Wczoraj wieczorem odbyło się zakończenie roku w Konserwatorium muzycznym, do którego uczęszcza od 2 lat mój syn. Tym razem to koniec jego pierwszego roku – instrumentu, teorii muzyki, solfeżu i chóru. Wieczór zapowiadał się wesoło i ciekawie. Nasze oczekiwania nie zostały zawiedzione.
czwartek, 26 czerwca 2014
Mały koncert – saksofonowy i nie tylko
Wczoraj wieczorem odbyło się zakończenie roku w Konserwatorium muzycznym, do którego uczęszcza od 2 lat mój syn. Tym razem to koniec jego pierwszego roku – instrumentu, teorii muzyki, solfeżu i chóru. Wieczór zapowiadał się wesoło i ciekawie. Nasze oczekiwania nie zostały zawiedzione.
poniedziałek, 23 czerwca 2014
Week-end w lesie, trochę jak w « Dirty Dancing »
W piątek
popołudniu wyjechaliśmy na week-end, który zarezerwował mój mąż. Wykazał się tą
inicjatywą ze względu na moje zmęczenie i ostatnio bardzo ciężki okres w pracy.
Wypad był krótki, niedaleki, ale jakże cudowny!
Mieliśmy
zarezerwowany domek, dla 6 osób, w ośrodku Pierre
et vacances 3*, 150 km
na południe od Bordeaux ,
w regionie Landes, czyli największych lasów iglastych w zachodniej Europie. Około
17h30 dotarliśmy na miejsce I … zakochałam się! Bo ośrodek przypominał ten
prezentowany w filmie “Dirty Dancing”, a to jak wiadomo był kiedyś mój kultowy
film. Głównie te drewniane domki przypominały bungalowy ze wspomnianego filmu.
Ośrodek dosłownie tonie w kwiatach. Zapach sosen i eukaliptusów unosi się w
powietrzu! Kolory kwiatów pobudzają zmysły!
Domki są
wygodne, choć niezbyt duże. My wynajęliśmy ten na 6 osób, gdyż we Francji jak
mówią 6 osób oznacza to, że są 2 pokoiki dla 4 osób a te dwie pozostałe muszą
spać na kanapie w salonie… czego ja osobiście wybitnie nie lubię, więc zawsze
bierzemy większy dom/mieszkanie by każdy miał swoją sypialnię. Standart domków
podzielony jest na 3 klasy: confort, séléctif i VIP. My byliśmy w tym
środkowym. Pierre
et vacances podzielony jest na 3 osady, rzłożone wśród golfowych dołków! W ośrodku znajduje się 6 różnych basenów
odkrytych, 14 kortów tenisowych w tym dwa trawiaste – co we Francji należy do rzadkości;
tereny do siatkówki, futbolu, petanque, dwa czy trzy place zabaw, restauracja,
kawiarnia, mały supermarket, mała ferma z osiołkami i innym ptactwem dla
najmłodszych. Ekipa animacyjna proponuje wszelkiego rodzaju rozrywki w tym i co
najważniejsze są Kluby dziecięce. Ten dla bobasów kilkumiesięcznych, ten dla
małych dzieci, dla 6-8 latków, 9-12 latków i oczywiście dla nastolatków. Zajęcia
dla dziec i są niezwykle urozmaicone bo są i staże cyrkowe, na specjalnym
terenie z trampolinami i z trapezami, są staże detektywistyczne, teatralne,
sportowe…
To co
zachwyciło nas najbardziej to fakt, że przez 2 i pół dnia nie słyszeliśmy
samochodów… samochody są na bocznych parkingach i się ich nie rusza… jest
cicho, spokojnie, wszędzie chodzi się pieszo albo jedzie rowerem, są darmowe w
ośrodku!
Plaża nad
Oceanem Atlantyckim znajduje się o kwadrans spaceru, przez pole golfowe… jest
dość dziko i tak spokojnie… tego nam było trzeba!
Ile to
kosztuje?
W czerwcu
niewiele… my zapłaciliśmy 55 euro za domek za 1 dobę: week-end od piątku
godzina 15h do niedzieli godzina 18 h… razem 110 euros.
