środa, 5 lutego 2014

Z cyklu przeczytane, obejrzane – Maltretowane dzieci

Z cyklu przeczytane, obejrzane – Maltretowane dzieci
Powinnam jeszcze dodać przeżyte, doświadczone, ale tytuł byłby za długi. Tak się jakoś zbiegło w ostatnich dniach, że w miniony week-end przeczytałam książkę Kamel’a Hajaji « Paris inch’Allah ». Wczoraj oglądałam wieczorem w TV, reportaż o skazywaniu na karę dożywotniego więzienia dzieci w USA… a całkiem niedawno sięgnęiam też po pozycję, którą od dawna mam w domu « Toksyczni rodzice » Susan Forward. Ta  książka służy mi ostatnio w pracy, gdzie stykam się z młodzieżą, która w sporej swej części pochodzi z tzw : toksycznych rodzin, gdzie przemoc jest na porządku dziennym czy to fizyczna czy psychiczna.

Wracając jednak do tego co przeczytane… « Paris inch’Allah » to druga książka Hajaji opublikowana w 2013 roku. Opowiada ona historię 10-letniego chłopca, Mohameda, który mieszka ze swoją matką w jednej z najbiedniejszych dzielnic Tunisu. Ojciec chłopca nie żyje a matka sypia z przygodnymi panami by móc kupić nieco jedzenia. Bije swojego syna regularnie, zmusza go do uczestniczenia w jej seksualnych orgiach, a gdy zachodzi w ciążę wyrzuca go z domu dając mu na drogę reklamówkę z dwoma koszulkami… Chłopak tuła się mieście, przez jakiś czas pracuje z pucybutem, ale gdy ten próbuje go zgwałcić ucieka. Jest bity i szykanowany. Trafia w końcu do francuskiego pisarza, u którego spędzi 6 lat na sprzątaniu, praniu, gotowaniu. Jednak, gdy córka pisarza uwodzi młodzieńca ten wyrzuca go na bruk, bez niczego.

To opis życia bez nadziei, bez lepszego jutra, bez miłości czy choćby cienia ludzkiej dobroci. Mohamed jednak siłą swojego charakteru i szczęśliwym zbiegiem okoliczności, zostanie majordomem w Paryżu, ożeni się, ułoży sobie życie na tyle na ile jego kondycja społeczna i ekonomiczna mu pozwoli.

To książka deprymująca, jak dla mnie, gdyż świadcząca, po raz kolejny, o determiniźmie, któremu jesteśmy wszyscy w jakiś sposób poddani… a wspoleczenswtie francuskim jest on wyjatkowo silny i bezlitosny.



Wolność wydaje się być złudą? Utopią?



Taki też był wczorajszy reportaż na 5 kanale francuskiej TV i debata, która mu towarzyszyła. Historia kilku amerykańskich chłopców w wieku od lat 12 do 17… skazanych na dożywocie. Najmłodszy z nich Cristian Fernandez  zostaje oskarżony o zabójstwo swojego 2 letniego brata w Jacksonville, na Florydzie. Zostaje od razu uwięziony w 2010 ropku  i tylko decyzja Trybunału konstytucyjnego z 2012 o zakazie skazywania młodocianych na dożywocie pozwala mu na uniknięcie tej kary.

Problem w tym, że dochodzenie jest niestarannie prowadzone. Jak się okazało już po procesie dziecko kryło swoją matkę, która to jest najprawodopodbniej autorem zabójstwa. Niestety nikt nie chciał już wyciągać tego faktu na światło dzienne.

Nikt też nie brał pod uwagę faktu, że Cristian jest synem kobiety, która urodziła go w wieku 12 lat, oddała do rodziny zastępczej, gdzie był gwałcony, następnie przerzucany z jednej rodziny do drugiej…

Może to straszne co napiszę, ale gdy oglądałam ten reportaż zastanawiałam się czy nie lepiej by było gdyby Cristian nigdy się nie urodził? Bo jego życie jak do tej pory jest tylko pasmem cierpienia… teraz czekają go jeszcze 25 lat za kratkami, najprawdopodbniej za nic, gdzie znów będzie maltretowany i gwałcony.  Jaki będzie jak wyjdzie? Czy przeżyje? Czy to ma jakikolwiek SENS?

