Francji. Takie sobie różnice.

Kolacja jednak była bardzo dobra bo Greg zrobił żeberka na barbecu w jakiejś takiej marynacie i mięso rozpływalo sie w ustach. Do tego była masa surowych warzyw i sałatka Waldorfa. A na deser jak to w Kanadzie same gotowce. gotowe ciasto, gotowa bita śmietana z pudełka, gotowe pokrojone na plastry truskawki z pudełka. Czasem mam wrazenie, ze tylko moj wuj coś tutaj jeszcze piecze i gotuje bo wszyscy inni posługują sie gotowcami i szczerze przyznam, ze nie znam tych produktów. We Francji ich nie ma. Wszystko gotowe: zupy w puszkach, zamrożone, wszystko w butelkach, pudelkach... Nie musisz umieć gotować. Nie musisz umieć warzyw obierać, kupujesz juz obrane. Inny świat.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Etap dwunasty - tańczący most, stare kanadyjskie koleje i kolacja z kuzynem

W sobotę rano pojechaliśmy z wujem do miejscowości Souris, z francuskiego ta nazwa oznacza mysz. A Souris to maleńkie miasteczko, 30 mil od Brandon, w którym znajduje sie tzw: tańczący most. To taka lokalna atrakcja. Miasteczko jednak jest urocze bo jest w nim spory park Victoria Parc, małe muzeum kolejnictwa, chodzące na wolnosci piękne i dumne pawie.
Spędziliśmy tam cały sobotni poranek i było bardzo przyjemnie. Stary most, który był naprawdę tańczący bo jak pamietam 14 lat temu bałam sie po nim chodzić, został dwa lata temu zmieciony przez wodę rzeki. W tym samym miejscu wybudowano wiec nowy, który przyciąga turystów lokalnych, ale jest juz znacznie mniej tańczący. Zamiast deszczulek powiązanych ze sobą i przewieszonych przez rzekę wybudowano szersze i stabilniejsze powiązania.
Antkowi sie jednak bardzo podobało i biegał po moście jak szalony.

Przy okazji poznaliśmy tam dwie starsze kobiety. Wywiązała sie rozmowa i w rezultacie nawet adresami sie wymieniliśmy bo jedna z nich ma wnuczkę, która w Bordeaux studiuje.
Odwiedzilismy tez tam muzeum kolejnictwa. A ze moj wuj Edward na koleji CNR całe swoje zycie przepracował to opowiadał nam i opowiadał. Nawet stary telegraf uruchomił. Jak sie pozniej okazało takie stare telegrafy to on ma dwa w domu i dziś juz próbowaliśmy uczyć sie na nich pisac, litery... Antkowi bardzo sie to podobało, takie rustykalne zajęcie.
A sobotę popołudniu chodziliśmy po centrum handlowym a wuj miał odpoczywać w domu. Kupiliśmy Antkowi nowe karty do kolekcji, tym razem kanadyjskie Pokemon i inne You gi Yo... Majątek to to kosztuje, ale nie miał prezentu na urodziny od nas bo w drodze byliśmy to dostał karty. Teraz bedzie królem przerw w szkole jak bedzie mógł je zaprezentować kolegom. Takie niespotykane we Francji karty to jest coś!

Gdy wróciliśmy do domu okazało sie, ze jest u nas Teresa, córka najstarsza wuja i jej maz z Winnipeg. Porozmawialiśmy trochę a oni na jakis slub w regionie sie wybierali. Wieczorem przyszedł Mike na kolacje. Zrobiliśmy sałatę, pieczone kiełbaski i maccharoni zapiekane z serem i z pomidorami. Mike przyniósł domowe Tiramisu. Było bardzo miło. Gadaliśmy, oglądaliśmy amerykański futbol, wypilismy trochę piwa...