Na początku
lipca to już dwa razy tyle czyli 110 euros za domek, za dobę.
A w sierpniu
to masakra bo ponad 300 euros za domek 6 osobowy, za dobę. Poza tym w sierpniu
domki są pełne, co oznacza pełny ośrodek ludzi, znacznie więcej chętnych na
basenach itd… polecam unikanie! Wakacje we Francji wyglądają najgorzej od
ostatniego tygodnia lipca do 15 sierpnia wtedy większość Francuzów jest na
wakacjach, ceny są horendalne, ośrodki pełne, muzea, parki, miejsca do
zwiedzania też. Dlatego w tym okresie my Francję opuszczamy.
Ceny dla
séléctif.
Zdjecia nie wchodza wiec wkleje pozniej...
Zdjecia nie wchodza wiec wkleje pozniej...
niedziela, 8 czerwca 2014
Hojność mojego Antka
W piatek Antos pojechał na szkolna wycieczkę, jednodniowa, do Perigueux. Mieli
tam zorganizowane pedagogiczne zajęcia na terenie starożytnej willi z okresu
rzymsko-celtyckiego. Było podobno super. Ale moj syn jako tylko jedno z dwójki
dzieci w klasie miał ze sobą kilka groszy. Co tydzień dajemy mu około 2 euro
kieszonkowego. Antek nie wydaje i ma tych pieniążków sporo w swoich dwóch
portfelach. W czwartek wieczorem zadecydował, ze dzisiaj weźmie ze sobą 7
euro.
O 17.30 wysiadł z autobusu z radosna mina ściskając w dłoni mała czerwona paczuszkę. W niej była moneta, stylizowana na stara, dla nas... Jedyne dziecko z klasy, które zrobiło prezent rodzicom... Ale tez inne dzieci nie miały ze sobą pieniędzy. Co jak mi wytłumaczył moj maz jest we Francji zupełnie normalne. Dzieci jeżdżą bez pieniędzy. Dopiero w gimnazjum coś tam maja w kieszeniach. Ja z koleji pamietam moja pierwsza wycieczkę w 1 klasie podstawówki do Kołobrzegu z pieniazkami... Na głupoty w tamtych czasach jakieś plastikowe pamiątki czy loda...
w każdym razie ucieszylismy sie bardzo z monety. Po kilku godzinach jednak sie okazało... Ze moneta kosztowała 2 euro. Antos kupił jeszcze 2 inne monety dla swoich najbliższych kolegów bo ... Jak twierdzi chciał im sprawić przyjemność. Pięknie z jego strony tylko... No wlasnie gdzie jest roznica pomiędzy hojnoscią a oddaniem ponad połowy budżetu innym? Nie chce przez to powiedzieć, ze wszystko należy liczyć i wyliczać ale nie chce tez by Antosia dobroć wykorzystywano bo jak sie okazało wieczorem wielu prosiło go by im kupił to czy tamto, ale nie miał juz pieniędzy. A jak sam przyznał bardzo chciał książkę za 3,50 tyle, ze mu zabrakło i kupił pamiątki kolegom zamiast swojej książki.
Eh, matczyne rozterki.
O 17.30 wysiadł z autobusu z radosna mina ściskając w dłoni mała czerwona paczuszkę. W niej była moneta, stylizowana na stara, dla nas... Jedyne dziecko z klasy, które zrobiło prezent rodzicom... Ale tez inne dzieci nie miały ze sobą pieniędzy. Co jak mi wytłumaczył moj maz jest we Francji zupełnie normalne. Dzieci jeżdżą bez pieniędzy. Dopiero w gimnazjum coś tam maja w kieszeniach. Ja z koleji pamietam moja pierwsza wycieczkę w 1 klasie podstawówki do Kołobrzegu z pieniazkami... Na głupoty w tamtych czasach jakieś plastikowe pamiątki czy loda...
w każdym razie ucieszylismy sie bardzo z monety. Po kilku godzinach jednak sie okazało... Ze moneta kosztowała 2 euro. Antos kupił jeszcze 2 inne monety dla swoich najbliższych kolegów bo ... Jak twierdzi chciał im sprawić przyjemność. Pięknie z jego strony tylko... No wlasnie gdzie jest roznica pomiędzy hojnoscią a oddaniem ponad połowy budżetu innym? Nie chce przez to powiedzieć, ze wszystko należy liczyć i wyliczać ale nie chce tez by Antosia dobroć wykorzystywano bo jak sie okazało wieczorem wielu prosiło go by im kupił to czy tamto, ale nie miał juz pieniędzy. A jak sam przyznał bardzo chciał książkę za 3,50 tyle, ze mu zabrakło i kupił pamiątki kolegom zamiast swojej książki.
