środa, 22 lipca 2015

Wyprawa do Châtel czyli opowieść wakacyjna cz. 3

 photo DSCF3363_zpsbxx3zvsb.jpg







 


Nad Avoriaz burze… siedzimy więc w domku, chłopaki oglądają Tour de France a ja piszę i wklejam zdjęcia. Dziś rano było jeszcze słonecznie i byliśmy w Morzine na górskim rynku jedzenia nakupić na następny tydzień ale też zwiedzić miasteczko. Teraz pada, grzmi, ciemno… brrr. Wspominamy wczorajszą, całodniową wyprawę do Châtel. To miasteczko znajduje się dokładnie dwie doliny za Avoriaz, w dolinie Abondance – tak, tak jak nazwa słynnego francuskiego sera, który właśnie w tej dolinie jest produkowany. Châtel jest częścią Portes du Soleil czyli całego olbrzymiego obszaru alpekjskiego, który w sezonie zimowym jest połączony wyciągami. Latem jest zresztą podobnie.


 


Wyruszyliśmy o 9 h rano by pierwszym wyciągiem zjechać do Lindarets. Następnie po krótkim marszu wjechaliśmy na przełęcz Col de Rochasson na 1931 metrów. Tam znów marsz i kolejne dwa zjazdy aż do Pré de Joux. Czekaliśmy tam z 30 minut aż przyjedzie darmowy busik z Châtel by dostać się do miasteczka.


 





 photo DSCF3364_zpscyhx8eax.jpg

 photo DSCF3367_zpsobv7rvla.jpg
Châtel jest położone na 1200 metrach i znane od połowy XIX wieku choć swą popularność zyskało w XX wieku dzięki masowej zimowej turystyce.



 photo DSCF3368_zps3gemvmoz.jpg
Reklama Tour de France


 photo DSCF3369_zpsibnfu1r2.jpg


 photo DSCF3378_zpsvefq0isc.jpg


Obeszliśmy całą mieścinę zatrzymując się na dłużej przed urokliwym merostwem oraz kościołem. Nawet Matka Boska w swej kapliczce ma na nogach narty…


Miasteczko jest ukwiecone i otoczone łagodnymi stokami. Było w nim jednak sporo ludzi choć jak nam powiedział restaurator u którego zatrzymaliśmy się na obiad to nic w porównaniu do tego co będzie w sierpniu! Nie wspominając o zimie! Boże Narodzenie i Nowy Rok – Châtel zamienia się w wielkie paryskie bulwary!

 photo DSCF3370_zpsvpri6yyy.jpg
Matka Boska narciarka
 photo DSCF3371_zpslacomexd.jpg
Merostwo w Châtel

 photo DSCF3372_zpsu48xzztu.jpg


 photo DSCF3373_zpsy2hoogm8.jpg


Typowa sabaudzka architektura czyli – chalets = drewniane domy, ukwiecone, ozdobione, większe, mniejsze… zamienione dziś w sporej części na hotele, restauracje. Kilka jednak zachowało bardziej tradycyjny charakter szczególnie stare budynki ferm alpejskich. Gdy nadchodziła zima rodzina wraz z inwentarzem schodziła z alpejskich łąk by schronić się w mieścinie. W jednym budynku było i domowstwo i stodoła i kurnik i chlewnia oddzielone cienkimi drewnianymi ściankami. W ścianach tych ferm umieszczano malutkie kapliczki z figurkami Maryji… widać ją nieco na zdjęciu za kratą. Ta jest najstarsza w Châtel, z pierwszej połowy XIX wieku. 


 photo DSCF3374_zpsqojk8wfg.jpg


 photo DSCF3375_zpsjrzkcr6v.jpg


Po zwiedzaniu trzeba było się posilić. Przyszedł czas na obiad, który dla moje wiecznie głodnego Antka to punktualnie godzina 12!!! Tym bardziej po takim marszu i wyciągowych emocjach.
Wybraliśmy malutką restaurację “Cuisine de Savoie”. Zupełnie przypadkowo… Tata i 16-letni syn jako kelnerzy, mama kucharka i mały Louis 2,5 roku przechadzający się między stołami ! Bardzo przyjemne miejsce. Skosztowaliśmy lokalnych specjalności : Antek zamówił sobie sabaudzkie kiełbaski – Diot – jedna naturalna druga z kapustą w środku ( pychota !) do tego frytki i sałata. My z mężem z powodu temperatury 34°C było ! dwie mega sałatki z pieczonymi ziemniakami i serem ABONDANCE – w końcu w tej krainie byliśmy!


 photo DSCF3376_zpshjttoz09.jpg


 photo DSCF3377_zpsyritfsil.jpg

 photo DSCF3379_zpsyay8nd7o.jpg




W drodze powrotnej wyciągi mniej już straszyły otwartymi przepaściami – notabene zimą nikt się wyciągów nie boi a latem jakoś tak dziwnie się na nich czujemy ?!


 photo DSCF3381_zpstg4v8avw.jpg

 photo DSCF3382_zpscww4gq4f.jpg
Przy przełęczy Rochasson zatrzymaliśmy się na dłuższą chwilę… grupa śmiałków próbowała zjazdów na Fantasticâble czyli na fantastycznym kablu… na zdjęciach niejaka Suzie… lat 43, 83 kilogramy… szykuje się do przelotu nad doliną, na kablu… ponad 1 km dystansu, od 80 do 100 km prędkości na kablu. Niestety nie szukamy takich wrażeń…

 photo DSCF3384_zpsnvprtko6.jpg

 photo DSCF3385_zps0sakdnbb.jpg
Po kolejnej rundzie zeszliśmy pieszo do miasteczka Lindarets. To miejscowość, w której kozy żyją na wolności. Są tutaj tylko restauracje i fermy. Moi chłopacy kupili torbę karmy dla kóz i bawili się w małych farmerów…


 


Dzień zakończyliśmy wieczornym basenem i spa. Antek grał jeszcze do 22 w pingponga i w koszykówkę po czym zwymiotował kolację… On nie zna umiaru. Nie wie kiedy należałoby przestać. Od razu poszedł spać… dziś rano 7h05 wbiegł do naszej sypialni gotowy do następnego dnia i w pełnej formie…spać się nie da!


 photo DSCF3386_zpsgfosjcaz.jpg

 photo DSCF3388_zps4sqrxpri.jpg




2 komentarze:

  1. Na tą przejażdżkę "na kablu" to chyba nikt by mnie nie namówił hihi. Strasznie się boję takich atrakcji. Bardzo tam ładnie macie.

    OdpowiedzUsuń
  2. ja tez! nie wiem dlaczego ludzie potrzebuje takich atrakcji? Czego w tym szukaja? mi, prozaicznie, wystarcza codziennosc!

    OdpowiedzUsuń