Dzieci skazanych na dożywocie w USA jest 2600… na dzień dzisiejszy… tysiące są skazane na 20-25 lat więzienia… często w więzieniach dla dorosłych…



Francuscy prawnicy w debacie po emisji dokumentu byli zszokowani. Bo jak można tak traktować dzieci w XXI wieku i to w demokracji, która poucza innych? Widać można. Do 2005 roku w USA dzieci były również w korytarzach śmierci i dokonywano na nich egzekucji… Można by omyśleć, że jest to możliwe w Somali albo w jakimś kraju Talibów… otóż nie, w USA…



To oczywiście drastyczne przypadki, a ileż maltretowanych dzieci wokół nas, w nas?

 

niedziela, 2 lutego 2014

O tym jak zostałam słomianą wdową i o filozofii w chorobie

O tym jak zostałam słomianą wdową i o filozofii w chorobie

Dziś, bardzo wcześnie bo już o 7h, mąż mój z synkiem wyruszli w Alpy. Budzik zadzwonił o 6h05 ale g nie słyszałam. Większość rzeczy przygotowali sami. Walizki i torby były już gotowe od wczoraj, narty i cały sprzęt przymocowane do dachu naszego samochodu tez wczoraj, czekały na poranny wyjazd. Gdy, kilka minut po 7h zamknęłam za nimi drzwi i usłyszałam ten charaktersytyczny dźwięk otwieranych drzwi garażowych nagle zrobiło mi się smutno…







Zostałam sama na całe 8 dni. Wrócą w przyszłą niedzielę wieczorem… Chętnie pojechałabym z nimi, ale ze względu na pracę w szkole nie mogę. Moje wakacje czyli wakacje szkolne rozpoczną się za 2 tygodnie i niestety nie pojadę w tym roku na narty choć bardzo bym chciała. Antoś co prawda oficjalnie powinnien być w szkole, ale ani jego nauczycielka ani dyrektor ani nawet kuratorium nie widziało przeciwskazań do wyjazdu. Tak to jest jak się jest jednym z najlepszych uczniów w klasie. Nie ma problemu z opuszczeniem szkoly na 4 dni.



A wszystko dlatego, że jesienią mój mąż wygrał w naszym klubie tenisowym, pobyt w Alpach, na nartach, w Club Med. Wygrał go dla całej rodziny, na 4 osoby tyle, że szanowny Club, nawet za naszym naciskaniem na to, że dopłacimy różnicę wynikającą z wakacji szkolnych, na to się nie zgodził. Trzeba było jechać poza okresem wakacyjnym.



Nie mogło być mowy o utracie tej wygranej… bo narty wszyscy w rodzinie lubimy, bo Alpy uwielbiamy, bo w Club Med nigdy nikt z nas oprócz mojego męża jeszcze nie był i poza tym taki wyjazd jest sporo wart.



Tak więc moi panowie powinni za niedługo dotrzeć do Alpes d’Huez… zainstalować się i od jutra zacząć szusować o nic się nie martwiąc. Formuła Club Med wydaje mi się bardzo atrakcyjna… , jak będzie naprawdę ? Pewnie mi opowiedzą i zdjęcia pokażą.







Antek będzie próbował zdobywać tzw : « Brązową strzałę » czyli kolejny etap w umiejętnościach narciarskich… w Ecole de ski français… zaczynał od PiuPiu jak miał 3 lata… później był Ourson, i gwiazdy teraz ma strzały jeszcze tylko 3 do zdobycia bo brązową, srebrną i złotą, następnie przechodzi się na etap zawodniczy czyli compétition…



Stéph sobie pojeździ i odpocznie bo mały ma 5 h nart dziennie z instruktorem plus klub w Club… więc będzie miał wakacje także dla siebie.