Eh, matczyne rozterki.
sobota, 31 maja 2014
Wkurzonam...
Trwa kolejny długi weekend – Trzeci już w miesiącu maju, który obejmuje dni
od czwartku do niedzieli a dla dzieci od środy do niedzieli ! Antoś miał po raz
pierwszy wolne w piątek, mój mąż ma już trzeci most czy pomost… tylko ja bidula
nie mam wolnego bo w każdy piątek moje liceum pracuje.
Choć pracuje to raczej zbyt wielkie słowo ! Raczej udajemy, że pracujemy, denerwujemy się, wkurzamy, skarżymy u dyrektora i jego zastępców. Niestety nic to zmienia.
Wczoraj spędziłam równo 7 godzin na czekaniu… Z 7 lekcji zdołałam i to połowicznie przeprowadzić jedną! W jednej klasie zjawiło się bowiem 7 uczniów z 26 osobowego zespołu i to był rekord!
Na pozostałych było po jednej do trzech osób na mojej ostatniej godzinie od 14 do 15 nie było nikogo… Mogłam więc w końcu pojechać o tej 14h15 – tak kwadrans należy czekać… na zmiłowanie boskie chyba - do domu. Byłam zła, wściekła, rzucałam inwektywami gdzie popadnie i dzieliłam tę złość z moimi kolegami po fachu bo wszyscy byliśmy wczoraj zakładnikami systemu, więźniami naszej dyrekcji i naszych uczniów, którzy to sobie dzień pracy po prostu olali i pojechali na weekendy.
Bezsensowność tej sytuacji mnie przeraża. A jeszcze bardziej denerwuje mnie kompletny brak szacunku uczniów do ich obowiązkowego dnia pracy to raz, a dwa do nas nauczycieli, którzy siedzimy godzinami w szkole i na nich czekamy a oni nie są nawet na tyle uprzejmi by nas o nieobecności uprzedzić. Sprawa byłaby znacznie prostsza dla wszystkich.
Frustracja wczoraj więc tylko narastała i narastała a że mamy koniec roku i wystawiamy oceny to wiadomo jak to się odbije na uczniach na przykład na opisach zachowania, ocenach z aktwności indywidualnej i grupowej. Będą zaniżone co ja osobiście uważam za słuszne bo 3 piątki w maju i trzy razy powtórka z rozyrywki cóż… nie jest to poważne. Z drugiej strony myślę też, że Ministerstwo zawaliło sprawę nie decydując się na żaden długo weekend w maju a były 3 : ani na 1 maj ani na 8 ani teraz na 29 Wniebowstąpienie…
Ja też bym chętnie sobie pojechała, nawet z pracą na weekend… Moi panowie są już od środy wieczora w Paryżu. W czwartek byli na Rolland Garros, wczoraj w Disneylandzie a dzisiaj są na wsi, jadą zwiedzać zamek w Anette, wracaja jutro późno i wkurza mnie, że nie mogłam z nimi pojechać, być z moją rodziną! tylko dlatego, że… miałam jedną lekcję w piątek… eh…
Choć pracuje to raczej zbyt wielkie słowo ! Raczej udajemy, że pracujemy, denerwujemy się, wkurzamy, skarżymy u dyrektora i jego zastępców. Niestety nic to zmienia.
Wczoraj spędziłam równo 7 godzin na czekaniu… Z 7 lekcji zdołałam i to połowicznie przeprowadzić jedną! W jednej klasie zjawiło się bowiem 7 uczniów z 26 osobowego zespołu i to był rekord!