A wczoraj cały dzien spędziliśmy w parku narodowym Riding Mountains... Cdn.

piątek, 1 sierpnia 2014

Etap dziesiąty - na rodzinnych grobach

Wczorajszy dzien minął niezwykle szybko. Wuj pomimo swych lat i wyglądu staruszka okazał sie kompanem pełnym energii. I tak naprawdę to trudno go zatrzymać. Ja staram sie uważać by odpoczywał, by pił, by nie było mu gorąco bo na zewnątrz jest ponad 30 stopni ale on wciąż chce do "przodu". Przede wszystkim tak zaprzyjaźnił sie z Antonim, ze sa nierozłączni. Jak tylko Antos gdzieś w domu zniknie to wuj go wola i uczy go angielskiego, pije z nim Coca Colę, bez przerwy żartują i śmieją sie jak wariaci. Kawały mu robi co kilka minut a Antos moj szczęśliwy. Przytulają sie  po kilka razy dzien... Tak, jak ja kiedyś z mim dziadkiem Henkiem.

Wczoraj rano pojechaliśmy na cmentarz w Brandon na grób cioci Maryli... Przy okazji odwiedzilismy groby braci wuja Edwarda. Powspominalismy, aż sie łzy w oczach kręciły. Po cmentarzu wuj zawiózł nas do Kesington center, to taka wielka hala sportowa. Tam trwały treningi Hokeja. Mój Antek od razu zaprzyjaźnił sie z trenerem i jakimiś chłopcami. To oni oprowadzali nas po szatniach, siłowni... Po czym jak juz siedzieliśmy na widowni to przyszedł trener i podarował Antkowi nowy hokejowy krążę - Wheat - tutejszej ekipy z Manitoba. Wuj uznał to za tak miły gest, ze zapytał o nazwisko trenera o popołudniu zadzwonił do administracji miasta, która go zatrudnia, by pochwalić tego człowieka. Miłe to. Z hokeja mój Antek nie chciał wyjść.
Koło 12 h poszliśmy zobaczyć zawody konne. Kobiety, w kowbojskich kapeluszach ujeżdżaly konie! Niesamowity widok, jak rodeo! Pieknie były ubrane w świecące stroje a i konie były przepiękne.

Pozniej zrobiliśmy obiad - w amerykańskim stylu, hot dogi, ogórki i pie.
Na poobiednia kawę zaszła do nas Brittney, wnuczka wuja, córka Patrycji, dziś nauczycielka sportu, ale my ja jeszcze jako mała dziewczynkę pamiętamy. Pogadalismy sobie spokojnie. Wuj położył sie na chwile po jej wyjściu ale zadzwonił telefon i pojawili sie jego bratankowie, od jego brata Antoniego, którego żona zmarła dosłownie 4 dni temu. Frances Malazdrewicz, tak sie nazywała....
Wuj bardzo. Sie wzruszył ta wizyta bo przywieźli mu pamiątkę po niej i po prostu starszy pan sie rozpłakał. Został sam. 5 braci, 2 siostry, żona... Nikt juz nie żyje. Tylko on, najstarszy w rodzinie.  Było mi  bardzo smutno tez.

Po ich wizycie wuj zabrał nas do takiego mini parku wodnego z prysznicami dla dzieci. Antek szalał!  Pod wieczór wróciliśmy do domu. Wujek zrobił pieczonego kurczaka. Ja zrobiłam ziemniaki i fasolkę szparagowa. Do tego była tarta z rabarbarem.
A wieczorem? Wieczorem Michał, moj "second cousin" jak on sam o sobie mówi zabtral mńie i Stephana na przepiękny recital pianistyczny, rosyjskiego pianisty. Koncert był naprawdę sporej klasy, Tselakov grał utwory rosyjskich i europejskich kompozytorów. Po koncercie podano wina. Było bardzo przyjemnie. Spotkaliśmy na nim polskiego malarza pana Jana Brancewicza, który przyjechał tutaj w 1965 roku. Pytałam czy tęskni za Polska a on mi na to " za czym tam tęsknić? " . Stwierdzil, ze tęskni za dziecinstwem w Krakowie ale za niczym wiecej juz nie.

Antek w tym czasie jeździł z wujem po mieście samochodem jak si e pozniej okazało i to na przednim siedzeniu... Lodami sie objęli we dwójkę i dalej...
 Taki dzien jak na 88 letniego starszego pana to trochę sporo....
Ale dziś ranoznowu, świetny humor, Antkowe sniadanie z wujowym. I pojechaliśmy do Nepawy na groby mojej rodziny... Ale o tym pozniej....