Tylko ja nie odpocznę niestety. Jeszcze nie wyzdrowiałam do końca, jeszcze się męczę nieco… choć jest lepiej. Jutro jadę do pracy na cały dzień, 7 godzin lekcji…



Dziś jednak kąpiąc się sięgnęłam bo jakiś miesięcznik a w nim artykuł lekarza i filozofa T. Janssena o tym, że każda choroba nawet katar jest zakłóceniem równowagi organizmu na wielu płaszczyznach. I za to zakłócenie przychodzi nam zapłacić… Pisał też on o tym, że konieczne jest nadanie jej sensu by wyzdrowieć. Bo każda choroba ma sens, o czymś nas informuje, coś nam mówi. Zaskoczyło mnie to, bo jak do tej pory nie widziałam najmniejszego sensu w moich zatkanych zatokach i niemożności oddychania… raczej wściekałam się o to… bunotwałam przeciw… Janssen pisze można się wściekać to zdrowa reakcja, ale trzeba też przyjąć to co jest i się zaadoptować by wyzdrowieć z buntowania nic dobrego nie wyniknie jeśli skończy się tylko na buntowaniu… mądre i dające do myślenia !



Ps a na moim stole POLSKAAAA Rosolz kury z makaronem i z kura rzeczona a na kolacje polska salatka jarzynowa z majonezem... ale pokaze i opisze pozniej... i bulki sobie tez upieklam, na kolacje, do salatki!

czwartek, 30 stycznia 2014

Z cyklu przeczytane – « W skórze Czarnego » czyli jak ZROZUMIEC i ODCZUC jak INNY

Z cyklu przeczytane – « W skórze Czarnego » czyli jak ZROZUMIEC i ODCZUC jak INNY

« Dans la peau d’un Noir » można też pzetłumaczyć inaczej… Książka napisana przez amerykańskiego pisarza John’a Howard’a Griffina zachwyciła mnie. Skończyłam ją czytać wczoraj pomimo wysokiej gorączki bo od trzech dni walczę z grypą ( pomimo zaszczepienia) i jest raczej gorzej niż lepiej, ale dzisiaj zdołałam zejść na dół do komputera. I mam ochotę nie tylko czytać ale też i pisać.



  Trudno nam zrozumieć Innego, jaki by nie był : z innej rasy, z innego kraju, z innym zawodem, z innymi przekonaniami, z innej religii, z innym wychowaniem lepszym, gorszym od mojego ?, naszego ?, z innym piszącym z błędami albo bez, piszącym inaczej, z innym szanującym innych i tym nie szanującym… po prostu z INNYM.







John Howard Griffin, biały, amerykański pisarz zderzył się z problemem Innego bo z problemem Czarnego, Amerykanina… W 1959 roku opuścił na kilka tygodni swoją rodzinę. Znalazł w Nowym Orleanie lekarza, który z niechęcią i po długich namowach zgodził się zastosować lekarstwa i odpowiednie lampy by Griffin został Czarnym.







Howardowi zależało bardzo na tym by zrozumieć jak to jest być Czarnym, żyć w systemie segregacji. Od 7 listopada do 14 grudnia 1959 przemierzył jako Czarny Mississippi, Alabamę i Nowy-Orlean. Stał się jednym z Czarnych. Nie chodzi więc o powieść a o reportaż, realne wydarzenie sprzed kilkudziesięciu lat.







Oto kilka fragmentów, które mną wstrząsnęły, poruszyły mnie:



Rozmawiając z jednym z reprezentantów czarnoskórych: “Nigdy prawie nie mam dostępu do koncertów, muzeów, teatrów, konferencji i nawet bibliotek. Nasze szkoły, na południu nie mogą być porównane nawet do najbiedniejszych szkół Białych. Nie dopuszczając człowieka do wykształcenia, nigdy nie pozna on wielkich wpływów cywilizacji, sztuki, historii, literatury, filozofii. Wielu Czarnych nie wie nawet, że te rzeczy istnieją. Jeśli nie ma nic co pobudzało by ducha i ćwiczyło inteligencję, człowiek upada. Staje się skorumpowany i tragiczny.” Strona 144.







Na wielu stronach Griffin odwołuje się do Jacques Martain’a, nazywając go Maritain’em… od razu przypomniała mi się moja magisterka, napisana po rosysjku na temat « Filozofia Mikołaja Berdiaeva i personalizm francuski pierwszej połowy XX wieku »… bo tam dużo pisałam o Maritain’ie…



Myślę o filozofii Maritain’a, że jedynym rozwiązaniem ludzkich problemów jest powrót do metafizyki i do caritas” – strona 150







W Alabamie, w samochodzie z Białym wydawało by się sympatycznym człowiekiem…



Dziękowałem mu i otworzyłem drzwiczki. Zanim nie wysiadłem Biały znów zabrał głos.