Na pozostałych było po jednej do trzech osób na mojej ostatniej godzinie od 14 do 15 nie było nikogo… Mogłam więc w końcu pojechać o tej 14h15 – tak kwadrans należy czekać… na zmiłowanie boskie chyba - do domu. Byłam zła, wściekła, rzucałam inwektywami gdzie popadnie i dzieliłam tę złość z moimi kolegami po fachu bo wszyscy byliśmy wczoraj zakładnikami systemu, więźniami naszej dyrekcji i naszych uczniów, którzy to sobie dzień pracy po prostu olali i pojechali na weekendy.
Bezsensowność tej sytuacji mnie przeraża. A jeszcze bardziej denerwuje mnie kompletny brak szacunku uczniów do ich obowiązkowego dnia pracy to raz, a dwa do nas nauczycieli, którzy siedzimy godzinami w szkole i na nich czekamy a oni nie są nawet na tyle uprzejmi by nas o nieobecności uprzedzić. Sprawa byłaby znacznie prostsza dla wszystkich.
Frustracja wczoraj więc tylko narastała i narastała a że mamy koniec roku i wystawiamy oceny to wiadomo jak to się odbije na uczniach na przykład na opisach zachowania, ocenach z aktwności indywidualnej i grupowej. Będą zaniżone co ja osobiście uważam za słuszne bo 3 piątki w maju i trzy razy powtórka z rozyrywki cóż… nie jest to poważne. Z drugiej strony myślę też, że Ministerstwo zawaliło sprawę nie decydując się na żaden długo weekend w maju a były 3 : ani na 1 maj ani na 8 ani teraz na 29 Wniebowstąpienie…
Ja też bym chętnie sobie pojechała, nawet z pracą na weekend… Moi panowie są już od środy wieczora w Paryżu. W czwartek byli na Rolland Garros, wczoraj w Disneylandzie a dzisiaj są na wsi, jadą zwiedzać zamek w Anette, wracaja jutro późno i wkurza mnie, że nie mogłam z nimi pojechać, być z moją rodziną! tylko dlatego, że… miałam jedną lekcję w piątek… eh…
niedziela, 25 maja 2014
Ślub i śluby
Wczoraj odbył się w Warszawie, w kościele Świętej Barbary ślub mojego kochanego brata, Pawła. Nie udało się nam na niego pojechać. Głównie z mojego powodu. Mój mąż może wziąć wolny dzień, mój syn może opuścić szkołę, tylko ja nie mogę nic z tym fantem edukacyjnym zrobić. Bałam się też podejmować ryzyko lotu w ślubną sobotę i z powrotem w niedzielę ze względu na fakt zbyt małego marginesu czasu pomiędzy lądowaniem w Warszawie a uroczystością ślubną. W razie drobnego opóźnienia czy kłopotu z połączeniem pomiędzy lotem z Bordeaux a tym z Paryża byśmy nie zdążyli. Było dokładnie 1h i 20 minut pomiędzy lądowaniem na Szopena a początkiem mszy w kościele, w centrum Warszawy.
Mój brat, jak sam stwierdził, ślubu przesunąć nie mógł. Więc wyszło njako.
Jednakże wczoraj cały dzień myślami byłam z nim i z Martą, byliśmy bo najmocniej płakał Antoś, że nie może być na ślubie wuja… Dziś już z braciszkiem pogadałam – odbyło się podobno cudownie… Moi rodzice też przy telefonie wydają siębyć zadowoleni. Choć rodzina się niestety podzieliła bo większość osób odmówiła przyjazdu do Warszawy więc byli tylko moi rodzice i mój drugi brat z żoną, który jest fotografem. Poza tym nasz kuzyn mieszkający w Warszawie z żoną oraz jedna kuzynka mojej mamy z Poznania z mężem. A tak… ani babcia, ani siostry mamy… jakoś tak dziwnie można by powiedzić. Mój tata jest jedynakiem I niestety nie ma już prawie rodziny, bliskiej rodziny. Od strony panny młodej i przyjaciół mojego brata był za to “tłum”. W sumie podobno, jakieś 70 osób. Przyjaciele mojego brata z chóru Stuligrosza, ze studiów politologicznych itd…
W każdym razie mój brat dziś przy telefonie dosłownie tryskał SZCZESCIEM a ja razem z nim. Bardzo, bardzo jestem szczęśliwa jego, ich szczęćciem. Tym bardziej, że Martę poznaliśmy i ją kochamy.
Dowiedziałam się tylko, że ceremonia piękna, oprawa muzyczna wyjątkowa! Na stole pieczona kaczka z jabłkami i żurawinami jako danie główne, ogólnie, pyszne jedzenie. Zabawa przednia, tańce… A jutro państwo młodzi wylatują w podróż poślubną na Maderę…
I tak sobie pomyślałam o moich ślubach… Na tym cywilnym w 1998 roku nie było ani brata mojego męża, ani jednego z moich braci… byliśmy w komplecie na ślubie religijnym w Polsce. A tak od francuskiej strony to… w rodzinie mojego męża od strony jego ojca a mojego teścia 6 dzieci i tylko nasz ślub. Fryderyk co prawda miał ślub ale jest rozwiedziony i żyje teraz bez z ukochaną Ukrainką. Od strony mamy męża, czyli mojej teściowej – 15 dzieci I tylko jeden ślub oprócz naszego, kuzyna męża. Wszyscy żyją w tzw: wolnych związkach, wraz z bratem mojego męża. Tendencja do życia bez ślubu jest więc we Francji dominująca i bardzo silna. Mam wrażenie, że w Polsce jest inaczej, ale może się mylę?
ps: a zdjecia z naszych wspolnych wakacji i wyglupow.
środa, 21 maja 2014
Zdalam!!!
Wiele rzeczy już zdałam ale dzisiaj się dowiedziałam, że mój egzamin
certyfikacyjny z poziomu z języka rosyjskiego w dziedzinach wiedzy :
historia-geografia-Wos, w formie pisemnej otrzymal wystarczająco wysokie noty
bym zaklasyfikowała się do egzaminów ustnych. Dowiedziałam się o tym dziś rano
podczas przygotowywania kolejnego próbnego egzaminu ustnego, tym razem z
geografii na uniwersytecie Bordeaux 3. Siedziałam dziś prawie cały dzień, ale
wiadomość do mnie dotarła… gratulacje, SMS, telefony… idziemy świętować
wkrótce ! Jestem super szczęśliwa z tego powodu !
Egzaminy ustne mam w dwóch sesjach pierwsza od 13 do 17 czerwca, druga od 1 do 4 lipca. Jeśli się powiedzie to będę nauczycielem mogącym uczyć tych przedmitów w klasach tzw: europejskich, i w języku rosyjskim. Co dla mnie jest nie tylko przyjmnością ale też zawodową szansą na pozostanie w dobrych liceach w centrum miast – metropolii, bo tam właśnie te klasy istnieją. W innym przypadku mogę wylądować w zonach tzw: edukacji priorytetowej czyli w podmiejskich blokowiskach – stereotypowo się wyrażam w tej chwili.
A żeby było śmieszniej mam dobre wyniki… dzisiaj 15 na 20 punktów z geografii – lekcja akademicka temat: Wielkie blokowiska: kryzys urbanizmu czy kryzys społeczny? Po francusku: Grands Ensembles: crise urbaine ou crise sociale?
Nawijałam równo godzinę pierwsze 30 minut po francusku następnie to samo przez 30 minut po rosyjsku. Narysowałam 2 schematy geograficzne, przedstawiłam dwie mapy topograficzne… odpowiadałam następnie przez godzinę na pytania jury… poszło bardzo dobrze. I mogę napisać, że jestem z siebie dumna…
Co jakiś czas słyszę głosy, że powinnam zdawać Agrégation… ale to już wyższa szkoła jazdy. Narazie chciałabym pozdawać to co zdaję, mieć w końcu stałą pracę nauczyciela tytułowanego w jednym, dobrym, miejskim liceum i mieć czas na pisanie książek, pomimo mojego beztalencia. Ale myślę sobie, że dopóki mam wydawcę, który chce je wydawać, czytelników, którzy chcą czytać a tym samym gwarantują dochód wydawcy i mnie a ja sama pisać uwielbiam… to nie widzę przeszkód.