-Powiem Panu jak to się tutaj odbywa. Załatwiamy pewne sprawy z wami, Czarnymi. I jest pewne, jak dwa plus dwa jest cztery, ruchamy wasze kobiety. A to oznacza, że uważamy, że nie istniejecie. I im szybciej to zrozumiecie tym lepiej dla was.”



Strona 164







Badania naukowe opublikowane przez The Eighth Generation (Harper and Brothers, New York) pokazują, że średnia klasa Czarnych ma ten sam kult rodziny, te same ideały i te same cele co klasa Biała. Słabe rezultaty szkolne Czarnych nie wypływają z jakiś braków rasowych ale z tego, że Biali odmawiają nam kultury i edukacji” strona 179.



Gdy Griffin stał się z powrotem Biały, doznał podobnej dyskryminacji ze strony… Czarnych i to też opisał…



Nie potrafimy zrozumieć Innego… mamy z tym kłopot, jest to trudne, czasem wręcz niemożliwe. Ale czy tylko z tego powodu powinniśmy przestać próbować?








 

niedziela, 26 stycznia 2014

Z cyklu przeczytane - Co ma wspólnego żona Mormona z Niemcem z NRD ?

Z cyklu przeczytane - Co ma wspólnego żona Mormona z Niemcem z NRD ?


 
 

Odpowiedź jest jasna i ewidentna : oboje są albo byli niewolnikami czy zakładnikami systemów. Irene Specncer w swojej książce « Żona Mormona » opisuje dokładnie swoją drogę do « nieba », która prowadziła przez piekło, 28 lat, wspólnego życia z człowiekiem wiernym przede wszystkim Regule.  Maxim Leo w swojej « Historii Niemca ze wschodu » przedstawia historię rodziny z NRD, która w ciągu 60 lat egzystencji zaznała wojny, nazizmu, obozów, później komunizmu i rozczarowania nim, a w końcu upadku Muru i zawalenia się systemu, w który niektórzy z członków rodziny wierzyli.

 

Irene i Maxim piszą swoje wspomnienia, opisują to co przeżyli, nie jesteśmy więc w konwecji powieści a eseju i reportażu momentami. Irene była drugą z 10 żon Verlana Lebaron. Urodziła mu 13-cioro dzieci, żyjąc w skrajnej biedzie w Stanach Zjednoczonych, w Meksyku oraz w Nikaragui. Wyszła za niego w wieku 16 lat. Bez wykształcenia oprócz tego podstawowego i religijnego poswięciła się całkowicie harówce by przeżyć aż do odejścia… Zaznała śmierci dzieci, chorób, samotności, niezwykłej zazdrości, skrajnego ubóstwa. Te 28 lat życia były ciągłym dramatem, w różnym natężeniu, dotykającym jej samej i jej dzieci. Nie potrafiła się jednak w żaden sposób z nich sie uwolnić. Próbowała, miała zamiar, wielokrotnie… protestowała. Jednakże na wolność zabrakło jej i odwagi siły. Nasycona prawdami wiary Mormonów wyzbyła się nawet wszelkiego racjonalizmu czy podstawowej logiki. Zaprzeczała sama sobie i kręciła się trochę jak uwięziony szczur w kołku perpetum mobile. Żaden dramat nie sprowokował jej odejścia. Zniosła wszystko…

 

Maxim miał zaledwie 20 lat jak Mur legł w gruzach. Spoglądał więc na NRD całkiem młodymi oczami a później już z perspektywy własnych badań i dociekań. Postawy jego dziadków i rodziców nie były na tyle jednoznaczne by mógł wybrać całkowite oddanie NRD czy całkowite jej odrzucenie. Jako młodzieniec miotał się pomiędzy dwoma… Jego ojciec w latach 1980 przestał wierzyć w niewolniczy system, jego matka nawet w dniu obalenia Muru szukała w nim dobrych stron.