Jeszcze tylko 5-6 tygodni ostrego zasuwania… później odetchnę. Wakacje zapowiadają mi się fantastyczne w tym roku bo będziemy jeździć cały miesiąc po Kanadzie i wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych i na to wszystko ogromnie, ogromnie się cieszę!
I mówię sobie – Tak trzymaj kobieto!
Jestem trochę jak bomba dzisiaj napełniona pozytywną energią…
Egzaminy ustne mam w dwóch sesjach pierwsza od 13 do 17 czerwca, druga od 1 do 4 lipca. Jeśli się powiedzie to będę nauczycielem mogącym uczyć tych przedmitów w klasach tzw: europejskich, i w języku rosyjskim. Co dla mnie jest nie tylko przyjmnością ale też zawodową szansą na pozostanie w dobrych liceach w centrum miast – metropolii, bo tam właśnie te klasy istnieją. W innym przypadku mogę wylądować w zonach tzw: edukacji priorytetowej czyli w podmiejskich blokowiskach – stereotypowo się wyrażam w tej chwili.
A żeby było śmieszniej mam dobre wyniki… dzisiaj 15 na 20 punktów z geografii – lekcja akademicka temat: Wielkie blokowiska: kryzys urbanizmu czy kryzys społeczny? Po francusku: Grands Ensembles: crise urbaine ou crise sociale?
Nawijałam równo godzinę pierwsze 30 minut po francusku następnie to samo przez 30 minut po rosyjsku. Narysowałam 2 schematy geograficzne, przedstawiłam dwie mapy topograficzne… odpowiadałam następnie przez godzinę na pytania jury… poszło bardzo dobrze. I mogę napisać, że jestem z siebie dumna…
Co jakiś czas słyszę głosy, że powinnam zdawać Agrégation… ale to już wyższa szkoła jazdy. Narazie chciałabym pozdawać to co zdaję, mieć w końcu stałą pracę nauczyciela tytułowanego w jednym, dobrym, miejskim liceum i mieć czas na pisanie książek, pomimo mojego beztalencia. Ale myślę sobie, że dopóki mam wydawcę, który chce je wydawać, czytelników, którzy chcą czytać a tym samym gwarantują dochód wydawcy i mnie a ja sama pisać uwielbiam… to nie widzę przeszkód.
Jeszcze tylko 5-6 tygodni ostrego zasuwania… później odetchnę. Wakacje zapowiadają mi się fantastyczne w tym roku bo będziemy jeździć cały miesiąc po Kanadzie i wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych i na to wszystko ogromnie, ogromnie się cieszę!
I mówię sobie – Tak trzymaj kobieto!
Jestem trochę jak bomba dzisiaj napełniona pozytywną energią…
niedziela, 18 maja 2014
Cudowny dzień, ćwiczenia z E. Chodakowską.
Właśnie wróciliśmy znad Oceanu… Jak to dobrze « wybyczyć » się na plaży !
Machnąć dużym palcem od lewej stopy, przesypać dłonią piaseczek… podnieść głowę
i spojrzeć na ten pejzaż ! Pejzaż jak z widokówki !
Tylko dlaczego wracać trzeba i jutro do pracy i w kołowrotek ? buuuu…. Pojęczę sobie chwileczkę…
28°C, słońce, błękitne niebo. W taką pogodę smakuje wszystko a najbardziej lekko słony pocałunek męża, spocone łapki dzieciątka mego, pizza zwaną tronchetta na tarasie z widokiem na ocean, 5-6 metrów od brzegu z widokiem na żaglówki i lody! Tak 3 kulki lodów… jak dla mnie, nowe smaki. Lody ACE od witamin ACE: marchewkowo-cytrynowo-pomarańczowe, lody kwiat mleka czyli fleur de lait… boskie i truskawkowy sorbet.
Po takim obżarstwie pograłam całą godzinę w nogę z Antkiem na plaży, po czym przez 1,5 godziny graliśmy w badmintona. Piękna pani w ciąży rozłożona obok nas z ckliwością nam się przyglądała po czym zagadała, że też chciałaby w przyszłości mieć taki kontakt z synkiem, który w lipcu ma się urodzić. Uwielbiam takie momenty z Antosiem. Tyle, że ostatnio są one tak rzadkie… średnio raz w tygodniu, mamy niedziele dla siebie. To mało.
A nawiązując do kołowrotka… w zeszłym tygodniu z powodu turnieju tenisowego opuściłam basen. I bardzo brakowało mi sportu przy moim trybie życie, jest on witalny by wytrzymać tempo, presję, stresy, napięcia. I tak coś mi się o uszy obiło o Chodakowskiej… czy na jakimś blogu coś przeczytałam… nie pamiętam.
Cwiczenia w domu – owszem… ćwiczyłam już z Cindy i z Klaudią i z panią od callaneticsu mam jakieś doświadczenie. Tak więc znalazłam na Youtube treningi pani Chodakwoskiej. Zaczęłam wstawać o 6 rano co by do 7 poćwiczyć i… dobrze się czuję. Na początku komentarze pod treningami nieco mnie przeraziły. Przewijało się słowo “hard”. Zaczęlam od programu Skalpel… zrobiłam wszystko za pierwszym razem i… nic… zero zakwasów, zero większej zadyszki. Nie rusza mnie ten program… ale cóż na basenie, na aquagym robię po 350 brzuszków bez przerwy… więc te 150 nie robi na mnie wrażenia. Spojrzałam na inne programy jest Turbo i Killer. Te wyglądają już bardziej męcząco. Jutro o 6h rano atakuję…
Kto się przyłącza?
Tylko dlaczego wracać trzeba i jutro do pracy i w kołowrotek ? buuuu…. Pojęczę sobie chwileczkę…
28°C, słońce, błękitne niebo. W taką pogodę smakuje wszystko a najbardziej lekko słony pocałunek męża, spocone łapki dzieciątka mego, pizza zwaną tronchetta na tarasie z widokiem na ocean, 5-6 metrów od brzegu z widokiem na żaglówki i lody! Tak 3 kulki lodów… jak dla mnie, nowe smaki. Lody ACE od witamin ACE: marchewkowo-cytrynowo-pomarańczowe, lody kwiat mleka czyli fleur de lait… boskie i truskawkowy sorbet.
Po takim obżarstwie pograłam całą godzinę w nogę z Antkiem na plaży, po czym przez 1,5 godziny graliśmy w badmintona. Piękna pani w ciąży rozłożona obok nas z ckliwością nam się przyglądała po czym zagadała, że też chciałaby w przyszłości mieć taki kontakt z synkiem, który w lipcu ma się urodzić. Uwielbiam takie momenty z Antosiem. Tyle, że ostatnio są one tak rzadkie… średnio raz w tygodniu, mamy niedziele dla siebie. To mało.
A nawiązując do kołowrotka… w zeszłym tygodniu z powodu turnieju tenisowego opuściłam basen. I bardzo brakowało mi sportu przy moim trybie życie, jest on witalny by wytrzymać tempo, presję, stresy, napięcia. I tak coś mi się o uszy obiło o Chodakowskiej… czy na jakimś blogu coś przeczytałam… nie pamiętam.
Cwiczenia w domu – owszem… ćwiczyłam już z Cindy i z Klaudią i z panią od callaneticsu mam jakieś doświadczenie. Tak więc znalazłam na Youtube treningi pani Chodakwoskiej. Zaczęłam wstawać o 6 rano co by do 7 poćwiczyć i… dobrze się czuję. Na początku komentarze pod treningami nieco mnie przeraziły. Przewijało się słowo “hard”. Zaczęlam od programu Skalpel… zrobiłam wszystko za pierwszym razem i… nic… zero zakwasów, zero większej zadyszki. Nie rusza mnie ten program… ale cóż na basenie, na aquagym robię po 350 brzuszków bez przerwy… więc te 150 nie robi na mnie wrażenia. Spojrzałam na inne programy jest Turbo i Killer. Te wyglądają już bardziej męcząco. Jutro o 6h rano atakuję…
Kto się przyłącza?
Subskrybuj:
Posty (Atom)