Maxim pisze: “Uciec na zachód. To była moja ulubiona zabawa w dzieciństwie…. Pewnego dnia, miałem wtedy 8 lat nauczycielka pokazywała nam, że Mur jest bronią antyfaszystowską. … Następnego dnia na wychowaniu obywatelskim mieliśmy napisać wypracowanie « Dlaczego należy chronić granice państwa ? »… Moja odpowiedź była : « Dlatego, że w przeciwnym wypadku wszyscy uciekną na zachód i dlatego, że po drugiej stronie są faszyści ». Nie dostałem nawet tróji » strona 206-207

 

Pewnego dnia dostali też tablice z listą tego co osiągnęła NRD : « 1.Wszystko należy do państwa i państwo to my. 2. Każdy ma prawo podejmować decyzje. 3. Życie jest piękne, bardzo piękne. 4. Nie ma obaw co do zatrudnienia. 5. Kapitaliści i faszyści stracili władzę. 6. Coraz więcej mieszkań i wolne soboty

 

Jak się to dzisiaj czyta to poraża ogrom głupoty i ograniczenia tych słów. Ich kłamliwy charakter. Komunikacja pełna manipulacji i intelektualnego dna. Takich cytatów jest w książce mnóstwo i opis dzieciństwa Maxim’a w pewnych momentach przypomina to nasze, to moje z PRL.  Maxim Leo jest dzisiaj dziennikarzem dla “Berliner Zeitung” i pisarzem…

 

Zniewolenie człowieka może przyjmować tak różne formy… choć najczęściej jest wynikiem osobistego, też wewnętrznego, przyzwolenia na to zniewolenie.

piątek, 24 stycznia 2014

Z cyklu przeczytane – « Prawdy ostateczne Ryszarda Kapuścińskiego » i kilka innych pozycji

Z cyklu przeczytane – « Prawdy ostateczne Ryszarda Kapuścińskiego »


 

 

Pośród kilku pozycji przeczytanych od Świąt Bożego Narodzenie, a o których pisać  nie nadążam, na szczególną uwagę dla mnie zasługuje właśnie ta. Od lat, z wielką przyjemnością i zaangażowaniem czytam i odczytuję, bo zdarza mi się kilkakrotnie wracać, książki Ryszarda Kapuścińskiego. Znam i mam je wszystkie, niektóre nawet po francusku… i wiele z nich ofiarowałam moim francuskim przyjaciołom, którzy też notabene Kapuścińskim się zachwycają. Ta pozcyja to książka napisana przez przyjaciela Kapuścińskiego, Krzysztofa Mroziewicza, wykonującego ten sam zawód, korespondenta. Moi rodzice przysłali mi ją w prezencie… cennym dla mnie prezencie. To spojrzenie kogoś wyjątkowego na kogoś wyjątkowego, jego myśli, pisanie, życie, pracę.

 

Książkę otwierają takie oto słowa Kapuścińskiego :

« …co się przeżywa, przechodząc granicę ? Co się czuje ? Co myśli ? Po tamtej stronie - jak jest? Na pewno-inaczej. Ale co to znaczy- inaczej? Jaki ma wygląd? Do czego jest podobne?... Chodziło mi o jedno tylko – o sam moment, sam akt, najprostszą czynność przekroczenia granicy. Przekroczyć i zaraz wrócić…”

 

Ileż tych granic on przekraczał zanim nie przyszło mu przekroczyć tej wspólnej nam wszystkim? Tylko czy można stamtąd zaraz wrócić?

Ta książka to hołd oddany mistrzowi reporatżu i eseju. Są w niej bardzo osobiste wspomnienia, fragmenty korespondencji ale też osobista analiza Mroziewicza dotycząca działalności Kapuścińskiego.

 

Wydawało się kiedyś, że Kapuścińsk żyje w niepodzielnym, własnym świecie rewolucji, że opisuje trzęsienia ziemi, które trzeba wywołać siłami człowieka, jeśli nie da się losu odmienić inaczej. Jako reporter I korespondent wojenny był zawsze po stronie tych, którzy decydują się na bunt przeciw despotom, arogantom, prostakom I nieukom. Dlatego jego reportaże ze świata czytane były w Polsce jako metafora. Pisał zawsze o świecie by móc mówić o Polsce”. Strona 80

Czytelnik nawykły do stabilizacji nie rozumiał autora. Miał dopiero polubić tę literaturę, ale należało odkryć jej alegorie i odniesienia do Polski…. Czytano go zresztą z dwóch przyczyn. Z jednej strony czytelnik konał już od nadmiaru tekstów przeczących oczywistym faktom i chętnie sięgał po reportaże z odległego końca świata, żeby się “odtruć”. Na końcu świata było źle i można było przeczytać, że jest źle. A taki tekst budził od razu ciekawość – dlaczego o doległym dramacie można czytać wprost, a o własnym nie można? A może on pisze jednak o nas, tylko nie może tego powiedzić?” – strona 84

 

To nie jest już dzisiaj tajemnicą… Kapuściński pisał o innych i o nas, Polakach pod butem sowieckiego komunizmu… od lat 1980 już nieco mógł… wyraźniej, i głośniej.

Żył na pograniczu światów. Pierwszego – zachodniego, drugiego-socjalistycznego i trzeciego, Trzeciego Świata. Poruszał się na pograniczu piekielnych ideologii i doktryn. Doświadczył faszyzmu, komunizmu i kolonializmu.” Strona 120.

 

Ta książka obfituje w mądre myśli i analizy…

 

 
"Trois femmes puissantes" Marie NDiaye czyli Trzy silne kobiety, i trzy postawione obok siebie opowiescie, pozornie bez zwiazku. Norah, Fanta i Khady... kobiety poranione, w sytuacjach bez wyjscia, gnebione, z dramatami zycia dzieciecego i doroslego, staja sie silne, mocne, wladcze. Nie w sposob w jaki bysmy tego oczekiwali. Silne inaczej, subtelniej, w niektorych dziedzinach zycia...
 
I kolejny Yasmina Khadra tym razem opowiadajacy wyprawe dwoch Niemcow, lekarzy, przyjaciol, do Afryki, a raczej jej rogu z misja humanitarna. Zostana oni uprowadzeni przez piratow, wiezieni, maltretowani... jeden z nich umrze. drugi wroci do Niemiec by zrozumiec cos waznego z jego wlasnego zycia. Oderwac sie nie mozna...

"Le geste du semeur" Mario Cavatore czyli nie wiem trudno sie tytuly tlumaczy... "Akt siewcy" to opowiesc niezwykla, jak dla mnie zupelnie nieznany wycinek historii o cyganach mieszkajacych w Szwajcari przed II wojna swiatowa. Zona mlodego Cygana posiadajacego szwajcarskie obywatelstwo zostaje zamordowana a jego dzieci uprowadzone przez organizacje popierana przez rzad Pro Juventute, w celu uzyskania "poprawnej edukacji". Ich ojciec o tym procederze nie zostaje poinformowany i swoich dzieci juz wiecej nie zobaczy... Tysiace dzieci zostalo w ten sposob uprowadzonych. Bohater ksiazki postanawia sie zemscic. Zabija  i plodzi jak najwiecej dzieci... ktore nastepnie porzuca, ale w ktorych plynie cyganska krew...

"Noces de verre" Philippe Routier, thriller, ksiazka mrozaca krew w zylach o przemocy w malzenstwie z pozoru normalnym... napiecie psychologiczne jest tak silne, ze trudno po tej lekturze spac. 


 i Silni i slabi... ksiazka psychologiczna o tym co w nas silne pozornie, zludnie... a co slabe...
To kilka z tych, o ktorych bede pamietac...

środa, 22 stycznia 2014

O tym jaka jestem i o niespodziance od kochanej cioci Uli

O tym jaka jestem i o niespodziance od kochanej cioci Uli


 
 

Jaka jestem? Właśnie taka jak na załączonym obrazku! Wczoraj, w dniu moich imienin, otworzyłam grubą kopertę, która leżała w mojej skrzynce na listy. I …  śmiałam się i śmiałam! Nawet pewna starsza pani na mojej ulicy odwrociła głowę by uśmiechnąć się do mnie jeszcze szerzej. W kopercie znalazłam taką oto podstawkę pod kubek, przeczytałam i wiedziałam, że zgadza się co do joty! Oprócz podstawki w kopercie był kalendarz, ozdobiony rysunkami Kubusia puchatka z napisem “Kalendarz dla pań 2014”. W pierwszym momencie pomyślałam sobie, że ciocia moja kochana albo chciała mi zrobić kawał jakiś albo mój wiek pomyliła… Nic z tego jednak. Kalendarz jest specyficzny. Gdy w mojej agendzie czarno i rozpiska co 30 minut na każdy dzień tygodnia, która strukturyzuje skutecznie moje dni, w kalendarzu dla pań… pszczółki, chmurki, kilka linijek, imieniny i… złote myśli Puchatka i jego przyjaciół – po dwie na każdy tydzień!

Zaczęłam czytać… I wciągnęłam się bo to bardzooo mądre myśli są a kalendarz rzeczywiście jest dla Pań marzących, romantyczek, myślących a nie dla wielofunkcyjnych robotów, którymi stajemy się ulegając ogólnemu pędowi. Położyłam go na moim biurku, jest otwarty I przypomina o tym co ważne… że Panią jestem przede wszystkim…

 

A ciocia Ula? Mój skarb wielki… za dużo nie mogę pisać bo się obrazi albo pominie milczeniem… bo taka jest… Napiszę jedno jest moją chrzestną i kocham ją od dziecka. Wydzwaniam do niej średnio co 48 h. Ma mnie z pewnością czasami dość, ale ja jej nigdy nie mam dość. Ona jest i ja jestem i wiemy, obie, że to jest ważne.

 

Wśród imieninowych niespodzianek był też torcik od Antoine – cukiernia pokazana już na moim blogu… pyszny, cały wczoraj został zlikwidowany… karmel i czekolada z Wenezueli… nugat migdałowy na tę chrupiącą część… mniam…
 

 
Były też telefony, maile i życzenia ciepłe i radosne… jednym słowem piękny i pełen miłości czas, tak jak lubię.

 

wtorek, 21 stycznia 2014

Wuj… i ciocia

Wuj… i ciocia


 

 

W ubiegłą niedzielę rozmawiałam z wujem przez telefon… często rozmawiamy, piszemy do siebie choć dzieli nas Ocean Atlantycki i kawałek amerykańskiego terytorium. Wuj Edward jest moim kanadyjskim wujem. 28 lipca 2014 roku będzie obchodził swoje 85 –te urodziny i na tę uroczystość wybieramy się aż do Kanady.

Jego żona, moja ukochana ciocia Maryla odeszła w zeszłym roku.

Maryla i Edward są dziećmi polskich emigrantów lat 1930. Urodzili się w Kanadzie w stanie Manitoba w miasteczku Nepawie. Mamą Maryli była siostra mojego ukochanego dziadka Józefa. Pomimo polskich korzeni i Maryla i Edward wzrastali w zupełnie międzynarodowym środowisku. Chodzili jednak do kanadyjskich szkół.

 

Jako dzieci razem śpiewali w kościelnym chórze, który w Nepawie prowadził ojciec Edwarda. Maryla grała na organach. Założyli rodzinę i mieli 6 dzieci. 3 chłopców i 3 dziewczyny. Żyło im się ciężko bo wychowanie szóstki jest nie lada wyzwaniem a wielkich studiów nie skończyli. Ciocia pracowała w Coca Cola jako sekretarka a wuj wykonywał dwie prace, na dwa etaty w kanadyjskich  liniach kolejowych.

 

Podziwiam ich od lat… przede wszystkim za ich życie rodzinne, za ich wiarę głęboką… u niewielu osób dane mi było ją widzieć, za ich chojność i dobroć i za poczucie humour. Wuj jest niesamowity!

Widzieliśmy się zaledwie kilka razy… odległość i warunki życia w Polsce mojego dzieciństwa skutecznie uniemożliwialy nam regularne kontakty. Jednakże jesteśmy bardzo blisko ze sobą związani. Rozmawiamy po polsku, pamiętamy o sobie zawsze nie tylko z okazji Świąt.

Od wielu miesięcy wuj w każdej rozmowie telefonicznej powtarza mi, że chciałby nas przed śmiercią jeszcze chociaż raz zobaczyć… wybieramy się do nich tego lata, na cały miesiąc… a rozpoczynamy wizytę od wielkiej urodzinowej fiesty, mój syn z racji swych 9 urodzin 27 lipca też będzie “honorowany”… pozna całą kanadyjską rodzinę bo ponad 70 osób…  co motywuje go skutecznie do angielskiego!

Czekam na tę wizytę… I ciepło z młością myślę o wuju..